Crow zaśmiał się. Tym okropnym, bezczelnym śmiechem, który od razu sugeruje ci - albo masz coś na twarzy, albo powiedziałeś coś niewyobrażalnie durnego, albo istnieje multum rzeczy, jakimi się tobą nie podzieli nawet po kilku kieliszkach wódki, a ty mogłeś albo go olać, albo czuć się jakiś gorszy i wybrakowany, w zależności od zawiłości twojego własnego charakteru. Niezależnie od tego można było zapisać w pamięci, że Crow był kimś, przy kim mogłeś w losowym momencie poczuć się gorzej.
Czy zakończenia były najważniejsze? Tak. Były. Bo nawet największa historia stawała się otwartą, pulsującą raną, jeżeli nie zakończyło się jej w odpowiedni sposób. On sam stanowił chodzący dowód tego stwierdzenia.
- Nie. Ale to cholernie męczy, jak się w coś wciągniesz, a potem dusi cię niepewność. - Oczywiście, że nie miał zamiaru dzielić się z nią żadną głęboką filozoficzną rewelacją, bo dotyczyłaby jego, a on się sobą nie dzielił. To znaczy, w pewnych okolicznościach zdarzało mu się uszczknąć jakieś minimalne fragmenty siebie, ale to już wola rozmówcy, żeby je poskładać w jedną całość, a to do prostych rzeczy nie należało - bo on był z tej grupy osób, które często przeczyły same sobie. - Idealizm, bohaterstwo. Nieźle. Jeżeli miałbym czytać jakąś powieść, to byłby to pewnie jakiś Poe. - Jakiś Poe, bo niekoniecznie on sam, może ktoś podobny, może ktoś zupełnie inny, ale potrafiący przemówić swoim głosem do duszy tak ciemnej jak jego (i tak, naprawdę myślał o sobie w ten sposób - nie jest to wcale dowcip narratora).
Cóż miał założyć? Że miał rację, podejrzewając Septimę o skrajną niewiedzę jeżeli chodziło o to, czym zajmowała się Fontaine i kim były jej szczury, jaką pozycję wśród nich miał Crow? Oczywiście, że mógłby, ale życie na Ścieżkach nauczyły go ostrożności w kwestii wysuwania takich daleko posuniętych wniosków - tutaj ludzie nie zwykli obdarowywać się nawzajem każdą rewelacją, ani prędko obnażać z ciążących na duszy sekretów. To było momentami absurdalne, dziwaczne w tym kierunku, gdzie ludzie niepozorni okazywali się być tymi najbardziej popapranymi. I tak - w przypadku panny Ollivander to było zupełnie niepotrzebne, bo trafnie wyczytał większość jej biografii w tym jak się ubierała i jak mówiła, ale nie mógł tego wiedzieć - jego dalsze poczynania były częścią grania w grę niedomyślności.
Crow pozbierał swoje bletki, kiedy pociąg zaczynał hamować przed zbliżeniem się do miasta. Wszystkie elementy wcisnął do pojedynczej kieszeni w swojej skórzanej kurtce, ta zaś w ogóle nie wyglądała na przepełnioną - musiał wszyć w nią coś nadającego wnętrzu głębszy wymiar, być może obszył ją skórą wsiąkiewki. A kiedy z piskiem kół zatrzymali się na dworcu dwie stacje przed Southampton, ściągnął walizkę Septimy z wyższej półki i wyszedł z przedziału bez słowa, kierując się na peron. Podobnie jak wcześniej, jeżeli tego zechciała, użyczył jej swojej ręki przy wychodzeniu z wagonu. Uczynił to nieco mechanicznie, bez większych emocji - trochę jak wytresowany pies, któremu podawszy coś raz i nakazując mu to nieść, wyrył to sobie w głowie tak mocno, aby robić to za każdym następnym razem.
Na dworcu przywitał ich dość miły widok mniejszej miejscowości usytuowanej nieopodal niewielkiej rzeki. Wraz z nimi wysiadły losowa starsza pani i kobieta z wózkiem i drobnym dzieckiem, której Crow mógłby pewnie pomóc z wyciągnięciem wózka, ale całkowicie zignorował jej egzystencję. Cała jego uwaga była skupiona na dwóch rzeczach (a to już pewnie dla mężczyzny było spore osiągnięcie), to jest idącej obok Septimie i odpaleniu zwiniętego przed chwilą, trzymanego w ustach papierosa od zacinającej się zapalniczki. Kiedy mu się to wreszcie udało, zaciągnął się dymem i mógł przełożyć papierosa pomiędzy palce, zwrócił się do dziewczyny obniżonym tonem głosu.
