04.01.2024, 12:01 ✶
Florence, w schowku na końcu korytarza siedzi w-w-wielki pająk. Taki naprawdę olbrzymi! Wielkości mojej głowy!!!
Florence Bulstrode nie miała pojęcia, skąd tak wielki pająk miałby się wziąć w klinice i w pierwszej chwili zakładała, że uzdrowicielka próbuje ją nabrać. Gdy jednak przyjrzała się najpierw bardzo spanikowanej Tessie, przerażonej chyba po równi pająkiem, jak i rozmową z Florence – co wynikało jednak raczej ze strachliwości Tess niż samej osobowości Bulstrode – a potem jej przyszłości (obejmującej trzymanie się bardzo, bardzo daleko od schowka), utwierdziła się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Ktoś umieścił wielkiego pająka w tym schowku.
To było po prostu niedopuszczalne. Karygodne.
Jak ona dorwie tego żartownisia, niech bogowie okażą mu swoje zmiłowanie, bo Florence nie będzie miała żadnej litości.
Gdy więc tylko miała przerwę w trakcie dyżuru, tej nocy o dziwo w miarę spokojnego – tylko jedna wiedźma zdołała przerobić swoje nogi w ananasy i jakimś cudem czar nie schodził samoistnie, a pewien czarodziej uległ zaklęciu upiornej pozytywki – skierowała się czym prędzej we wskazanym przez Tessę kierunku.
– Panie Lupin – powiedziała, przystając, kiedy natknęła się na Camerona ze ścierką. Spojrzała najpierw na niego, potem na wiadro, potem na mopa.
Właściwie to Florence spodziewała się, że już dawno skończył. Normalnie takie zadania wykonywała sprzątaczka, ale jeden z pacjentów pojawił się tego dnia z burzową chmurką nad głową i korytarz po prostu nie mógł zostać w takim stanie, czekając na pojawienie się sprzątaczki…
– Nie zaklął pan szczotki i wiadra? – spytała uprzejmie, dostrzegając, że tę pierwszą Lupin trzymał w dłoni. – Zresztą, może lepiej tak niż podzielić los słynnego ucznia Merlina – zbyła to zaraz. Była to jedna z historyjek chętnie powtarzanych uczniom, tak dla przestrogi wobec tego, że nieprzemyślane używanie magii może spowodować przykre konsekwencje. I że pewne rzeczy jednak najlepiej zrobić całkowicie niemagicznie. (Chociaż trzeba przyznać, że z tym Florence zbytnio się nie zgadzała. Ona pomagała sobie magią właściwie we wszystkim, czyniąc to już zupełnie odruchowo.)
– Tak, właściwie to tak, panie Lupin, może mi pan pomóc – zdecydowała zaraz, przesuwając wzrokiem po podłodze i dochodząc do wniosku, że jej stan był… powiedzmy że zadawalający. Pomyślała, że lepiej mieć asystę w tej walce z pająkiem, bo co jeżeli na przykład ten ucieknie i wybiegnie na szpitalny korytarz? Florence wprawdzie nie bała się pająków, ale one miały bardzo wiele nóg, pewnie przemieszczały się szybko, poza tym mógł być jadowity. Lepiej było stawić mu czoła we dwoje. – Muszę dokonać eksterminacji, będzie mi pan asystować, żeby ofiara nie uciekła. Różdżka w dłoń, proszę – zarządziła i ze stukotem obcasów (bardzo niskich, bo do pracy wybierała wygodne obuwie) Florence skierowała się na koniec korytarza, ku temu nieszczęsnemu schowkowi.
Florence Bulstrode nie miała pojęcia, skąd tak wielki pająk miałby się wziąć w klinice i w pierwszej chwili zakładała, że uzdrowicielka próbuje ją nabrać. Gdy jednak przyjrzała się najpierw bardzo spanikowanej Tessie, przerażonej chyba po równi pająkiem, jak i rozmową z Florence – co wynikało jednak raczej ze strachliwości Tess niż samej osobowości Bulstrode – a potem jej przyszłości (obejmującej trzymanie się bardzo, bardzo daleko od schowka), utwierdziła się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Ktoś umieścił wielkiego pająka w tym schowku.
To było po prostu niedopuszczalne. Karygodne.
Jak ona dorwie tego żartownisia, niech bogowie okażą mu swoje zmiłowanie, bo Florence nie będzie miała żadnej litości.
Gdy więc tylko miała przerwę w trakcie dyżuru, tej nocy o dziwo w miarę spokojnego – tylko jedna wiedźma zdołała przerobić swoje nogi w ananasy i jakimś cudem czar nie schodził samoistnie, a pewien czarodziej uległ zaklęciu upiornej pozytywki – skierowała się czym prędzej we wskazanym przez Tessę kierunku.
– Panie Lupin – powiedziała, przystając, kiedy natknęła się na Camerona ze ścierką. Spojrzała najpierw na niego, potem na wiadro, potem na mopa.
Właściwie to Florence spodziewała się, że już dawno skończył. Normalnie takie zadania wykonywała sprzątaczka, ale jeden z pacjentów pojawił się tego dnia z burzową chmurką nad głową i korytarz po prostu nie mógł zostać w takim stanie, czekając na pojawienie się sprzątaczki…
– Nie zaklął pan szczotki i wiadra? – spytała uprzejmie, dostrzegając, że tę pierwszą Lupin trzymał w dłoni. – Zresztą, może lepiej tak niż podzielić los słynnego ucznia Merlina – zbyła to zaraz. Była to jedna z historyjek chętnie powtarzanych uczniom, tak dla przestrogi wobec tego, że nieprzemyślane używanie magii może spowodować przykre konsekwencje. I że pewne rzeczy jednak najlepiej zrobić całkowicie niemagicznie. (Chociaż trzeba przyznać, że z tym Florence zbytnio się nie zgadzała. Ona pomagała sobie magią właściwie we wszystkim, czyniąc to już zupełnie odruchowo.)
– Tak, właściwie to tak, panie Lupin, może mi pan pomóc – zdecydowała zaraz, przesuwając wzrokiem po podłodze i dochodząc do wniosku, że jej stan był… powiedzmy że zadawalający. Pomyślała, że lepiej mieć asystę w tej walce z pająkiem, bo co jeżeli na przykład ten ucieknie i wybiegnie na szpitalny korytarz? Florence wprawdzie nie bała się pająków, ale one miały bardzo wiele nóg, pewnie przemieszczały się szybko, poza tym mógł być jadowity. Lepiej było stawić mu czoła we dwoje. – Muszę dokonać eksterminacji, będzie mi pan asystować, żeby ofiara nie uciekła. Różdżka w dłoń, proszę – zarządziła i ze stukotem obcasów (bardzo niskich, bo do pracy wybierała wygodne obuwie) Florence skierowała się na koniec korytarza, ku temu nieszczęsnemu schowkowi.