07.01.2024, 15:03 ✶
Ktoś, kto potrzebuje pomocy.
Bardzo nie chciała być postrzegana, jak ktoś, kto z czymś sobie nie radzi i kto potrzebuje wsparcia. I robiła wszystko, by wyglądało na to, że jest w porządku – zwłaszcza, że sobie radziła. Chociaż gdyby spojrzeć na to w inny sposób – czy nie miała teraz pociągać nićmi, uczepionymi tych osób, które mogły być akurat potrzebne? W pewnym sensie robiła to najmniej od roku, po prostu nie… oficjalnie i nie w takim szerokim zakresie.
Zasoby, zasoby, zasoby.
Potrzebowali zasobów, a Morpheus Longbottom, jakkolwiek by to nie brzmiało, też był zasobem. Może nie wojownikiem, nie jednym z tych, którzy mogli stanąć na pierwszej linii. Ale człowiekiem, który patrzył i który widział. Okiem w Departamencie Tajemnic, będącym domeną Rookwoodów i Mulicberów, nie ukrywających swoich poglądów i Bulstrodów, o których w najlepszym wypadku dało się powiedzieć, że większość z nich była neutralna. Jasnowidzem, mogącym spojrzeć w przyszłość potencjalnie rekrutowanych, by sprawdzić, co zechcą zrobić z przekazanymi im informacjami. Mieli już kilka bojówek, gotowych zaryzykować życiem swoim i cudzym, ale chociaż takich osób też przydałoby się więcej, nie mogła patrzeć wąsko. Nie potrzebowali tych, którzy wezmą różdżki do rąk. Informacje. Różnorodne umiejętności.
Wszystko.
Potrzebowali wszystkiego, choć tak ciężko było to wszystko zapewnić.
Brenna bywała porywacza, ale w pewnych sytuacjach stawiała na planowanie. Analizę. Szukanie plusów i minusów, szans i zagrożeń. Potrzebowali ludzi, ale musieli być to ludzie zaufani. Po Beltane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dumbledore kazał jej znaleźć osoby, które mogą im pomóc, nie tylko jednak one nie mogły wzbudzać wątpliwości, ale i ich otoczenie. Gdzie miała szukać, jeżeli nie we własnej rodzinie? Czy jeżeli nie mogłaby zaufać im – mieliby w ogóle jakiekolwiek szanse w tej wojnie? A na pytanie „czy mam prawo ich w to wciągać” odpowiedziała sobie przecież już dawno, gdy rzuciła parę zdań do Erika, gdy poszła do Mavelle. Nie miała prawa ich w to nie wciągać.
Morpheus miał jednak prawo odmówić, pozostać takim, jakim był, zapatrzonym w przyszłość i w przepowiednie, ustawione rzędami na półkach w Departamencie Tajemnic. Analizować słowa wypowiadane przez wieszczów, oceniać ich prawdziwość, sprawdzać, które z nich się wypełniły, i w jaki sposób mogą wypełnić się inne.
– To nie kwestia tego, co chcę i mogę powiedzieć, Morpheusie – stwierdziła w końcu, odrywając spojrzenie od kart i przenosząc wzrok na Longbottoma. Uśmiechała się do niego ponad stolikiem, ponad rozłożonym celtyckim krzyżem i kubkiem pełnym rozmiękłych już fusów, chociaż ciemne oczy pozostały poważnie. – A tego, ile chcesz usłyszeć.
Bardzo nie chciała być postrzegana, jak ktoś, kto z czymś sobie nie radzi i kto potrzebuje wsparcia. I robiła wszystko, by wyglądało na to, że jest w porządku – zwłaszcza, że sobie radziła. Chociaż gdyby spojrzeć na to w inny sposób – czy nie miała teraz pociągać nićmi, uczepionymi tych osób, które mogły być akurat potrzebne? W pewnym sensie robiła to najmniej od roku, po prostu nie… oficjalnie i nie w takim szerokim zakresie.
Zasoby, zasoby, zasoby.
Potrzebowali zasobów, a Morpheus Longbottom, jakkolwiek by to nie brzmiało, też był zasobem. Może nie wojownikiem, nie jednym z tych, którzy mogli stanąć na pierwszej linii. Ale człowiekiem, który patrzył i który widział. Okiem w Departamencie Tajemnic, będącym domeną Rookwoodów i Mulicberów, nie ukrywających swoich poglądów i Bulstrodów, o których w najlepszym wypadku dało się powiedzieć, że większość z nich była neutralna. Jasnowidzem, mogącym spojrzeć w przyszłość potencjalnie rekrutowanych, by sprawdzić, co zechcą zrobić z przekazanymi im informacjami. Mieli już kilka bojówek, gotowych zaryzykować życiem swoim i cudzym, ale chociaż takich osób też przydałoby się więcej, nie mogła patrzeć wąsko. Nie potrzebowali tych, którzy wezmą różdżki do rąk. Informacje. Różnorodne umiejętności.
Wszystko.
Potrzebowali wszystkiego, choć tak ciężko było to wszystko zapewnić.
Brenna bywała porywacza, ale w pewnych sytuacjach stawiała na planowanie. Analizę. Szukanie plusów i minusów, szans i zagrożeń. Potrzebowali ludzi, ale musieli być to ludzie zaufani. Po Beltane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dumbledore kazał jej znaleźć osoby, które mogą im pomóc, nie tylko jednak one nie mogły wzbudzać wątpliwości, ale i ich otoczenie. Gdzie miała szukać, jeżeli nie we własnej rodzinie? Czy jeżeli nie mogłaby zaufać im – mieliby w ogóle jakiekolwiek szanse w tej wojnie? A na pytanie „czy mam prawo ich w to wciągać” odpowiedziała sobie przecież już dawno, gdy rzuciła parę zdań do Erika, gdy poszła do Mavelle. Nie miała prawa ich w to nie wciągać.
Morpheus miał jednak prawo odmówić, pozostać takim, jakim był, zapatrzonym w przyszłość i w przepowiednie, ustawione rzędami na półkach w Departamencie Tajemnic. Analizować słowa wypowiadane przez wieszczów, oceniać ich prawdziwość, sprawdzać, które z nich się wypełniły, i w jaki sposób mogą wypełnić się inne.
– To nie kwestia tego, co chcę i mogę powiedzieć, Morpheusie – stwierdziła w końcu, odrywając spojrzenie od kart i przenosząc wzrok na Longbottoma. Uśmiechała się do niego ponad stolikiem, ponad rozłożonym celtyckim krzyżem i kubkiem pełnym rozmiękłych już fusów, chociaż ciemne oczy pozostały poważnie. – A tego, ile chcesz usłyszeć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.