- Nie... już nie. - Już. Króciutkie słówko, zaledwie trzy litery, a jak wiele zmieniały. Jakiego wydźwięku nadawały temu zaprzeczeniu. Ale to stamtąd właśnie Crow wkroczył do jego dzisiejszej rzeczywistości. Dokładnie tak samo, jak on wkroczył do jego. Przecięli się, złożyli sobie przysięgę wieczystą i rozeszli. Być może po to, żeby nie mieć już nigdy więcej ze sobą do czynienia. Właściwie to chyba tak było lepiej, skoro na nich obu nadal zwrócone były oczy pokręconej wiedźmy Fontaine. To była opowieść na inny dzień... o ile w ogóle miał odwagę opowiadać o tym Philipowi. To zaufanie, o którym mówili. O które Philip pytał. Tak, ufał mu. Czyli ufał, ALE..? Tak jakby istniały różne typy zaufania. Bo istniały. Najtrudniej było zaufać samemu sobie. Uwierzyć, że świat nie patrzy na ciebie tak, jak ty na siebie spoglądasz w lustrze.
- Tak sądzisz..? - Według niego ludzie byli prości, przynajmniej w większości. Potrafił określić ich potrzeby, ich dążenia, cele. Potrafił przewidzieć, gdzie się skierują i co ich zaboli, a co nie. Potrafił się mniej więcej poruszać po ich świecie, żeby zachowywać stabilność i żeby zamienić to wszystko w przyjemne doznanie. Tak długo, jak długo skupiał się w pełni na drugiej osobie i stawał tym, kim ta osoba potrzebowała. To nie było dobre ani dla niego, ani dla drugiej strony - teraz tak sądził. Po tych wszystkich doznaniach, przeżyciach i po wnioskach wyciągniętych z rozmów z Perseusem czy tego, co dziś działo się między nim i Philipem. - Sądzę, że większość ludzi jest całkiem prosta. I to nie jest złe. To świadczy o tym, że nie każdy ma bałagan w głowie i sercu. - To był wyznacznik pewnej komplikacji - bałagan. Tak samo jak w brudnym pokoju będziesz miał problem ze znalezieniem konkretnej rzeczy, tak będziesz się trudził, żeby znaleźć coś w zabałaganionym wnętrzu drugiej osoby. - Wzajemnie. - Odnośnie starania się dla kogoś to również doceniał to, że Philip zamierzał zwrócić na to uwagę. Takie drobne rzeczy, starania, sprawiały, że człowiek wiedział, że drugiej stronie zależy.
- Owszem. Choć sądzę, że jestem we właściwym miejscu. Muszę tylko... trochę się uspokoić. - Właściwie to widział siebie samego na krańcu świata, gdzie nikt nie spoglądał, trzymającego dłoń kogoś, kogo kochał i kto kochał jego. Żyjąc na wybrzeżu, gdzie nie było ocen. W niewielkim domu. Happily ever after. Jak zakończenie powieści, której nie chcesz potem kontynuować, żeby nic się już nie zepsuło. Bo na pewno by się zepsuło. Ten świat był zbyt niespokojny, żeby trwać w zastoju.
Skierował się do łazienki, skinął uprzednio głową z wdzięcznością w stronę Philipa. Kręciły mu się podobne myśli i pytania. Czy powinien ze sobą zaprosić Philip? Czy powinien mówić cokolwiek? Czy zawieszenie było tutaj dobre, czy może jednak złe? Powinien? Nie powinien? Może jednak? Tylko jakby się to skończyło. Nie potrafiłby chyba zatrzymać swoich dłoni mając jego ciepłe ciało tak blisko. Nagie. Owinięte strugami wody... Przymknął na moment oczy, a kiedy je otworzył to jego dłoń już zamykała drzwi od łazienki. Dopiero wtedy jakoś nabrał oddechu. Wiedział, gdzie jest ręcznik, jak się poruszać po tym domu. Znał jego wieczorne i poranne zwyczaje. Znał te zakamarki. Czego robić, a czego nie robić. Czego nie przestawiać, a czego najlepiej nie dotykać. Starał się, żeby wszystko pozostało na swoim miejscu. W końcu rozległ się szum wody.