Ta pozycja była bardzo daleka od wygodnych na dłuższy dystans, ale na chwilę obecną pomagała. Na chwilkę. Parę chwilek. Na tyle, żeby mógł się uspokoić, a ciche proszęproszęproszę nie musiało opuszczać jego ust, bo nie pojawiał się żaden ruch mający na celu odsunąć go, odepchnąć, żadne słowa przywołujące do porządku. Była cisza. W tej ciszy dźwięk jego bijącego mocno serca, które się uspakajało. Przestawało się telepać, a wraz z tym zwalniało ciśnienie w jego krwi. Przestawała pędzić przez żyły, jakby próbowało rozpaczliwie utrzymać każdą komórkę jego ciała przy życiu. Pływał myślami po nicości. Czy cokolwiek tutaj dobrze robił? Chciał, żeby to był miły wieczór, a wcale nie chciał wplatać w niego takich kawałków występów jak ten sprzed momentu. Byli sobie winni jedno wielkie nic, a jednak chcieli sobie pomóc. Gdzie to ich miało prowadzić? Co to była za droga? Gdyby tylko potrafił być bardziej zdecydowany, gdyby nie był taki rozlazły, rozkmiękły, potrafiłby bardziej uwierzyć w postanowienia położone przed sobą samym. Hah... mógłbyy przynajmniej te postanowienia wytyczyć.
Powoli odsunął się od blondyna i usiadł jak na człowieka przystało z siedzeniem na fotelu. Spojrzał na chusteczkę i uśmiechnął się ze zmęczeniem, drugą dłoń trzymając ciągle na nodze Philipa. Teraz przesuwając ją tak, że dotykała też jego dłoni.
- Spotkałem starego znajomego, który pomógł mi podczas jednego z moich ataków paniki. Dał mi chusteczkę z wdzięcznym napisem "pizda". - Jakoś go to nie ruszało, jakoś nie potrafił się na to obrazić, wziąć tego do siebie. Głównie dlatego, że uważał to za prawdę. Był płaczliwie miękki. Zbyt miękki. Ryczał z byle poruszenia, jak nie przystoiło mężczyźnie i sprawiał tym regularny zawód ojcu. A już ostatnimi czasy to ryczał chyba każdego dnia. No, może przesada. Ale wcale nie taka duża. Odetchnął i uniósł na moment wzrok ku sufitowi, starając się pozbierać mentalnie. Otarł chusteczką jeszcze raz policzki i powieki, zlepione łzami rzęsy. - Jesteśmy mistrzami nieporozumień, wiesz? - Może to też był nieśmieszny żart, ale Laurent starał się nadawać takim rzeczom trochę lżejszego brzmienia. Wtedy nie dźwięczały w jego uszach tak, jakby chciały go pociąć. Zaczął powoli ściągać pierścionki z palców, z brzdęknięciem odstawiał je na blat stolika. - To taka moja reakcja obronna. Rzucam pół-żartem, bo wtedy wszystko nie brzmi tak przerażająco dosadnie. - Odpiął zegarek i jego również odłożył, przez tę chwilę zrywając kontakt fizyczny z Philipem. - Pomyślałby kto, że kiedyś byłem o wiele bardziej twardy. Szczególnie jak byłem dzieckiem. Byłem strasznie... skupiony na tym, żeby być godnym dziedzicem Prewettów. Ale dziedzictwo przypadło mojej siostrze, której krew nie jest brudna jak moja... Odepniesz, proszę? - Dotknął złotego łańcuszka na szyi, sugerując o co mu chodzi. On też powędrował obok reszty biżuterii. Wszystko było równiutko ułożone. Laurent jeszcze to nawet poprawił.