06.01.2024, 12:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2024, 12:50 przez Brenna Longbottom.)
Brenna wiedziała, że Vincent zamierza opowiedzieć o wszystkim Edwardowi - inaczej pewnie nie zdecydowałaby się napisać do głowy rodu Prewettów, bo byłoby po prostu wybitnie niesprawiedliwe iść do niego, jeśli Vinc i Laurent planowaliby zachować wszystko w sekrecie. Nie było też mowy, aby przyszła tu służbowo: gdyby prowadziła to śledztwo, nie mogłaby sobie na to pozwolić.
Ale Vincent rozmawiał z bratem, ona nie była tam podczas pracy, a cała sprawa należała do biura aurorów, ona zaś występowała całkowicie jako osoba prywatna. Nie mając nawet pojęcia, co dzieje się tutaj służbowo (przynajmniej oficjalnie).
- Panie Prewett. Dziękuję, że zechciał pan znaleźć dla mnie czas - powiedziała. Kogoś mogłoby zdziwić, że potrafiła wpaść do domu jego brata wykrzykując słowa o kłusownikach i zrzucając mu ręcznik na głowę, a tutaj zachowywała się tak uprzejmie, ale w pewnym sensie wszyscy ludzie byli aktorami, grającymi różne role. A ona nawet nie czuła, że gra: ta Brenna była równie prawdziwa, jak ta, która posyłała komuś galeony na kurwy.
Uśmiechnęła się do niego. Mimika nie zdradzała żadnego zdenerwowania, a twarz kobiety była ot sympatyczna, zapewnie trudna do uznania za szczególnie piękną, zwłaszcza, że Brenna nie używała makijażu poza odrobiną matczynego pudru, mającego zamaskować zmęczenie po pełni. Nie wydawała się czuć niepewnie, a jeżeli tak było, to tę niepewność doskonale maskowała. Oczy miała duże, ciemne, dość żywe, o takim spojrzeniu, że chyba było po prostu niemożliwe, aby wyglądała groźnie - mimo wysokiego wzrostu i tego, że dłonie nosiły ślady wskazujące na to, że niekoniecznie zajmowała się co najwyżej trzymaniem pióra.
– Jeśli chodzi o śledztwo służbowe, to już gestia Biura Aurorów. Mogę wskazać panu nazwiska, jeżeli życzy pan sobie skontaktować z nimi bezpośrednio, na ten temat ani nie mam informacji, ani nie wolno byłoby mi ich udzielać – powiedziała uprzejmie, gdy zajęła miejsce. – Czy to naprawdę takie zaskakujące, panie Prewett? Śmierciożerców traktuję jako problem nie tylko, gdy jestem w pracy. Zapewne pan o tym nie słyszał, ale nie tak dawno zamordowali mojego wuja. Osobę czystej krwi – stwierdziła. Mówiła bardzo spokojnie, i ani odrobina żalu nie uwidoczniła się ani na twarzy, ani w głosie, teraz minę miała dość neutralną, a słowa brzmiały jak stwierdzenie faktu.
Tkwiła w tym spokoju odrobina kalkulacji. Bo Brenna za nic nie chciała, by przyszło mu na myśl, że próbuje wzbudzić w nim współczucie. W Edwardzie Prewecie? Musiałaby upaść na głowę.
A i podkreślenie tej czystości krwi było wykalkulowane.
– W tym wypadku byłam na miejscu dwukrotnie poza służbowo, więc jestem osobiście zaniepokojona. Oczywiście, Ministerstwo wszystkim się zajmuje, ale… – Tu urwała na moment. – Chyba zgodzimy się, że ciężko wygrać w karty z kimś, kto nie gra według zasad, kiedy samemu trzeba się do nich stosować, prawda?
Och, nic nie zamierzała powiedzieć wprost, ale przesłanie było chyba dość jasne: nie dowierzała, że Ministerstwo dopadnie winnych. I rzucenie tego tutaj było może ryzykowne, ale akurat podejrzewała, że Edward Prewett niekoniecznie jest największym fanem Ministerstwa. Zresztą, po Beltane chyba nikt nie był fanem obecnej Ministry...
Ale Vincent rozmawiał z bratem, ona nie była tam podczas pracy, a cała sprawa należała do biura aurorów, ona zaś występowała całkowicie jako osoba prywatna. Nie mając nawet pojęcia, co dzieje się tutaj służbowo (przynajmniej oficjalnie).
- Panie Prewett. Dziękuję, że zechciał pan znaleźć dla mnie czas - powiedziała. Kogoś mogłoby zdziwić, że potrafiła wpaść do domu jego brata wykrzykując słowa o kłusownikach i zrzucając mu ręcznik na głowę, a tutaj zachowywała się tak uprzejmie, ale w pewnym sensie wszyscy ludzie byli aktorami, grającymi różne role. A ona nawet nie czuła, że gra: ta Brenna była równie prawdziwa, jak ta, która posyłała komuś galeony na kurwy.
Uśmiechnęła się do niego. Mimika nie zdradzała żadnego zdenerwowania, a twarz kobiety była ot sympatyczna, zapewnie trudna do uznania za szczególnie piękną, zwłaszcza, że Brenna nie używała makijażu poza odrobiną matczynego pudru, mającego zamaskować zmęczenie po pełni. Nie wydawała się czuć niepewnie, a jeżeli tak było, to tę niepewność doskonale maskowała. Oczy miała duże, ciemne, dość żywe, o takim spojrzeniu, że chyba było po prostu niemożliwe, aby wyglądała groźnie - mimo wysokiego wzrostu i tego, że dłonie nosiły ślady wskazujące na to, że niekoniecznie zajmowała się co najwyżej trzymaniem pióra.
– Jeśli chodzi o śledztwo służbowe, to już gestia Biura Aurorów. Mogę wskazać panu nazwiska, jeżeli życzy pan sobie skontaktować z nimi bezpośrednio, na ten temat ani nie mam informacji, ani nie wolno byłoby mi ich udzielać – powiedziała uprzejmie, gdy zajęła miejsce. – Czy to naprawdę takie zaskakujące, panie Prewett? Śmierciożerców traktuję jako problem nie tylko, gdy jestem w pracy. Zapewne pan o tym nie słyszał, ale nie tak dawno zamordowali mojego wuja. Osobę czystej krwi – stwierdziła. Mówiła bardzo spokojnie, i ani odrobina żalu nie uwidoczniła się ani na twarzy, ani w głosie, teraz minę miała dość neutralną, a słowa brzmiały jak stwierdzenie faktu.
Tkwiła w tym spokoju odrobina kalkulacji. Bo Brenna za nic nie chciała, by przyszło mu na myśl, że próbuje wzbudzić w nim współczucie. W Edwardzie Prewecie? Musiałaby upaść na głowę.
A i podkreślenie tej czystości krwi było wykalkulowane.
– W tym wypadku byłam na miejscu dwukrotnie poza służbowo, więc jestem osobiście zaniepokojona. Oczywiście, Ministerstwo wszystkim się zajmuje, ale… – Tu urwała na moment. – Chyba zgodzimy się, że ciężko wygrać w karty z kimś, kto nie gra według zasad, kiedy samemu trzeba się do nich stosować, prawda?
Och, nic nie zamierzała powiedzieć wprost, ale przesłanie było chyba dość jasne: nie dowierzała, że Ministerstwo dopadnie winnych. I rzucenie tego tutaj było może ryzykowne, ale akurat podejrzewała, że Edward Prewett niekoniecznie jest największym fanem Ministerstwa. Zresztą, po Beltane chyba nikt nie był fanem obecnej Ministry...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.