Laurent przegrywał z godnością.
Nie zależało mu na laurach, na złotym diademie na skroniach. Och, no dobrze, na tym drugim może tak, ale to tylko po to, żeby trochę mocniej lśnić. Przecież słońce kochało złoto, odbijając się w nim jak ludzkie oczy w lustrach. Mógł startować w partii szachów tylko po to, żebyś ucieszył się z wygranej. Przyniósłby skradziony płomień z rydwanu Heliosa jak Prometeusz, żebyś mógł ogrzać się od ognia płonącego gobelinu. Tylko proszę, nie stój tam za długo. Daj się od niego odciągnąć. Nie upadaj na deski - to jeszcze za wcześnie. To niebezpieczne. Ogień, którym podpaliłeś swój most, pogrzebie cię ze sobą. Proszę, uważaj. Są takie sny, które ulegają urzeczywistnieniu i okazuje się, że nie pozostawiają niczego oprócz unoszącego się popiołu, który drażni twoje usta. Osiada na wargach i parzy, dostaje się do płuc i poddusza, wpada do twoich oczu i nagle przestaje cię cieszyć widok płomieni. Jest właśnie to - pustka. Kosmiczna czerń, Chaos w swej pierwotności. Nie powinniśmy się do niego cofać. Przeszliśmy do punktu, w którym ludzkość dzierży płomień w swoich dłoniach, gdzie ten ogień gobelinu oświetla ci drogę, którą możesz podążyć. Zobacz - przecież to sen. Zamiast ściany za gobelinem możesz zrobić sobie przejście. Teraz to jednak rozumiesz, prawda? To przeszłość. Ideałem nadal musiałeś być, ale już nie budziłeś się w samotności każdego poranka. Był ktoś, kto mógł dla ciebie zapalić lampkę obok łóżka. Kto mógł położyć dłoń na sercu i uśmiechnąć się pokrzepiająco. Czy wtedy serce biło w rytmie zegara, czy może w rytmie tego drugiego serca?
Nie było stworzenia w tym ogrodzie, które nie zostałoby ukochane. Wąż, który tak kojarzył się ze zdradą i wygnaniem, który kusił do złego i pokazywał uginającą się pod ciężarem owoców jabłoń, w oczach właściciela tego Edenu był piękną, pełną majestatu istotą. Któż był w końcu bardziej zbliżony do dumnych smoków, jeśli nie one? Łatwo w obliczu grozy grzechu porzucić wizje, że przecież eskulap był symbolem uzdrowienia. Medycyny. Podniósłby więc ciebie w zachwycie i usadził na ramionach, żebyś nie musiał oglądać tego świata od spodu. Tej siły wystarczyłoby nawet i dla was obojga - żeby wzlecieć. Skowronki chowane w złotych klatkach sądziły, że latające ptaki to choroba. Te kraty nie były jednak miejscem bez wyjścia. Wszystko, co posiadało skrzydła, powinno mieć wolność wyboru. To, co nie miało skrzydeł również. Jeśli nie potrafisz latać - to nic nie szkodzi, kochany Wężu. Podzielimy się rolami. Zabiorę cię czasami do lotu, a ty zadbasz o to, żeby nikt już nie zniszczył naszych kwiatów, dobrze? Tak będziemy żyć - jak noc i dzień - w ciągłej harmonii i zgodzie. Będę jak biały gołąb przysiadający przy twojej chłodnej norze pod hebanem, a ty będziesz odwiedzał moje gniazdo na szczycie drzewa. Będziemy wędrowali pośród słoneczników i konwalii. Tylko proszę - podaruj mi ten Eden.
