05.01.2024, 20:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.01.2024, 21:01 przez Lorraine Malfoy.)
Ten dzień był jednym z najpiękniejszych w całej dotychczasowej egzystencji Lorraine, i, co najlepsze, wciąż trwał, i miał trwać - dopóki Maeve była obok. Nieważne, że słońce zniknęło już za linią horyzontu, wykrwawiając niebo - prawie jak tego baranka ofiarnego, który niewinnie wtulał nos w szyję trzymającej go w ramionach kapłanki - firmament rozbłysnął wszystkimi kolorami czerwieni, tak, jak musiała błyszczeć jej szkarłatna aura, kiedy najdelikatniejszy dotyk Maeve burzył jej staranne opanowanie; nieważne, że wkrótce dookoła zapadły ciemności - w pamięci Malfoy ta Litha miała żyć wiecznie.
Rzadko czuła się tak szczęśliwa. Rzadko w ogóle czuła się szczęśliwa. Dzisiejszego dnia nic nie mogło jednak zepsuć: nawet jej wcześniejsze złe samopoczucie, te żenujące torsje, które chwyciły ją, kiedy uciekły z Maeve, żeby spędzić czas razem, z dala od wścibskich oczu, a potem - długo palący jej policzki wstyd.
Czy można być tak zakochanym, że aż na samą myśl robi ci się niedobrze?
Miłość to choroba, myślała Lorraine, choć zdążyła już zapomnieć o wszystkim co było złe, kiedy spacerowały w otoczeniu bujnej, nieskrępowanej natury, szukając kwiatu paproci. W końcu jedynym lekarstwem na tę chorobę był uśmiech Maeve Chang.
...Która myślała, że jest taka zabawna.
Lorraine przymknęła na chwilę oczy, i wzięła jeden krótki oddech, jak ktoś, kto szykuje się do długiego rantu w poważnej dyskusji.
Każdy kto ją znał, wiedział, że tak właśnie powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem.
Wewnętrzna wiła wiła się w niej rozkosznie. Och, Maeve Chang miała czarnoksięstwo w ustach.
- Będę czekać w łóżku. - Jej? Swoim? A może na posłaniu z kwiatów, pośród których spędziły większą część tego błogosławionego popołudnia? Pozostawiła to w sferze domysłów.
Ścisnęła jednak przez chwilę dłoń kobiety odrobinę mocniej niż normalnie. Ich tajny sygnał.
Nie skupiała się zanadto na twarzach zgromadzonych dookoła ludzi. Dzisiejszej nocy była pijana feerią wrażeń.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio pozwoliła sobie na taką frywolność.
Przepełniało ją przedziwne poczucie bezpieczeństwa - to, którego tak rozpaczliwie szukała w życiu, to, dla którego była w stanie zrobić absolutnie wszystko.
Może to dzięki błyszczącym oczom Maeve, ciepła oddechu kobiety blisko jej szyi, kiedy nachylała się, by szepnąć Lorrie coś na ucho.
Może to miejsce - święty krąg kamieni tak bliski rodowej posiadłości Malfoyów, małej ojczyzny jej przodków - budził jakąś podświadomą tesknotę za domem.
Może to zadawniony w krwi Lorraine wilowy atawizm: myśl, że jej dzikie siostry tańczyły kiedyś pośród tych samych łąk; tak samo zapamiętale, jak ona.
Wreszcie, może to bliskość kapłanek kowenu, ognisk bogini, którą ona nazywała zwykle Panią Księżyca, zaś Matką - tylko wtedy, kiedy wznosiła do niej ciche modły, prosząc o łaskę...
Lorraine mogła nie wyglądać na kogoś zainteresowanego sprawami wiary, ale czasem myślała wręcz, że ta łaska jest w życiu najważniejsza; że bez niej nic nie ma sensu.
Z nabożną powagą przyjęła dar w postaci wianka, który zdobił jej skroń razem z tym z polnych kwiatów, splecionym wcześniej na łące z Maeve.
Dopiero, kiedy podniosła oczy, zwróciła uwagę na resztę ludzi dookoła.
Uśmiechnęła się ciepło do Septimy, która także stała przy ołtarzu. Ona też nie była kimś, kogo na pierwszy rzut oka podejrzewałoby się o bycie religijnym, nie z tymi jej poważnymi oczami naukowczyni, które wyglądały tak, jakby chciały objąć jednym spojrzeniem cały świat tylko po to, by go zrozumieć, objąć tym swoim pięknym umysłem, i odstawić na miejsce; może doznanie Eutierri sprawiłoby, że zacznie czuć coś więcej niż wieczne rozczarowanie?
