04.01.2024, 20:46 ✶
Gdyby Brenna miała wrażenie, że Avelinie przeszkadza to gadanie, zamilkłaby pewnie. Wbrew pozorom umiała też siedzieć w ciszy. Ale gadając zwykle dawało się wyciągnąć coś nawet z takiego milczka, jak Paxton – dziewczyna zasypana słowami odpowiadała przecież – poza tym wydawało się, że nie ma z tym jakiegoś szczególnego problemu.
- Dam ci znać, jak się wyrwę, jeżeli będzie ci pasowała pora, możemy skoczyć razem. Podobno mają takie czekoladowe choinki, na których są bombki, i każda ta bombka ma inny smak, i zrobili specjalną edycję czekolad świątecznych, z migdałami, i pomarańczą – stwierdziła Brenna radośnie. Nie miała nic przeciwko wspólnemu wypadowi, chociaż tu wchodził problem pt. zgranie grafików. Odkąd Voldemort zaczął swoją działalność pełnoetatową, w Ministerstwie panował chaos. I nawet jeżeli to aurorzy mieli łapać czarnoksiężników, zgłoszeń było wiele, nie zawsze chodziło też od razu o mroczny znak wiszący na horyzoncie, poza tym…
Brenna odetchnęła, pochmurniejąc na moment. Spróbowała odsunąć od siebie to wspomnienie – ubierania choinka, małe, martwe ciało, krew na rękach – ale nie było to łatwe.
Poza tym zdawało się po prostu, że ci czarnoksiężnicy są wszędzie. Jakby chcieli udowodnić, że działają na poważnie.
– Jeśli będziesz miała chęci, zapraszam do nas, ale ostrzegam, że w Yule i po Yule nasz dom to trochę dom wariatów, dużo ludzi się przewija – oświadczyła i sięgnęła ku fiolkom.
Nie zdążyła ich schować.
Bo drzwi otworzyły się, do środka wpadł powiew chłodnego powietrza i trochę śniegu. A ciemna sylwetka pozostała ciemną sylwetką i tutaj, w oświetlonym sklepie, cała zakutana w płaszcz, z twarzą owiniętą chyba jakimś materiałem. Brenna widząc wycelowaną w siebie różdżkę zareagowała odruchowo. Nie zdążyłaby wyciągnąć własnej i wykrzyczeć przeciwzaklęcia, ale zdołała przetoczyć się zza ladę, po drodze chwytając Avelinę i ciągnąc ją w dół, tak że czerwony promień zaklęcia walnął w ścianę za nimi.
I gdzieś w głowie Brenny, w chwili, gdy zaryła kolanami o podłogę, wyszarpując z kieszeni różdżkę, odbiła się myśl, że właścicielem tego sklepu był przecież mugolak.
Chyba powinna była się spodziewać czegoś podobnego.
- Dam ci znać, jak się wyrwę, jeżeli będzie ci pasowała pora, możemy skoczyć razem. Podobno mają takie czekoladowe choinki, na których są bombki, i każda ta bombka ma inny smak, i zrobili specjalną edycję czekolad świątecznych, z migdałami, i pomarańczą – stwierdziła Brenna radośnie. Nie miała nic przeciwko wspólnemu wypadowi, chociaż tu wchodził problem pt. zgranie grafików. Odkąd Voldemort zaczął swoją działalność pełnoetatową, w Ministerstwie panował chaos. I nawet jeżeli to aurorzy mieli łapać czarnoksiężników, zgłoszeń było wiele, nie zawsze chodziło też od razu o mroczny znak wiszący na horyzoncie, poza tym…
Brenna odetchnęła, pochmurniejąc na moment. Spróbowała odsunąć od siebie to wspomnienie – ubierania choinka, małe, martwe ciało, krew na rękach – ale nie było to łatwe.
Poza tym zdawało się po prostu, że ci czarnoksiężnicy są wszędzie. Jakby chcieli udowodnić, że działają na poważnie.
– Jeśli będziesz miała chęci, zapraszam do nas, ale ostrzegam, że w Yule i po Yule nasz dom to trochę dom wariatów, dużo ludzi się przewija – oświadczyła i sięgnęła ku fiolkom.
Nie zdążyła ich schować.
Bo drzwi otworzyły się, do środka wpadł powiew chłodnego powietrza i trochę śniegu. A ciemna sylwetka pozostała ciemną sylwetką i tutaj, w oświetlonym sklepie, cała zakutana w płaszcz, z twarzą owiniętą chyba jakimś materiałem. Brenna widząc wycelowaną w siebie różdżkę zareagowała odruchowo. Nie zdążyłaby wyciągnąć własnej i wykrzyczeć przeciwzaklęcia, ale zdołała przetoczyć się zza ladę, po drodze chwytając Avelinę i ciągnąc ją w dół, tak że czerwony promień zaklęcia walnął w ścianę za nimi.
I gdzieś w głowie Brenny, w chwili, gdy zaryła kolanami o podłogę, wyszarpując z kieszeni różdżkę, odbiła się myśl, że właścicielem tego sklepu był przecież mugolak.
Chyba powinna była się spodziewać czegoś podobnego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.