Mocniej ścisnęła za duży kardigan w obrębie pasa, przyciskając go do brzucha, chcąc zagłuszyć ewentualne burczenie, które mogłoby się spotęgować pięknymi zapachami docierającymi do jej nozdrzy. Zje, na pewno, ale... za chwilę. Może jak zostanie sama w kuchni. Ojciec z pewnością nie zamierza siedzieć więcej niż czas, jaki zajmie krótka wymiana zdań zakończona zjedzeniem kolacji i udaniem się do gabinetu. Tak, jak było zawsze. Ring of Kerry. Hmm... Słyszała o tym miejscu. Trudno zresztą, aby nigdy jej się ta nazwa nie przewinęła w rozmowach zasłyszanych tu i tam, patrząc na to, że było to jedno z popularniejszych miejsc w Irlandii. Nawet w rodzinnym domu nazwa hrabstwa przewijała się w rozmowach. Być może będzie jej dane ujrzeć na własne oczy piękno tego miejsca już niedługo.
- Tak, pamiętam. - Wyszeptała, odpowiadając na raczej retoryczne pytanie ojca. Właściwie to nie do końca pamiętała, ale nigdy nie przejmowała się rozmowami o posiadłościach, pieniądzach, ich umiejscowieniu na świecie czy koneksjach rodzinnych. Poczuła się gorzej... Z zawieszonego, umiejscowionego na pomidorach wzroku, przeniosła go na ojca, chcąc zobaczyć, jak czuje się z tą wiadomością o gorszym stanie żony. Sama nieco się zmartwiła, ale przecież nie mogło być aż tak źle, skoro ostatecznie wrócili do domu, a nie pozostali w posiadłości, do której medyk z pewnością ma dostęp. - Przykro mi, że musieliście zakończyć wcześniej wyjazd. Miły gest z jej strony. Z pewnością jej na Tobie zależy, Ojcze. - Wyjazd, który miał polepszyć ich relacje. Jest aż tak źle? Choć... jak ma być.
W czasie, gdy ojciec przystąpił do jedzenia swojego dania, Margaret, po krótkim namyśle i kuleniu na krześle, wyglądając raczej jak nieszczęście niż córka Roberta, wyprostowała się w końcu, puszczając trzymany kurczowo kardigan i chwytając za sztuciec, którym powoli zerkała do środka pomidora, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nie było tam mięsa. Wzięła niewielki kawałek i zjadła, czując twardość niewielkiego kawałka orzecha, który akurat trafił pod jej zęby, gdy ojciec postanowił kontynuować rozmowę. Chcąc skupić się na odpowiedzi, mimowolnie, wciąż trzymając widelec, włożyła go do dania. - Nie był to nasz najlepszy miesiąc względem dochodu. A przynajmniej jego początek, gdzie Twoja podróż, Ojcze, nieco mnie zaskoczyła i musiałam lepiej się przeorganizować. Z początku zakładałam, że szybko wrócicie, dlatego nie chciałam ingerować w Twoją część pracy. - Zastanowiła się przez chwilę, jak mogła brzmieć ta odpowiedź. - Nie straciliśmy stałych klientów, a przynajmniej nic o tym nie wiem, aby nasze comiesięczne zamówienia zostały wstrzymane. Zdaje się... dwa z nich były mniejsze niż zazwyczaj. Może trzy... Wszystko odnotowywałam w swoim dzienniku, nie chcąc zrobić bałaganu w papierach. - Czy coś jeszcze jest istotnego... - Na początku czerwca poprosiłam o nową dostawę surowców zielarskich. Powoli się kończyły, co nadszarpnęło dochód, ale miały być po niższej cenie, więc wzięłam więcej. Z suszem nic się nie powinno stać, jak będzie zabezpieczony. Zajmę się tym, jak zostanie dostarczone. Powinniśmy ostatecznie wyjść na plus. - Zdała raport. Wszystko na temat pracy, co miała powiedzieć, bo to, jak i dach, pod którym się znajdowali, to obecnie dwie główne rzeczy łączące siedzącą przy jadalnianym stole dwójkę. Nie mając nic sobie do zarzucenia, poza tym, że ich biznes obecnie jest raczej w gorszym stanie niż był przed ubiegłym miesiącem, wzięła kolejny kawałek farszu. Tak to już przecież jest. Jeden miesiąc jest lepszy, drugi miesiąc jest gorszy. Nie są na skali bankructwa... Po prostu... Ojciec pewnie chciałby, aby biznes rozkwitł. Na pewno.
- A... Jeżeli mogę. - Skierowała wzrok ponownie na ojca. - Jak to teraz... będzie wyglądać? Wracacie do domu na stałe? Wyjedziecie, jak Henrieccie się poprawi? I ten posiłek... - Przeniosła wzrok na nakryty stół i przygotowaną kolację. Co prawda przygotowaną przez skrzatkę, ale z pewnością na polecenie ojca lub jego żony. - To jej pomysł? Wspólny wyjazd, teraz kolacja. Z niewiele ponad tydzień temu ujrzałam... Przepraszam, to mało istotne co mówią wróżby. Po prostu niezwykle się cieszę, że zgodziłeś się Ojcze wyjechać na wyjazd z Henriettą i że wyjdzie Wam to na dobre. - Uśmiechnęła się. Lekko, ciepło i szczerze. Bo czasami to, co zostaje, to nadzieja, że będzie lepiej. Może i Robert nie może dostać tego, co oczekuje od dziecka, ale przynajmniej majętna żona, to już połowa sukcesu. Druga połowa to spłodzenie potomka. A co jak... - Jadła?