05.01.2024, 14:03 ✶
Kiedy dorastałeś w domu, w którym mieszkała cała masa czarodziejów, na skraju zaklętego lasu, a potem chodziłeś przez siedem lat do magicznej szkoły, szybko przyzwyczajałeś się do pewnych rzeczy. Na przykład do tego, że Dani zawsze wiedziała, kiedy ktoś jest smutny, nawet jeżeli kryłeś to bardzo starannie. Że na przedmiotach osiadały echa przeszłości i czasem szeptały do ciebie w snach. Że pozornie niewinna roślinka, zasadzona w ogródku przez Dorę, może cię ugryźć, że twoja kuzynka zawsze wywącha, kiedy nadchodzą inny domownicy, a kot twojej koleżanki nagle zaczyna gadać.
I że twój wuj czasem na ciebie czeka, chociaż się z nim nie umawiałaś na rozmowę i jeszcze dziesięć sekund temu sama nie miałaś pojęcia, że będziesz z nim rozmawiać.
Uśmiechnęła się tylko, kiedy wuj odpowiedział o dzikach, pomijając to całe sranie, jakby była delikatną panienką, którą można urazić pewnym słownictwem – a nie kimś, kto w biurze i na ulicach przywykł nieraz do bardzo rynsztokowej mowy. Ale przeklinanie niezbyt pasowało do Morpheusa, który był angielskim dżentelmenem, w dodatku choć był starszy tylko o kilkanaście lat, to należał do jeszcze trochę innych czasów. Wychowywany przez rodziców ze starszego pokolenia, nawet jeżeli był najmłodszym z dzieci.
– Oj, i już na samym początku robi się bardzo trudno – roześmiała się, odstawiając kubek z niedopitą herbatą. – Zakładam, że pytanie o treści „jakie powinnam zadać pytanie” raczej odpada. Chyba jestem okropnym obiektem dla dowolnego wróżbity – stwierdziła żartobliwie, chociaż w tym żarcie kryła się cała masa prawdy, bo Brenna faktycznie miała problem ze sformułowaniem pytania. Karty podobno miały służyć podpowiedzią, nie wytyczać ścieżki, nie dawać prawdziwe odpowiedzi.
A Brenna nawet nie potrafiła powiedzieć, jakiej podpowiedzi potrzebowała, gdy wszystko zdawało się wariować, i ona chyba najbardziej. Chaos w pracy, chaos w rodzinie, chaos w Zakonie, chaos w Anglii, chaos w przyjaźniach, chaos w głowie i chaos w uczuciach, a tego ostatniego nigdy by się po sobie nie spodziewała.
– Czy „na co powinnam zwracać uwagę w najbliższych tygodniach” brzmi już lepiej? A może powinno być mniej lub bardziej szczegółowo? – spytała, przekrzywiając lekko głowę. Nie znała się tak naprawdę na wróżbiarstwie. Nigdy nie wybrała tych zajęć w Hogwarcie, choć może powinna, zważywszy na to, co sama miała we krwi.
I że twój wuj czasem na ciebie czeka, chociaż się z nim nie umawiałaś na rozmowę i jeszcze dziesięć sekund temu sama nie miałaś pojęcia, że będziesz z nim rozmawiać.
Uśmiechnęła się tylko, kiedy wuj odpowiedział o dzikach, pomijając to całe sranie, jakby była delikatną panienką, którą można urazić pewnym słownictwem – a nie kimś, kto w biurze i na ulicach przywykł nieraz do bardzo rynsztokowej mowy. Ale przeklinanie niezbyt pasowało do Morpheusa, który był angielskim dżentelmenem, w dodatku choć był starszy tylko o kilkanaście lat, to należał do jeszcze trochę innych czasów. Wychowywany przez rodziców ze starszego pokolenia, nawet jeżeli był najmłodszym z dzieci.
– Oj, i już na samym początku robi się bardzo trudno – roześmiała się, odstawiając kubek z niedopitą herbatą. – Zakładam, że pytanie o treści „jakie powinnam zadać pytanie” raczej odpada. Chyba jestem okropnym obiektem dla dowolnego wróżbity – stwierdziła żartobliwie, chociaż w tym żarcie kryła się cała masa prawdy, bo Brenna faktycznie miała problem ze sformułowaniem pytania. Karty podobno miały służyć podpowiedzią, nie wytyczać ścieżki, nie dawać prawdziwe odpowiedzi.
A Brenna nawet nie potrafiła powiedzieć, jakiej podpowiedzi potrzebowała, gdy wszystko zdawało się wariować, i ona chyba najbardziej. Chaos w pracy, chaos w rodzinie, chaos w Zakonie, chaos w Anglii, chaos w przyjaźniach, chaos w głowie i chaos w uczuciach, a tego ostatniego nigdy by się po sobie nie spodziewała.
– Czy „na co powinnam zwracać uwagę w najbliższych tygodniach” brzmi już lepiej? A może powinno być mniej lub bardziej szczegółowo? – spytała, przekrzywiając lekko głowę. Nie znała się tak naprawdę na wróżbiarstwie. Nigdy nie wybrała tych zajęć w Hogwarcie, choć może powinna, zważywszy na to, co sama miała we krwi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.