Flynn nie powiedział mu dzisiaj już nic. Ani jednego słowa. Wyczerpał się już zupełnie. Milczenie nie oznaczało oczywiście, że nie miał nic do powiedzenia. Jego cisza miała wielkie, smutne, brązowe oczy wpatrujące się w Alexandra z dużą dozą niepewności i niechęci do tego co powiedział. Uczyć kogokolwiek walczyć? W jego imieniu? Niee, to go kompletnie nie urządzało, nikt nie miał za niego walczyć, nikt nie miał za niego ginąć, ani poznawać tego jak smakowało cierpienie tylko dlatego, że ich durny brat popełnił tak dużo złych decyzji. Nie obchodziło go to, że sam chciał ich wspierać, ani patrzenie na siebie z perspektywy ofiary potwornego fatum, jakie nad nim wisiało - to było jego życie, on sam tam poszedł i sam powinien to rozwiązać. I rozwiąże to sam - w obliczu starcia z przeszłością zamierzał trzymać się odciętym tak długo, jak tylko pozwolą mu na to okoliczności.
To był jego dom, ale on wciąż czuł się kimś na uboczu budynku. Kimś siedzącym wiecznie na wylocie, jedną nogą poza wszystkim, poza systemem. Chciałby chcieć czegoś innego, ale nie chciał - miał klucz do tego miejsca, do ich serc, przekręcał go chętnie i cieszył się z tego, że wciąż pasował do drzwi Fantasmagorii, ale jeśli ceną za jego posiadanie miała być czyjakolwiek śmierć, a śmierć ciągnęła się za nim nieubłaganie - nie. To byłby koniec. Nie pozwoli na to, żeby cokolwiek się tutaj zmieniło przez to, że nie potrafił zabić jej przed ucieczką.
A Alexander się z tego snu kiedyś obudzi.
Zacisnął powieki po tym, jak na sekundę spojrzał na leżący obok starszego Bella flakon Veritaserum. Mało brakowało, kilka kropel na języku więcej, żeby podzielił się również tymi najciemniejszymi z myśli. Ale uniknął z tego i już nie miał zamiaru kontynuować tej farsy, bo na samą myśl zrobiło mu się niedobrze.
Zastygł na moment w bezruchu, a kiedy znów spojrzał na swojego brata, na jego smutnym obliczu pojawił się delikatny, chociaż przyćmiony końcem rozmowy uśmiech. Dźwignął się z łóżka i wyciągnął rękę, którą pospiesznie mu podał. Gdyby kiedykolwiek odmówił mu w takiej sytuacji, to pewnie znaczyłoby, że coś się kończy. Albo świat, albo on.
To był jego dom, ale on wciąż czuł się kimś na uboczu budynku. Kimś siedzącym wiecznie na wylocie, jedną nogą poza wszystkim, poza systemem. Chciałby chcieć czegoś innego, ale nie chciał - miał klucz do tego miejsca, do ich serc, przekręcał go chętnie i cieszył się z tego, że wciąż pasował do drzwi Fantasmagorii, ale jeśli ceną za jego posiadanie miała być czyjakolwiek śmierć, a śmierć ciągnęła się za nim nieubłaganie - nie. To byłby koniec. Nie pozwoli na to, żeby cokolwiek się tutaj zmieniło przez to, że nie potrafił zabić jej przed ucieczką.
A Alexander się z tego snu kiedyś obudzi.
Zacisnął powieki po tym, jak na sekundę spojrzał na leżący obok starszego Bella flakon Veritaserum. Mało brakowało, kilka kropel na języku więcej, żeby podzielił się również tymi najciemniejszymi z myśli. Ale uniknął z tego i już nie miał zamiaru kontynuować tej farsy, bo na samą myśl zrobiło mu się niedobrze.
Zastygł na moment w bezruchu, a kiedy znów spojrzał na swojego brata, na jego smutnym obliczu pojawił się delikatny, chociaż przyćmiony końcem rozmowy uśmiech. Dźwignął się z łóżka i wyciągnął rękę, którą pospiesznie mu podał. Gdyby kiedykolwiek odmówił mu w takiej sytuacji, to pewnie znaczyłoby, że coś się kończy. Albo świat, albo on.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.