• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex

[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#7
06.01.2024, 00:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2024, 00:24 przez Alexander Mulciber.)  
- Dam ci odpisać - zaproponował łaskawie, ani na chwilę nie tracąc rezonu, choć dotyk Ambrosii był szalenie rozpraszający. Ton Alexa był lekki, niefrasobliwy wręcz, ale jego oczy były skupione na twarzy Rosie; po samej ostrości jego spojrzenia łatwo było się domyślić, że po głowie chodzi mu coś kompletnie innego niż praca domowa z transmutacji. Debilko, przecież oddałbym ci swój własny esej, pomyślał, po trosze z czułością, a po trosze z irytacją. Tak jakby zależało mi na ocenach...

...Tak jakby nie rozważał już wielokrotnie, czy nie rzucić całej tej śmiesznej szkoły w diabły, i nie czekając na świadectwo i zdanie egzaminów, oddać się w termin do jakiegoś wróżbity, pod którego okiem mógłby w spokoju zgłębiać sekrety przeznaczenia - bo w ten sposób nauczyłby się przecież o wiele więcej, zamiast tracić czas na jakąś taką transmutację, na przykład - z drugiej strony, zdał już SUMy, mógł też zdać OWuTeMy. Trochę głupio byłoby być gorszym od pierwszego lepszego oszołoma, który nie dostał na egzaminie trolla z wróżbiarstwa tylko dlatego, że po spojrzeniu w szklaną kulę stwierdził, że jutro będzie mgła, a z czytania tarota został zwolniony, bo przyniósł opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej, że ma dysleksję i daltonizm... Zresztą, wciąż miał w pamięci to spojrzenie Ambrosii, kiedy powiedział jej, że w sumie to może rzuci tę szkołę w cholerę.

Więc tego że nie zależy mu wcale na tym zasranym eseju z transmutacji nie zamierzał mówić głośno. Po pierwsze dlatego, że lubił popisywać się przed Rosie swoją elokwencją irytować dziewczynę, która zresztą zaskakująco łatwo dała się prowokować takimi drobnymi uszczypliwościami, i spędzała w jego bliskim towarzystwie długie godziny, kiedy próbowała udowodnić wyższość swojej racji i to, jaki ty jesteś głupi, Mulciber; po drugie, od "nie zależy mi na ocenach" łatwo było przeskoczyć do "o wiele bardziej zależy mi na tobie", a Alex nie do końca jeszcze wiedział, jak czuł się z tymi słowami na języku.

Zresztą, w jej uszach brzmiałoby to pewnie jak kolejne "aroganckie bzdury" z jego bogatego repertuaru bullshitu. Zwłaszcza, że w takiej niepozornej, małej Rosie tkwiły zaskakujące pokłady cichej determinacji - może nie nazwałby tego ambicją, a raczej jakąś dziwną intensywnością - a Mulciberowi podobało się w niej właśnie to, że była jakaś. Jak na kogoś tak przyzwyczajonego do stania na uboczu szkolnej hierarchii, nawykłego do dotrzymywania towarzystwa samej sobie, Ambrosia miała wyjątkową zdolność mówienia Alexandrowi w twarz rzeczy, których nikt inny by mu nie powiedział - poniekąd dlatego, że nikt inny tak wiele o nim po prostu nie wiedział.

Taka wiedza tajemna rzeczywiście nadawała się tylko do działu ksiąg zakazanych.

Jak kiedyś ją spytał - tym swoim jadowicie beznamiętnym tonem, który Rosie znała do tej pory w jego wydaniu tylko w odniesieniu do innych ludzi - tknięty jakimś dzikim pragnieniem udowodnienia czegoś (jej, a może i sobie), jak często stawia mu tarota, kiedy on nie widzi? jak często pyta o niego karty zamknięta sama w sypialni? jak często - skoro tyle o nim wie, hm?, nie odzywała się przez dobry miesiąc.
Ale Mulciber mógłby przysiąc, że odbiegła wtedy od niego tylko dlatego, żeby nie zobaczył rumieńca na jej policzkach... I czegoś innego niż gniew na dnie jej oczu.

Dlatego Arcykapłanka z jego ulubionej talii tarota patrzyła na niego zielonymi oczami Ambrosii. Tak samo wiedząca, tak samo intensywna... Zaklinała go spojrzeniem, które było dumne i dobitne, pełne zdecydowania, ale i dziwnej łagodności zarazem; ta zresztą przydawała jej wyniosłym rysom szlachetności.

Miała zielone oczy: takie same, jak młode liście na szczytach drzew, pnące się ku słońcu, zalewającemu - zdawałoby się, że wystarczająco już podmokły - las rosnący niepodal jego domu rodzinnego; oczy Ambrosii były jak rzęsa przy brzegach jeziora skrytego w sercu tego lasu, a ich kolor - był zarazem kolorem wodnej toni jeziora, w którym to oboje zanurzyli się podczas tych ostatnich wakacji, szukając wytchnienia od upału... Nie mógł teraz chodzić w to miejsce nie myśląc o McKinnon.