- Wiem, gdzie znajduje się ich kryjówka, przejdę się tam i upewnię, że mój plan wypali. A ty... - Skinął głową na wąską alejkę prowadzącą na niewielki rynek w centrum miasteczka. - Spotkamy się gdzieś tam za dwie godziny, ok? Znajdę cię. - Z jakiegoś powodu wydawało mu się, że to zadanie będzie wyjątkowo proste.
Czy zakończenia były najważniejsze? Tak. Były. Bo nawet największa historia stawała się otwartą, pulsującą raną, jeżeli nie zakończyło się jej w odpowiedni sposób. On sam stanowił chodzący dowód tego stwierdzenia.
- Nie. Ale to cholernie męczy, jak się w coś wciągniesz, a potem dusi cię niepewność. - Oczywiście, że nie miał zamiaru dzielić się z nią żadną głęboką filozoficzną rewelacją, bo dotyczyłaby jego, a on się sobą nie dzielił. To znaczy, w pewnych okolicznościach zdarzało mu się uszczknąć jakieś minimalne fragmenty siebie, ale to już wola rozmówcy, żeby je poskładać w jedną całość, a to do prostych rzeczy nie należało - bo on był z tej grupy osób, które często przeczyły same sobie. - Idealizm, bohaterstwo. Nieźle. Jeżeli miałbym czytać jakąś powieść, to byłby to pewnie jakiś Poe. - Jakiś Poe, bo niekoniecznie on sam, może ktoś podobny, może ktoś zupełnie inny, ale potrafiący przemówić swoim głosem do duszy tak ciemnej jak jego (i tak, naprawdę myślał o sobie w ten sposób - nie jest to wcale dowcip narratora).
Cóż miał założyć? Że miał rację, podejrzewając Septimę o skrajną niewiedzę jeżeli chodziło o to, czym zajmowała się Fontaine i kim były jej szczury, jaką pozycję wśród nich miał Crow? Oczywiście, że mógłby, ale życie na Ścieżkach nauczyły go ostrożności w kwestii wysuwania takich daleko posuniętych wniosków - tutaj ludzie nie zwykli obdarowywać się nawzajem każdą rewelacją, ani prędko obnażać z ciążących na duszy sekretów. To było momentami absurdalne, dziwaczne w tym kierunku, gdzie ludzie niepozorni okazywali się być tymi najbardziej popapranymi. I tak - w przypadku panny Ollivander to było zupełnie niepotrzebne, bo trafnie wyczytał większość jej biografii w tym jak się ubierała i jak mówiła, ale nie mógł tego wiedzieć - jego dalsze poczynania były częścią grania w grę niedomyślności.
Crow pozbierał swoje bletki, kiedy pociąg zaczynał hamować przed zbliżeniem się do miasta. Wszystkie elementy wcisnął do pojedynczej kieszeni w swojej skórzanej kurtce, ta zaś w ogóle nie wyglądała na przepełnioną - musiał wszyć w nią coś nadającego wnętrzu głębszy wymiar, być może obszył ją skórą wsiąkiewki. A kiedy z piskiem kół zatrzymali się na dworcu dwie stacje przed Southampton, ściągnął walizkę Septimy z wyższej półki i wyszedł z przedziału bez słowa, kierując się na peron. Podobnie jak wcześniej, jeżeli tego zechciała, użyczył jej swojej ręki przy wychodzeniu z wagonu. Uczynił to nieco mechanicznie, bez większych emocji - trochę jak wytresowany pies, któremu podawszy coś raz i nakazując mu to nieść, wyrył to sobie w głowie tak mocno, aby robić to za każdym następnym razem.
Na dworcu przywitał ich dość miły widok mniejszej miejscowości usytuowanej nieopodal niewielkiej rzeki. Wraz z nimi wysiadły losowa starsza pani i kobieta z wózkiem i drobnym dzieckiem, której Crow mógłby pewnie pomóc z wyciągnięciem wózka, ale całkowicie zignorował jej egzystencję. Cała jego uwaga była skupiona na dwóch rzeczach (a to już pewnie dla mężczyzny było spore osiągnięcie), to jest idącej obok Septimie i odpaleniu zwiniętego przed chwilą, trzymanego w ustach papierosa od zacinającej się zapalniczki. Kiedy mu się to wreszcie udało, zaciągnął się dymem i mógł przełożyć papierosa pomiędzy palce, zwrócił się do dziewczyny obniżonym tonem głosu.
- Wiem, gdzie znajduje się ich kryjówka, przejdę się tam i upewnię, że mój plan wypali. A ty... - Skinął głową na wąską alejkę prowadzącą na niewielki rynek w centrum miasteczka. - Spotkamy się gdzieś tam za dwie godziny, ok? Znajdę cię. - Z jakiegoś powodu wydawało mu się, że to zadanie będzie wyjątkowo proste.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.