Rozmiękłe czeluści przemknęły przez jej oblicze, pozostawiając po sobie ślad różanego pąsu, spowijającego pokryte pajęczynką piegów policzki i czubek nosa, rozchylając wargi delikatnie, tak jakby musiała zaczerpnąć sowitego haustu powietrza. Zamrugała kilkukrotnie, wprawiając jasne, niewydatne rzęsy w subtelny trzepot, jakby chciała strząsnąć z nich konstelacje płatków śnieżnych; październikowa pogoda zadęła solidnym wiatrem chybocząc delikatnie drewnianymi, starymi oprawami okiennic, buszując w eterze nieprzejednanie. Uśmiech roznegliżował się na jej obliczu, skłaniając zewnętrzne kąciki oczu ku subtelnym zmarszczkom, a w policzkach uwydatniając płytkie dołeczki. Dziewczęce serce szybciej zatrzepotało, a ona sama – niepokorna własnym emocjom – starała się je utrzymać na wodzy; nie było to takie proste – nie, gdy był obok niej, bliski i daleki zarazem.
Śliczna w swej prostocie, jej cały urok zawierał się w splątanych kaskadach loków, opadających miękkością na ramiona, burzliwych, błękitnych tęczówkach, siateczce piegów rysujących się w konstelacje na policzkach i drobnym nosie oraz chuderlawej posturze, jeszcze niedorosłej dziewczyny, a nie dziecka zarazem. Jej serce trzepotało niepokornie, gdy przenosiła na niego wzrok, unosząc brwi w niebanalnym geście dziecięcej ciekawości.
Bo czymże była w tym momencie, jeśli nie dzieckiem zapatrzonym przez szybę cukierni?
Ja za to uwielbiam, gdy na mnie patrzysz – zdawało się wołać jej wnętrze krzykliwie, tak jakby chciała te słowa wyartykułować unisono, a jednocześnie zatrzymać na zawsze w szkatułce sekretów, aberracji i wspomnień. Zamiast tego, przełknęła ciężej ślinę, ogniskując iskry wzroku w jego sylwetce; na jego wargach, spomiędzy których wybijał się dym nikotyny i rozpusty, drażniącego zapachu wzierającego do nozdrzy.
– Och proszę, nie musieliśmy jej nawet przyzywać – rzekła jedynie.
Wszystko było migotliwe jak w kalejdoskopie; jakby chwile te, przetykane gestami i słowami, miały wybrzmieć na licu wszechświata, składając na nim przeklęte pocałunki. Ona z kolei, o pocałunkach myślała coraz więcej, acz w ilości typowej dla dorastającego dziewczęcia.
Niepoprawne emocje i miałkie marzenia.
Gdy wyszedł przed nią, osłaniając ją ramieniem przed zjawą, niewiele myślała. Wbijała przez moment pustawy wzrok w jego sylwetkę, która od tyłu wydawała się być niebywale postawniejsza od jej kruchego niczym babie lato jestestwa. Po chwili jednak, objęła go w pasie i policzkiem przytuliła się do jego pleców.
– Spokojnie – rzekła, dociskając silniej policzek. – Naprawdę, spokojnie – artykułowała ponownie, palce zaciskając na materiale jego koszuli.
Nagły paroksyzm bliskości zakłócił chichot Marty.
– Ha! Gdybyś wiedział, co wyprawiała z tym… – zaczęła, a gdy przez jej na wpół wyraźną, szybującą pod sufitem istotę przeleciał niedopałek papierosa, zajęła się szlochem – Ach tak? Tak mnie traktujecie? Biedną zjawę? – zawyła, chowając się w jednej spośród kabin toaletowych.