04.01.2024, 20:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2024, 20:26 przez Florence Bulstrode.)
Florence nie lubiła przemocy i nie lubiła cierpienia. Nie była może absolutną pacyfistką, a charakter miała twardy, ale jednocześnie walkę była w stanie zaakceptować wyłącznie w chwili, gdy chodziło o obronę siebie albo kogoś. I sama właściwie nigdy dotąd nie musiała walczyć – nie naprawdę, poza ściśle kontrolowanymi warunkami w hogwarckiej klasie.
Wolałaby, aby tak już zostało. Jednocześnie żyli w czasach, w których stawało się to coraz mniej prawdopodobne, i w których coraz trudniej było zachować neutralność. Nawet ona, zawsze neutralna wobec wszelkiej polityki, i zawsze gotowa przyjąć każdego pacjenta, a w głębi serca sądząca, że mugolaki nie do końca wpasowują się w pełni w ich świat – po Beltane została pchnięta w stronę, której nie przewidziałaby w najśmielszych wizjach. Ani tych wynikających wyłącznie z wyobraźni, ani związanych z mocami jasnowidza.
– Obawiam się, że chęci i możliwości nie zawsze idą w parze. Sądzę, że można ją zranić, ale nie można zniszczyć. To też część tej klątwy – mruknęła Florence, przesuwając mimowolnie palcami po różdżce. Okrutne zaklęcie, klątwa, której na razie nie umiała skojarzyć z niczym poza tymi dwoma przypadkami. Mogła jednak poszukać w księgach, porównać z innymi przypadkami. Bulstrode nie tylko współczuła tej dziewczynie, ale też, czy może raczej przede wszystkim, bardzo nie lubiła spotykać się z przekleństwami, których nie umiała zdjąć i była straszliwie uparta.
Nie zaszkodzi zebrać trochę informacji i spróbować zdjąć klątwę. Nawet jeżeli odniesie porażkę.
Milczała, gdy Morpheus zadawał swoje pytanie, a potem patrzyła w pewnym zamyśleniu najpierw na niego, a potem na posąg. Daleka była od lekceważenia zdania jasnowidza i wieszcza: była w końcu córką swojego ojca, potomkinią rodziny, w której Trzecie Oko płynęło we krwi i to ono w pewnym sensie zapewniło im obecną pozycję. Jednocześnie zastanawiała się, czy jeżeli nawet sposób istniał – to mieli szansę go znaleźć? I czy pomoc tej dziewczynie miała oznaczać odczarowanie Daphne, czy też zakończenie cierpień?
– Poszukam. Choć aby zdjąć tak silną klątwę, trzeba by wiedzieć więcej o okolicznościach, niezbędne byłyby pewnie świece… – powiedziała w końcu, niemalże miękkim tonem. To zajmie tygodnie, miesiące, może lata, ale posąg ten pewnie stał tu już tak długo, że… czy to zrobi to wielką różnicę? – Proszę się odrobinę przesunąć. Chcę zobaczyć, jak zareaguje na magię rozpraszającą – poprosiła Florence. A sądząc po pozie, jaką przyjęła dziewczyna, gdyby faktycznie udało się ją odczarować, choćby na parę chwil, mogłaby wpaść prosto na Morpheusa.
Gdy jednak machnęła różdżką, nic się nie stało. Daphne wciąż tkwiła zaklęta w kamień, w pozycji wskazującej na to, że jest gotowa do biegu.
– Chyba użyłam za słabego zaklęcia – stwierdziła z pewnym namysłem, bo jednak… klątwa istniała. Była tutaj. Florence nie miała wobec tego wątpliwości, nawet pomijając już fakt, że usłyszała co nieco o „spotkaniu” z tą dziewczyną swoich braci. – Może pan chce spróbować? – zapytała, sama opuszczając różdżkę.