Kruk. Posłaniec Śmierci, jej wierny towarzysz. Najmądrzejszy i najbardziej inteligentny z ptaków, który wiązał się w pary na całe życie... jeśli tylko znalazł odpowiedniego partnera. Piękny i majestatyczny w swojej czerni. O tych niezwykłych ślepiach, które wpatrywały się w ciebie tak, jakby dotykały dna twojej duszy. Laurent potrafił sobie wyobrazić, że ciało Perseusa mogło być za ciężkie do wzniesienia się ponad ziemię, bo coś pętało jego nogi i przytwierdzało go gleby. Posiadał jednak taką łagodność w swoich ruchach, że nie potrafił powiedzieć sobie, że jego kości nie były puste w środku i przystosowane właśnie do tego, żeby latać. Perseus wydawał się fizycznie taki słaby i delikatny, że chciało się go podeprzeć i pomóc, zapytać, czy go... boli. Chociażby ta noga, która nie pozwalała mu swobodnie się przemieszczać. Jego spojrzenie wędrowało z tym w parze. Kiedy tak sztywno wypytywał o pewne biologiczne reakcje, kierowany czystą wiedzą, kiedy się skupiał na słowie pisanym to na moment to wrażeni znikało. Ale potem to spojrzenie uniósł. I był jak połamana róża, która wypalała żal po jej złamaniu na skórze Laurenta. Bo przecież szkoda. Bo przecież złamanej róży nie dało się tak po prostu naprawić. Można było tylko zadbać o to, żeby zakwitła jeszcze raz. Wystarczy odrobina czułości, wody i kilka promieni słońca...
Gdyby ta jadeitowa czerń oczu Perseusa była satyną - czy nie wyglądaliby razem idealnie, gdyby mógł się na tej satynie rozciągnąć..?
- Oczywiście. - Niby wiedział, że lekarzom można ufać, a jednak zawsze w jego głowie była wątpliwość. Wątpliwość, że coś pójdzie nie tak i wszystkie te słowa wyleją się na zewnątrz. Ile trzeba było zapłacić człowiekowi, żeby lekarskie milczenie przestało mieć znaczenie? Ile trzeba kłopotu, żeby włamać się do akt i pewne rzeczy wyciągnąć? Nie chciał tak się tego bać i tak myśleć. Ale to, jak zachowywał się Perseus, jak do niego mówił, jego głos, który wślizgiwał się do jego głowy jak boski głos Pavarottiego zachwycający tłumy. A tu i teraz ten głos był tylko dla niego. - Na początku czerwca zostałem zaatakowany i w wyniku wypadku... w wyniku wypadku zawaliło się na mnie rusztowanie. Na miejscu pomogła mi jedna dziewczyna, która zabrała mnie do szpitala. Dwa dni później stałem się celem ataku mordercy witającego w snach swoich ofiar. - Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, które było zabarwione niedowierzaniem, kiedy o tym mówił. - Mój lęk przed snem i te ataki właściwie zaczęły się w tamtym miejscu. Wcześniej nawet jeśli bywało ciężko to nigdy nie dusiło mnie do takiego stopnia. - To były raczej istotne aspekty jeśli chodzi o diagnozowanie problematyki przyczyn takiego stanu rzeczy. "Pech". Po prostu miał pecha. I ten pech był niesprawiedliwy. Rodził... nienawiść.
Teraz jednak zamiast nienawiści narodził się zdrowy i urokliwy rumieniec na jego policzku. Nie dlatego, że powiedział "konwalie". Dlatego, co powiedział po tym. Może jak zwykle nadinterpretował słowa. Za dużo w nich widział. Dla Ciebie sezon na konwalie mógłby być cały rok, przysięgam. Znalazłbym je wszędzie. Zasadził we własnych dłoniach, gdyby była taka potrzeba.
- Jest pan bardzo wrażliwy. - Chciał powiedzieć, że na piękno, ale to by zabrzmiało nie tak, jak chciał, by wybrzmiewało. Czasem nie trzeba mówić więcej. Niekiedy wystarczy parę słów, żeby przekaz płynął wraz z południkowym wiatrem, niosąc ze sobą ciepło doświadczeń.
- Chyba... chyba słyszałem. - Zawahał się przez moment, bo właściwie nie miał doświadczenia ze światem mugolskim, a jakoś jego towarzystwo też niekoniecznie wielce się tam obracało. Chyba jedna Olivia była taka zafascynowana ich światem... - Rozumiem. To po prostu bardzo... dyskomfortowe. Jakbym nie był sobą. - Tylko kimś innym. Strąconym i wygnanym z tego Eden, które zostało mu obiecane. - Och... tak, proszę. Powinienem wstać? - Podejść, rozebrać się, naprostować? Ściągnął nawet nogę z nogi, trochę niepewny procesu, bo kiedy lekarz chciał go osłuchiwać to raczej wymagało to ściągnięcia koszuli. Głupie, zdradliwe serduszko... czemu szybciej bijesz? Uspokój się... Przecież na śpiewanie i tańczenie nie była teraz pora.