Tak samo, nie mógł nie widzieć jej, kiedy kolejny raz wyciągał Arcykapłankę.

To moja karta, i moja talia, buntował się Alex, za każdym razem, kiedy stawiał ją jako patronkę rozkładu. Ulubiona karta jego matki; symbol daru, od wieków krążącego we krwi jej i zarazem jego przodków, i wreszcie, osobisty anioł stróż Mulcibera: on chciał widzieć w Arcykapłance samego siebie, władającego wiedzą tajemną, z pełną kontrolą nad przypadłym mu darem prekognicji, z tym fragmentem księżyca, który leżał u stóp kapłanki, nie bez powodu nazywanej przez niektórych Panią Księżyca... Ale przeklętej Ambrosii nie wystarczyło, że wyciągał jej zawsze Słońce, kiedy czytali sobie dla zabawy, nie, ona musiała mącić mu w głowie i dostawać też Księżyc, który w jego głowie symbolizował ich nocne rozmowy na wieży astronomicznej.

A Alex? Och, on był tylko psem wyjącym do Księżyca - na tej jednej, jedynej karcie Wielkich Arkan, gdzie nie było widać żadnych ludzi.

Może karty miały rację. W końcu Mulciber nie chciał, by krępowały go poplątane nici powiązań. Nie chcę znać przyszłości innych ludzi, tylko żyć swoją własną, jak często mówił Rosie, kiedy oboje byli zdołowani i w sumie, mogli gadać tylko o ciążących na nich klątwach, bo nagle świat dookoła stawał się nie do zniesienia.

Ale dzisiaj nie chciała rozmawiać, chyba, że powinni uznać gryzienie za jakąś ich nową formę komunikacji. I ona miała czelność mówić mu, że ma wściekliznę, po tym jak napierdalał się z Alastorem Moodym?

Nawet klub pojedynków nie przygotowywał na takie starcia, jak to. Mulciber mrugnął odrobinę za szybko. Zanotował z rozdrażnieniem fakt, że Rosie odsunęła się nieco i przestała mu gnieść (już i tak pogniecioną) koszulę, że zabrała te drobne dłonie, które tak ładnie pasowały na jego torsie, i to nie tak, że wzięła się za rozpinanie guzików, czy coś takiego!; nie, ona wykonała pełen odwrót - momentalnie cofnęła główkę - jakby... Przestraszyła się własnego popisu.
Interesujące.

Wykorzystał to, że już nie próbuje się po nim wspinać, i jak gdyby nigdy nic, gwałtownie wrzucił trzymaną książkę z powrotem na najbliższą wolną półkę gdzieś na wysokości jej głowy, nie patrząc nawet, gdzie ją odstawia; tylko po to, by jedną rękę zapleść w jej włosach, niebezpiecznie blisko szyi, a drugą, znów chwycić ją nieco niżej talii.

Pozwolił wybrzmieć tej chwili ciszy, przerywanej tylko ich oddechami i szelestem przewracanych kart książek gdzieś daleko w tle.

- Rozbrajasz mnie czasem, McKinnon - stwierdził zdawkowym tonem, który zawsze pojawiał się w jego głosie, gdy wróżył, i trafiał na coś, czego sens nie do końca rozumiał.

A potem ją pocałował, chociaż musiał się przy tym potężnie schylić, ale regał objuczony ciężarem starych tomiszczy wytrzymał, kiedy się o niego oparł, tą samą ręką, która jeszcze chwilę wcześniej zbłądziła z jej talii nieco niżej. Nie chciał przeginać. Nie dzisiaj.
Jej włosy załaskotały go w nos, kiedy odwróciła gwałtownie twarz, zaraz po tym jak ugryzł ją w wargę, niespodziewanie kończąc ich pocałunek; ale on zmusił ją, żeby znowu patrzyła na niego. Jego kciuk czule potarł jej lekko rozchylone usta.
- To teraz popraw szminkę - powiedział cicho, próbując przypomnieć sercu jak powinno bić - ...I licz od nowa.

Pożałował tego, co powiedział, bo jak tak na nią patrzył, czuł tylko mętlik w głowie - milion różnych możliwości, pędzących wartkim strumieniem podświadomości, milion różnych scenariuszy, co jeszcze może się stać - ale pewny mógł być tylko jednego: już za późno, by to cofnąć.

Musi ją spytać, jakie zasrane kwiaty lubi najbardziej.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (8786), Ambrosia McKinnon (8241)




Wiadomości w tym wątku
[15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Alex - przez Alexander Mulciber - 31.12.2023, 22:58
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 01.01.2024, 02:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 02.01.2024, 04:35
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.01.2024, 05:47
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 03.01.2024, 17:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 03.01.2024, 20:32
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 06.01.2024, 00:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 11.01.2024, 01:27
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 11.01.2024, 03:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 29.01.2024, 03:52
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 29.01.2024, 21:12
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 10.03.2024, 02:59
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Ambrosia McKinnon - 02.04.2024, 02:26
RE: [15.04.1957] sweet lover, you should have come over | Ambrosia & Axel - przez Alexander Mulciber - 07.05.2025, 22:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa