Prawdopodobnie gdyby nie niebo rozmyte miałkim pyłem w odmęty błękitu przeistaczającego się w gęstwinę półmroku; gdyby nie te wszystkie znaki na niebie i na ziemi, kierujące ją ku łazience i gdyby nie każda spośród dziewczęcych komórek nie drgała na myśl o, po pierwsze, wywoływaniu ducha, a po drugie – schadzce niejakiej ze starszym chłopcem. Było to dla niej coś nietypowego; w czternastoletnim duchu, który istniał w okowach kowenu, własnego widzenia aur i wróżenia. Z jakiejś nieznanej podrygom dziewczęcego serca przyczyny, miękła pod jego wzrokiem, tak jak ten nieboskłon miękł pod masywem czerni rozlanej kawy i burzowych chmur, które zapowiadały rychłą ulewę.
Jego palce na jej dłoni.
Coś w niej zadrżało nieprzejednanie, gdy przekraczali próg nawiedzanej łazienki; jakby każdy neuron buntował się przeciwko niej, lgnąc do starszego, nieznanego mężczyzny; a ona, tak labilna emocjonalnie i tak krucha w swoich podbojach miłosnych, choć czytająca ludzi z wprawą, czuła nieznajomą sobie ekscytację. Egzaltowana, zawsze bardziej niż mniej, uśmiechała się przyjemnie i marszczyła brwi zmartwiona niejednokrotnie; speszona, a jednocześnie odważna w swoich kryzach – nie powinna była znaleźć się tutaj, nie z nim, nie w ogóle, nie…
– To do przyzywania duchów, durniu – rzekła kąśliwie, tonem zupełnie niepodobnym do samej siebie; do czternastoletniej siebie, która szybowała gdzieś w podniebnych arkanach, ulotnej i kruchej jak ten wazon, co raz rozbity…
– Przepraszam – odparła prędko, a na jej policzki wstąpił solidny pąs, rozlewając się krwistą barwą po drobnej buzi, czyniąc ją ciepłą i przyjemnie różowawą.
Odchrząknęła, chcąc skierować tory rozmowy w innym kierunku.
– Dlaczego chciałeś tu ze mną przyjść? – spytała badawczo, unosząc wysoko brwi.
Nie wiedziała przecież, czy było w niej coś dojmująco złego. Bardziej miałka i miękka, niż butna i arogancka, zawsze w ryzach społeczeństwa, a jednak przerażająco dziwna z tym swoim obsesyjnym zainteresowaniem duszami, seansami spirytystycznymi, wróżeniem; nie wychylała się często przed szereg, a jednak bywało, iż budziła się w niej zaklęta lwia dusza.
Tak, jakby była tym lwem, nie owieczką.
Nie chciała odstawać, chciała mu zaimponować, chciała być jak te wszystkie panny oscylujące wokół niego jak te sputniki – zagubione i niejasne w zamiarach, ale rozpalone i lgnące do niego niepoprawnie; wzięła więc papierosa, a już po chwili w eterze mógł rozmyć się jej gwałtowny kaszel.