Niebo rozmiękające jak biszkopt zatopiony w mleku, zajął się barwami szkarłatu i przycienionego fioletu, rozpościerającego swoje skrzydlaste ramiona nad polaną; pierwsze srebrzyste punkty na niebie skłoniły ją do odrzucenia głowy w tył i zatopienia wzroku w guzikach, którymi wyszywane był nieboskłon. Zupełnie jakby chciała dojrzeć coś niewiadomego przez welon rozłożystych drzew, splątanych liśćmi jak watą cukrową; oddech wyrwany z jej piersi wydusił ciche westchnienie, a bezmiar błękitu zawierający się w tęczówkach skoncentrowany tym razem daleki od dziecięcej, osobliwej natury, a roziskrzony zaklęła w słodkim uścisku z językami ognia buchającymi ku górze, siwym dymem roztapiającym się w przestrzeni.
Nie przegapiała tego typu okazji; było to wydatne pod woalką jej rozochoconego wzroku, ślizgającego się po płomieniach – zbliżyła się po chwili do ołtarza, a hipnotyzująca niejako moc rozgorzałego ognia wprawiała ją w nastrój nieomal mistyczny. Poczuła się w głębi duszy tak, jakby była, a nie bywała. Wreszcie czuła się na swoim miejscu. Może dlatego niebo rozbłysło jaśniejącą barwą indygo?
Doszukiwała się mistycznych znaków wszędzie, na każdym meandrze jej przeklętego w sposób osjaniczny życia.
Duchowe wezbranie w jej wnętrzu mogło zahaczać o egzaltację; siwy dym pomieszany z zapachem palonego rozmarynu łaskotał w nos, a ona sama – zaciskając drobne dłonie na materiale odzienia – jak zahipnotyzowana spoglądała w rozjątrzone, ogniste oko.