Niezależnie od tego, czy spróbował i jaki był rezultat, Florence chciała jeszcze uważnie przyjrzeć się dziewczynie, obejść ją. A potem, wciąż w rękawiczkach, i za pomocą różdżki, zabrać mały kawałek kamienia – rzecz jasna jednak nie z ciała, a z ubrania, również skamieniałego. Być może to pomoże w zbadaniu przypadku…?
Rozproszenie, pod edycję
Wolałaby, aby tak już zostało. Jednocześnie żyli w czasach, w których stawało się to coraz mniej prawdopodobne, i w których coraz trudniej było zachować neutralność. Nawet ona, zawsze neutralna wobec wszelkiej polityki, i zawsze gotowa przyjąć każdego pacjenta, a w głębi serca sądząca, że mugolaki nie do końca wpasowują się w pełni w ich świat – po Beltane została pchnięta w stronę, której nie przewidziałaby w najśmielszych wizjach. Ani tych wynikających wyłącznie z wyobraźni, ani związanych z mocami jasnowidza.
– Obawiam się, że chęci i możliwości nie zawsze idą w parze. Sądzę, że można ją zranić, ale nie można zniszczyć. To też część tej klątwy – mruknęła Florence, przesuwając mimowolnie palcami po różdżce. Okrutne zaklęcie, klątwa, której na razie nie umiała skojarzyć z niczym poza tymi dwoma przypadkami. Mogła jednak poszukać w księgach, porównać z innymi przypadkami. Bulstrode nie tylko współczuła tej dziewczynie, ale też, czy może raczej przede wszystkim, bardzo nie lubiła spotykać się z przekleństwami, których nie umiała zdjąć i była straszliwie uparta.
Nie zaszkodzi zebrać trochę informacji i spróbować zdjąć klątwę. Nawet jeżeli odniesie porażkę.
Milczała, gdy Morpheus zadawał swoje pytanie, a potem patrzyła w pewnym zamyśleniu najpierw na niego, a potem na posąg. Daleka była od lekceważenia zdania jasnowidza i wieszcza: była w końcu córką swojego ojca, potomkinią rodziny, w której Trzecie Oko płynęło we krwi i to ono w pewnym sensie zapewniło im obecną pozycję. Jednocześnie zastanawiała się, czy jeżeli nawet sposób istniał – to mieli szansę go znaleźć? I czy pomoc tej dziewczynie miała oznaczać odczarowanie Daphne, czy też zakończenie cierpień?
– Poszukam. Choć aby zdjąć tak silną klątwę, trzeba by wiedzieć więcej o okolicznościach, niezbędne byłyby pewnie świece… – powiedziała w końcu, niemalże miękkim tonem. To zajmie tygodnie, miesiące, może lata, ale posąg ten pewnie stał tu już tak długo, że… czy to zrobi to wielką różnicę? – Proszę się odrobinę przesunąć. Chcę zobaczyć, jak zareaguje na magię rozpraszającą – poprosiła Florence. A sądząc po pozie, jaką przyjęła dziewczyna, gdyby faktycznie udało się ją odczarować, choćby na parę chwil, mogłaby wpaść prosto na Morpheusa.
Gdy jednak machnęła różdżką, nic się nie stało. Daphne wciąż tkwiła zaklęta w kamień, w pozycji wskazującej na to, że jest gotowa do biegu.
– Chyba użyłam za słabego zaklęcia – stwierdziła z pewnym namysłem, bo jednak… klątwa istniała. Była tutaj. Florence nie miała wobec tego wątpliwości, nawet pomijając już fakt, że usłyszała co nieco o „spotkaniu” z tą dziewczyną swoich braci. – Może pan chce spróbować? – zapytała, sama opuszczając różdżkę.
Niezależnie od tego, czy spróbował i jaki był rezultat, Florence chciała jeszcze uważnie przyjrzeć się dziewczynie, obejść ją. A potem, wciąż w rękawiczkach, i za pomocą różdżki, zabrać mały kawałek kamienia – rzecz jasna jednak nie z ciała, a z ubrania, również skamieniałego. Być może to pomoże w zbadaniu przypadku…?
Rozproszenie, pod edycję
Rzut PO 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana