12.01.2024, 21:11 ✶
Breathing dreams like air
Fleamont & Laurent
Fleamont & Laurent
Flynn nie był kimś, kto lubił zapadać w pamięć tak głęboko, aby burzyć komukolwiek spokój, jaki dawały sny. Dla jednych były przedsmakiem zaświatów, dla niego bardziej przedsmakiem czekającej go, zupełnej nicości, ale ta nicość nie przerażała go wcale, a popołudnie po długim, dobrym, nieprzerwanym śnie zdawało się napełniać mężczyznę uczuciem głębokiego spokoju. Nawet po najgorszym dniu, gdzieś na końcu przychodził ten moment, w którym zamykasz oczy i znikasz, a po pobudce nawet najburzliwsze, nieujarzmione emocje wydawały się ledwie lekką mgłą, widmem przeszłości niemającym nad nim żadnej kontroli. To był jedyny czas, kiedy mógł być całkowicie wolny od pułapki, jaką był jego umysł. Ale niektóre sny takie nie były. Niektóre sny były tak prawdziwe, tak żywe, że stanowiły kontynuację udręki, jaką żyło się za dnia. Takich snów nienawidził, ale nigdy nie potrafił się z nich obudzić - otworzywszy oczy z samego rana, zlany potem, nie czuł się nawet minimalnie wypoczęty. I nic co wyczytał w książkach - szczypanie się, patrzenie w okna, skakanie w dół - nic nie działało, te sny były jak więzienie, w którym zamykała cię twoja własna psychika, żebyś zdał sobie z czegoś sprawę, a ty i tak odwracałeś wzrok i doszukiwałeś się w nim jakiegokolwiek innego sensu niż prawda.
To był jeden z takich snów. Ku jego szczęściu - to nie on musiał bać się nocy. To Laurent czuł, jak jego ciężkie powieki ciągną go w dół, ale nawet w takim stanie nie mógł spać. Wpatrywał się w sufit godzinami, myślał o wszystkim, o czym nie chciał myśleć już nigdy więcej. Dopiero oderwanie się od tychże myśli sprawiło, że ciemność pokoju owiniętego nocą, przylgnęła mu do umysłu na tyle, że odpłynął - uczucie pustki przebiło echo obijających się w jego umyśle rozterek i zasnął niespokojnym, nieprzyjemnym snem, który w ogóle nie przypominał snu. Nie, to nie był sen. To nie mógł być sen, to było jak podróż w nieznane - przez gęstą mgłę o nieregularnym kształcie, w jakiej szukał czegokolwiek innego niż mlecznobiały kolor, świeżego powietrza, aż wreszcie mgła się rozrzedziła, biel skupiła w jednym punkcie i znów był przytomny, ale na pewno nie był w swoich komnatach. Nie był w Londynie, ani w New Forest, ani w domu żadnego ze swoich kochanków - to miejsce było mu całkowicie obce - jakaż to była skrajnie beznadziejna, senna wędrówka, kiedy już na jej początku lądowałeś w miejscu obcym, w objęciu kogoś, kogo nieszczególnie lubiłeś. W wodzie wypełnionej płatkami róż, ale coś ci mówiło, że nawet w śnie to nie były róże dla ciebie.
Blondyn ocknął się w wannie, wsparty głową o klatkę piersiową obejmującego go od tyłu Crowa. Mężczyzna wodził po jego ciele dłonią - tak niespiesznie, delikatnie, trochę jakby zabijał czas mozolnym badaniem każdego zakamarka skóry. Głowę opierał o dłoń wolnej ręki, ją zaś o krawędź wanny. Ta sama twarz, podobne blizny, inne włosy - o wiele dłuższe od tych, z którymi widział go ostatnio. To nie był Crow, a jednak był nim - jeżeli cokolwiek skłaniało ku stwierdzeniu, że może to po prostu nie był chłopak z Podziemi, wystarczyło, aby otworzył usta. Wredny ton głosu, kojarzący się z rzeczami tak ordynarnymi, że na samo wspomnienie sztywniał kark - teraz ledwie o źdźbło miększy, wciąż niezbyt spójny z psimi oczyma obserwującymi zmiany na twarzy Prewetta, kiedy ten nabierał świadomości o tym, co działo się wokół niego.
- Zasypiasz? - Zapytał z lekką drwiną. - Mieliśmy iść na festiwal.
Ale im dłużej mu się przyglądało, tym więcej się w nim nie zgadzało - miał o wiele dojrzalsze rysy, niż w czasach, kiedy oboje znali się z pracy na Ścieżkach, ale nie był aż tak zniszczonym człowiekiem, jak Crow, którego Laurent spotkał w Fantasmagorii - jakby jego aparycję dotknęły lżejsze, delikatniejsze historie, niż pociętego, korzystającego z używek chłopaka z szarzejąca od braku słońca skórą. Może mógłby tak wyglądać w rzeczywistości, poza krainą snów, gdyby tylko życie było dla niego o gram łaskawsze.
- Wyłaź z wody. I tak od dłuższej chwili zgniatasz mi skrzydła. - Słowa wypowiedział równie nieprzyjemnie co wcześniej, ale jego gesty zaprzeczały złemu nastrojowi - rozgrzane palce wodzące po szyi blondyna, usta całujące go w skroń - ten Crow ze snów tylko się z nim droczył, bo miał to zapisane w naturze. To była dziwna forma okazywania komuś czułości. Nie ulegało wątpliwości, że chciał to kontynuować i zrobiłby to zapewne, ale zawahał się nagle, przekręcił głowę w bok jak zaciekawiony czymś kot, po czym nie poruszając się choćby o milimetr, szepnął: Nie jesteś moim Laurentem. I miał rację. Tuż obok wanny znajdowało się okno. Za nim - ciemna, głucha noc, rozgwieżdżone niebo i odbicie ich dwójki w otoczeniu masy palących się wokół świec. Crow oplatający go swoim jestestwem, z puchem czarnych piór wciśniętych pomiędzy swoimi plecami i metalową krawędzią, o którą się opierał. I Laurent, równie piękny co zawsze, ale z włosami sięgającymi mu za brodę, spiętymi spinką przypominającą skrzydełka motyla.
Sny nie powinny pachnieć, ale ten pachniał. Słodko, jak mleko z miodem. Jak ktoś, kogo wolałbyś wymazać ze swojej pamięci. Jak róża zasadzona przez Rosierów, gotowa do ścięcia i przekazania komuś, na kim ci niezwykle zależało.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.