Gdzieś pomiędzy jednym wdechem a drugim, na wskroś przechadzając się przez meandry umysłu zaklęte i niewiadome, myśląc wyłącznie o chwili bieżącej – jakby wybieganie w przyszłość miało sparzyć jej opuszki palców; jakby zerkanie w przeszłość czyniło ją wyłącznie owadem. Uśmiechnęła się więc blado, anemicznie nieomal, jakby miała zostać pozbawiona tchu w jego dusznej obecności; więcej, podobał jej się ten stan rzeczy, w którym uniesiona jego spojrzeniem zatracała swoje pierwotne, niezależne zmysły. Może była oczarowana jego prezencją, buntowniczym sznytem zakorzenionym w jego sercu – osobliwie przeciwnie do jej – gotowa była utonąć w jego ramionach; każdym uśmiechem zaklinać jego duszę na nowo, a nietypową niewinnością unisono z krystaliczną czystością serca, nie pasowała do niego.
Pasowała do objętych pąsem policzków; do niewinnych orkiestr wiosennych i do gałęzi magnolii odpiłowanych gdzieś przy skwerze. W opozycji do jego buńczucznej natury, była gadatliwa niekrycie, jednak zachowująca miły fason – zarówno w arkanach charakteru, jak i aparycji chuderlawej nimfy.
Odrzuciła za ramię spętane falą loki, częściowo upięte kokardą z tyłu głowy.
Uśmiech zatańczył ponownie na jej nieprzejednanych wargach, układając się w przyjemny, acz skuty skupieniem grymas. I może gdyby była odrobinę bardziej pewna siebie, butna i charakterna, bardziej jak istota rzeczywista niż splątana marzeniami podniebnymi zjawa, może wówczas zaimponowałaby mu faktycznie.
Bo Louvain, choć starszy, zatrząsnął gwałtownie jej rychłym, małym światem, stał się dominantą pośród dziewczęcych lotnych myśli. Westchnęła więc jedynie, w odpowiedzi na swoje własne niepokojąco śmiałe myśli, z letargu wyciągnąwszy się poprzez jego słowa.
– Nie czaruj mnie. Bujać to my, nie nas – rzekła kąśliwie na jego komplementy.
– Niemniej, tak, jestem medium – odparła łagodnie, ogniskując spojrzenie głębin błękitnej toni w jego osobie. Biegła percepcyjnie, niemniej dobra w czytaniu ludzi i ich wnętrz, aur i niejedynie, potrafiła wyłapać kłamstwo bądź komplement mający swój cel nie tak czysty, jak z pozornych kryz.
Pewnie dlatego podeszła sceptycznie do jego barwnych słów.
– Musimy rozstawić świeczki i… – zaczęła w skupieniu, jej słowa jednak zostały gwałtownie przerwane.
– O proszę, proszę! Czy to nie brat Loretty? Gdybyś ją widział w jego ramionach… ha! – zabrzmiała wysokim, piskliwym głosem zjawa, wznosząc się nad ich głowami.