Znajomy to było bardzo szerokie pojęcie i od tego warto było zacząć. No bo co to znaczył "być znajomym". Czy to, że znasz czyjeś imię czyni cię znajomym? To, że znasz czyjeś imię i parę faktów o nim? Zamieniliście parę słów, kilka zdań przesunęło się między wami. Oto wasza znajomość. A może znajomy to jednak osoba, z którą rozmawiasz, albo rozmawiałeś dużo? Taka, o której możesz więcej powiedzieć niż "noo, jest miły". Bo niczego lepszego w głowie nie odnajdowałeś. O Crowie Laurent nie mógł chyba powiedzieć, że "jest miły". Agresywny - na pewno. Zbereźny - jak najbardziej. Nietaktowny, chamski i bezpośredni, tak. To mówiło o wiele więcej niż "miły". A jednak to właśnie on pomógł mu bardzo, kiedy było źle. Nie wyjebał go i nie kazał spierdalać. Nie wykorzystał sytuacji, żeby go do czegoś zmusić i nie zostawił, żeby zdechł. Wdzięczność bywała bardzo niewdzięcznym uczuciem, ot co. Wbijała się do głowy i sprawiała, że nagle to, co złe, potrafiło zostać zmyte. Ale strach przed Crowem wcale nie zniknął. To było po prostu gorzkie, że ten człowiek zadbał o niego bardziej niż własny ojciec.
- Nietaktowny to bardzo uprzejme określenie na jego określenie. - Dla niego to był chyba żart. Dla Crowa. Bawiło go to, chyba większość chwil tamtego spotkania nawet go bawiła. Ale to nie było śmieszne - było upokarzające. Kolejna osoba wyłowiona z jego przeszłości. Nie powinni byli się we dwóch spotkać, o nie. Lecz spotkali. Efekt był taki, że miał chusteczkę, zapis obrazy w pamięci i żal. Ale nie do Flynna. Do samego siebie, że był zbyt łatwowierny, a za tym - że większym gniewem spojrzał na ten świat. Z poczuciem niesprawiedliwości. Trudno - stało się. Tak jak bardzo wiele innych wydarzeń kręcących się w jego życiorysie ostatnimi czasy. - To po prostu... osoba, którą przypadkiem spotkałem, a znałem kiedyś... dawno temu. Nie znajomy, z którym utrzymywałbym kontakt. - Naprostował, żeby nie pomyślał, że utrzymuje kontakt z kimś, kto go obraża.
- Chyba reprezentuję sobą wiele rzeczy, ale nie prostotę. - Był tego świadom. Jak jego głowa chodziła po dziwnych drogach, jak jego niepewności potrafiły go spychać z góry i już nie dało się tej kuli zatrzymać, bo tylko nabierała na pędzie i na sile. Kontrola była możliwa tylko do pewnego stopnia, lub dopóki kula się nie rozbiła na wielkiej skale. Szok temu towarzyszący nie był czymś, czego chciał zaznawać i tym bardziej nie był czymś, czym chciał poić samego Philipa. Potarł dłońmi twarz, przez moment zatrzymując złożone palce na poziomie swojego nosa. Zmęczenie w tym momencie było wręcz powalające. Grawitacja ciążyła na ramionach do nieznośnego poziomu. - Ja też. Postaram się tego nie robić. - W tych drażliwych i stresowych momentach. Ale miał problemy wtedy z wyczuciem tego, jego mózg przestawał odpowiednio funkcjonować. To ten efekt kuli. Bardzo dużo zaburzał. Tym bardziej, że ciśnienie pojawiało się (w jego mniemaniu) od strony Philipa i wszystko się psuło.
- Nie oczekiwali tego ode mnie. To ja sądziłem, że na to zapracuję. Że tak na pewno będzie. - Bo przecież był jedynym synem Edwarda. Lecz nie był synem Aydayi. - Ty mówisz, że krew nie ma znaczenia. Masz rację, nie ma. Ale dobrze wiesz, jak to jest. To bardzo specyficzne uczucie, Philipie. Tak jakby połowa mnie żyła tu. A druga połowa w morzu. - Nie było lepszej ucieczki niż do morza, ale nie chciał tam zniknąć na zawsze. Było tak wiele osób, na których mu zależało... więc o zniknięciu pośród fal tylko fantazjował. Ciężko było w ogóle to komuś opisać, chociaż trochę ludzi go o to pytało. Jak to jest - być selkie. Czy słyszy morze, czy je rozumie - i wiele podobnych.
- Prysznic. Dziękuję. - Powoli podniósł się z fotela. - Nie zostawię. - Podszedł do psów i wyciągnął do nich ręce, żeby się do nich przytulić. Albo je do siebie. A potem machnął różdżką, żeby jedną z biżuterii zmodyfikować na pudełko i całą resztę poukładać w środku. Wieczko zostało zamknięte. Takim sposobem zostaną bezpieczne.