Dostrzegła też Effimery, która z kolei wydawała się być myślami gdzieś hen daleko, słodko zamyślona. Myśl o tym bogatym mężu, którego jej kiedyś niby wywróżyła, wydawała się szalenie zabawna, kiedy czuła dłoń Maeve w swojej dłoni. W tłumie szukała jednak wciąż kogoś innego...
Rozpromieniła się, kiedy wreszcie dostrzegła Sarę, jej smukła postać, wyłaniająca się spośród mgieł w bliskim sąsiedztwie jej kuzynek-kapłanek, bardziej przypominała zjawę utkaną z rosy i płatków lilii, aniżeli żywego człowieka.
Kiedy Lorraine zrozumiała, że u jej boku nie widać żadnego smoczego kawalera, trochę się zafrapowała: myślała, że Rowle będzie gotów poświęcić swoje barbarzyńskie obyczaje - których nauczył się zapewne od smoków, jakby to nie on je oswajał, a raczej one doprowadziły do tego, że chłop całkiem zdziczał i zdziwaczał - i wesprzeć Sarę swoją obecnością podczas rytuału, w końcu wiara oraz kowen Whitecroft były niejako główną osią życia jej przyjaciółki! Ale Malfoy nie widziała żadnej sylwetki pasującej do jego postaci wśród mroków nocy. Słodkie meczenie baranka tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że Sarze przyda się jakaś dłoń, której mogłaby się chwycić; choć Lorraine była na tyle świadoma by wiedzieć, że to dosyć głupia projekcja z jej strony, często mimowolnie postępowała z Macmillan tak, jak chciałaby, by ktoś postępował z młodszą wersją niej. Nie nazwałaby tego opiekuńczością, może raczej... Solidarnością? Siostrzeństwem?
Rzuciła Maeve szybkie spojrzenie, i nie puszczając jej ręki, dyskretnie pociągnęła ją w stronę Sary, by przygarnąć dziewczynę do ich grupki na resztę rytuału. Nie spodziewała się ujrzeć twarzy Murtagha, która nagle wyłoniła się z mroku, ale ucieszyła się szczerze na jego widok: jego obecność była kolejną rzeczą, dzięki której czuła się tu bezpiecznie. Zaraz jednak jej oczy zwęziły się w niebezpieczne szparki, bo ten widać znowu ignorował swoją siostrę, zamiast, jak przystało na kogoś, kto powinien być dla rodziny ostoją, zaoferować samotnej siostrze ramię. Rodzina jest najważniejsza, pocisnęła mu w myślach Lorraine, ewidentnie sygnalizując mu, żeby do nich dołączył.
Chwyciła Sarę za rękę, w drugiej wciąż dzierżąc dumnie dłoń Maeve.
- Wróżki porwały cię z Lithy? Nie wypatrzyłyśmy ciebie wcześniej - szepnęła do dziewczyny.
Rzadko czuła się tak szczęśliwa. Rzadko w ogóle czuła się szczęśliwa. Dzisiejszego dnia nic nie mogło jednak zepsuć: nawet jej wcześniejsze złe samopoczucie, te żenujące torsje, które chwyciły ją, kiedy uciekły z Maeve, żeby spędzić czas razem, z dala od wścibskich oczu, a potem - długo palący jej policzki wstyd.
Czy można być tak zakochanym, że aż na samą myśl robi ci się niedobrze?
Miłość to choroba, myślała Lorraine, choć zdążyła już zapomnieć o wszystkim co było złe, kiedy spacerowały w otoczeniu bujnej, nieskrępowanej natury, szukając kwiatu paproci. W końcu jedynym lekarstwem na tę chorobę był uśmiech Maeve Chang.
...Która myślała, że jest taka zabawna.
Lorraine przymknęła na chwilę oczy, i wzięła jeden krótki oddech, jak ktoś, kto szykuje się do długiego rantu w poważnej dyskusji.
Każdy kto ją znał, wiedział, że tak właśnie powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem.
Wewnętrzna wiła wiła się w niej rozkosznie. Och, Maeve Chang miała czarnoksięstwo w ustach.
- Będę czekać w łóżku. - Jej? Swoim? A może na posłaniu z kwiatów, pośród których spędziły większą część tego błogosławionego popołudnia? Pozostawiła to w sferze domysłów.
Ścisnęła jednak przez chwilę dłoń kobiety odrobinę mocniej niż normalnie. Ich tajny sygnał.
Nie skupiała się zanadto na twarzach zgromadzonych dookoła ludzi. Dzisiejszej nocy była pijana feerią wrażeń.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio pozwoliła sobie na taką frywolność.
Przepełniało ją przedziwne poczucie bezpieczeństwa - to, którego tak rozpaczliwie szukała w życiu, to, dla którego była w stanie zrobić absolutnie wszystko.
Może to dzięki błyszczącym oczom Maeve, ciepła oddechu kobiety blisko jej szyi, kiedy nachylała się, by szepnąć Lorrie coś na ucho.
Może to miejsce - święty krąg kamieni tak bliski rodowej posiadłości Malfoyów, małej ojczyzny jej przodków - budził jakąś podświadomą tesknotę za domem.
Może to zadawniony w krwi Lorraine wilowy atawizm: myśl, że jej dzikie siostry tańczyły kiedyś pośród tych samych łąk; tak samo zapamiętale, jak ona.
Wreszcie, może to bliskość kapłanek kowenu, ognisk bogini, którą ona nazywała zwykle Panią Księżyca, zaś Matką - tylko wtedy, kiedy wznosiła do niej ciche modły, prosząc o łaskę...
Lorraine mogła nie wyglądać na kogoś zainteresowanego sprawami wiary, ale czasem myślała wręcz, że ta łaska jest w życiu najważniejsza; że bez niej nic nie ma sensu.
Z nabożną powagą przyjęła dar w postaci wianka, który zdobił jej skroń razem z tym z polnych kwiatów, splecionym wcześniej na łące z Maeve.
Dopiero, kiedy podniosła oczy, zwróciła uwagę na resztę ludzi dookoła.
Uśmiechnęła się ciepło do Septimy, która także stała przy ołtarzu. Ona też nie była kimś, kogo na pierwszy rzut oka podejrzewałoby się o bycie religijnym, nie z tymi jej poważnymi oczami naukowczyni, które wyglądały tak, jakby chciały objąć jednym spojrzeniem cały świat tylko po to, by go zrozumieć, objąć tym swoim pięknym umysłem, i odstawić na miejsce; może doznanie Eutierri sprawiłoby, że zacznie czuć coś więcej niż wieczne rozczarowanie?
Dostrzegła też Effimery, która z kolei wydawała się być myślami gdzieś hen daleko, słodko zamyślona. Myśl o tym bogatym mężu, którego jej kiedyś niby wywróżyła, wydawała się szalenie zabawna, kiedy czuła dłoń Maeve w swojej dłoni. W tłumie szukała jednak wciąż kogoś innego...
Rozpromieniła się, kiedy wreszcie dostrzegła Sarę, jej smukła postać, wyłaniająca się spośród mgieł w bliskim sąsiedztwie jej kuzynek-kapłanek, bardziej przypominała zjawę utkaną z rosy i płatków lilii, aniżeli żywego człowieka.
Kiedy Lorraine zrozumiała, że u jej boku nie widać żadnego smoczego kawalera, trochę się zafrapowała: myślała, że Rowle będzie gotów poświęcić swoje barbarzyńskie obyczaje - których nauczył się zapewne od smoków, jakby to nie on je oswajał, a raczej one doprowadziły do tego, że chłop całkiem zdziczał i zdziwaczał - i wesprzeć Sarę swoją obecnością podczas rytuału, w końcu wiara oraz kowen Whitecroft były niejako główną osią życia jej przyjaciółki! Ale Malfoy nie widziała żadnej sylwetki pasującej do jego postaci wśród mroków nocy. Słodkie meczenie baranka tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że Sarze przyda się jakaś dłoń, której mogłaby się chwycić; choć Lorraine była na tyle świadoma by wiedzieć, że to dosyć głupia projekcja z jej strony, często mimowolnie postępowała z Macmillan tak, jak chciałaby, by ktoś postępował z młodszą wersją niej. Nie nazwałaby tego opiekuńczością, może raczej... Solidarnością? Siostrzeństwem?
Rzuciła Maeve szybkie spojrzenie, i nie puszczając jej ręki, dyskretnie pociągnęła ją w stronę Sary, by przygarnąć dziewczynę do ich grupki na resztę rytuału. Nie spodziewała się ujrzeć twarzy Murtagha, która nagle wyłoniła się z mroku, ale ucieszyła się szczerze na jego widok: jego obecność była kolejną rzeczą, dzięki której czuła się tu bezpiecznie. Zaraz jednak jej oczy zwęziły się w niebezpieczne szparki, bo ten widać znowu ignorował swoją siostrę, zamiast, jak przystało na kogoś, kto powinien być dla rodziny ostoją, zaoferować samotnej siostrze ramię. Rodzina jest najważniejsza, pocisnęła mu w myślach Lorraine, ewidentnie sygnalizując mu, żeby do nich dołączył.
Chwyciła Sarę za rękę, w drugiej wciąż dzierżąc dumnie dłoń Maeve.
- Wróżki porwały cię z Lithy? Nie wypatrzyłyśmy ciebie wcześniej - szepnęła do dziewczyny.