Nie było miejsca na ckliwość i wszelakiego rodzaju uniesienia; jej działania, zaprogramowane nieomal w sylwetkę kruchej nimfy, jeszcze niedojrzałej i nastoletniej, stanowiły wieczyście o tym, co igrało w jej duszy i na dnie krystalicznego serca. Uśmiech ustąpił tronu powadze konsternacji, z której prędko wymknął się ekstatyczny grymas – niebywale urokliwy i filuterny w swoim miałkim wyrazie. Nie nawykła do kokieterii; do zamykania mężczyzn w szklanych szkatułkach oraz do stanowienia odwiecznej femme fatale zaklętej w posturze lolity. Zamiast tego, drgnęło w niej coś atawistycznego, a oddech przyspieszył odrobinę swego tempa, gdy wznosiła okraszone welonem jasnych rzęs, błękitne oczy – trzepocząc przez moment z intensywnością, która mogłaby pozbyć się okruchów śniegu z ich woalki.
Uśmiech kwitł jednak na wargach bezpardonowo, jakby miał ocalić cały wszechświat od współczesnego dandyzmu, a jednocześnie jakby mógł kruszyć serca poczerniałe i jednakowo zepsute. Louvain był taką marą, zrodzoną z koncepcji i brudów duszy, rzeczywistą w swej nierzeczywistej okazałości. Nie umiała go rozgryźć i choć jego duszna aura docierała do niej ze zdwojoną siłą – Lestrange nie był łatwy do określenia i zamknięcia w jednej szufladzie. Możliwe, że to to ją tak nęciło w jego osobie – stłamszone tumany bytowania nieoczywistego.
– Teraz już nic nie powiem! – zawodziła Marta, przerywając wartki strumień myśli, który swój akwen otworzył w umyśle Effie.
I dopiero, gdy przyparł ją do ściany, dłonie układając na swoich policzkach, aby zsunąć je po chwili na tors, jej oddech przyspieszył gwałtownie. Sunęła smukłymi palcami po jego sylwetce – zupełnie niepodobna do samej siebie! – aby po chwili wpleść je w odmęty czerni jego włosów.
Na dnie serca coś zatrzepało gwałtownie; może jakiś spętany obietnicą motyl?
Przekrzywiła głowę nieznacznie, mrużąc oczy delikatnie, jakby chciała dojrzeć przez cielesną powłokę jego duszę saute – nieznane meandry umysłu jednak, tak niewinnego i niesplugawionego przez solidny masyw rzeczywistości, wędrowały ku podniebnym arkanom, wyciskając z płuc ostatnie westchnięcie. Puentą był jego nos, sunący nieznacznie po jej szyi – rozmiękła momentalnie.
Zacisnęła dłonie na jego ramionach, zupełnie jakby broniła się przed utratą równowagi.
– Musi… – zaczęła, biorąc głęboki wdech. – Musi mieć szczęście, posiadając takiego brata – dokończyła, słowa podsumowując nieznacznym westchnięciem.
Wspięła się na palce, będąc wciąż odrobinę niższą, jednak zamykając dystans między ich sylwetkami. I pewne nieprzebrnięte przestworza intymności zostały złamane sowicie, gdy uśmiech rozpłynął się na jej wargach, a dłonie oparły się na jego barkach.
Wdech i wydech.
I nagle ta obumarła na licu wszechświata obietnica, którą mógłby zdjąć z jej warg wyłącznie pocałunkiem żarliwym i niebezpiecznym. Nagle poczuła się rozmiękła jak ten biszkopt i choć chciała więcej – naturalna przyzwoitość nie pozwalała jej na podjęcie żadnego kroku.