08.01.2024, 00:55 ✶
Przytaknęła. Tak. Zagłębiając się w samo znaczenie słów, właśnie takie, a nie inne wnioski się nasuwały. Odebrano – czyli czegoś koniec końców brakowało. Nie stanowili teraz całości, jak wcześniej, przed nieplanowaną wycieczką do Limbo, to było bardziej, jak… coś odebrane, coś wsadzone na miejsce. Trochę jak ubranie, w którym powstała niebagatelna dziura i zamiast skończyć na śmietniku – zostało załatane. Tyle że łata nijak nie pasowała kształtem, materią, kolorem do tego fragmentu, który znalazł się… właśnie, gdzie?
- Nie mam pojęcia – przyznała mało chętnie. Jakieś podstawy nekromancji może i ogarniała, skoro była w stanie odwrócić wtedy cykl, skoro patronus nie był czymś, przed czego wezwaniem by się wzbraniała (choć tak po prawdzie, powinna, biorąc pod uwagę politykę Ministerstwa… cóż, szanowne Ministerstwo w pewnych aspektach mogło pocałować się samo w dupę, delikatnie mówiąc) – Chciałabym wierzyć, że to jest takie proste. Że choć brzmi to fatalnie, to założenie, iż mamy ich energię brzmi prawdopodobnie. I że jeśli to „coś” zniknie, to wtedy wróci do nich, a nasza energia powróci do nas, ale... – pokręciła głową. Nie, to nie było takie proste, nie mogło być. Zwłaszcza że pamiętała – Derwin zaprzeczył, by dysponował wspomnieniami, które nie przynależały do niego, więc, więc… - Gdzie w zasadzie jest nasza energia? – mruknęła w zamyśleniu, bardziej do siebie niż pod adresem Victorii. Ot, myśl, która się wyrwała na świat.
- Może nie chciał czekać? Nawet jeśli Samhain stwarza lepsze warunki, to wciąż jest to pół roku... – podsunęła dość ponuro. Nie siedziała w głowie Voldemorta, nie miała pojęcia, co mu się roiło, wiedziała jedno: mieć moc teraz a mieć ją za kilka miesięcy: to jednak różnica. I nie można powiedzieć, żeby nie miała z tym pewnego doświadczenia; może, bardzo duże może, gdyby wcześniej była zdolna zmienić swą formę, pewne sprawy potoczyłyby się inaczej?
A może nie.
Nigdy nie miała się tego dowiedzieć.
- Prawdę powiedziawszy, to też coś takiego nasuwało mi się na myśl. Że się zagubił, a one, nie wiem, jakoś go zakotwiczyły i ściągnęły? Ale im dłużej o tym myślę... – potrząsnęła głową. Tak, może to właśnie było to. Nekromancja. I nie, żeby jakoś ją ten fakt specjalnie burzył; byłaby to zresztą niemała hipokryzja.
- Jasne, dam znać. O ile się nie okaże, że nie zechce współpracować – skwitowała bez większych emocji, dopijając kawę. Co, jeśli spotka się z odmową? Wolałaby, żeby do tego nie doszło, ale jeśli jednak… czy robienie sobie wrogów z Macmillanów to jest coś, na co może sobie pozwolić? Ale nie ma co uprzedzać faktów.
Nie zabawiła długo u Lestrange – ot, raptem dosłownie parę chwil, poświęconych już bardziej przyziemnym sprawom, jak choćby pochwaleniu kawy (w końcu kawa kawie nierówna), zanim najwyższa już pora była na powrócenie do siebie. I naostrzenie pióra.
- Nie mam pojęcia – przyznała mało chętnie. Jakieś podstawy nekromancji może i ogarniała, skoro była w stanie odwrócić wtedy cykl, skoro patronus nie był czymś, przed czego wezwaniem by się wzbraniała (choć tak po prawdzie, powinna, biorąc pod uwagę politykę Ministerstwa… cóż, szanowne Ministerstwo w pewnych aspektach mogło pocałować się samo w dupę, delikatnie mówiąc) – Chciałabym wierzyć, że to jest takie proste. Że choć brzmi to fatalnie, to założenie, iż mamy ich energię brzmi prawdopodobnie. I że jeśli to „coś” zniknie, to wtedy wróci do nich, a nasza energia powróci do nas, ale... – pokręciła głową. Nie, to nie było takie proste, nie mogło być. Zwłaszcza że pamiętała – Derwin zaprzeczył, by dysponował wspomnieniami, które nie przynależały do niego, więc, więc… - Gdzie w zasadzie jest nasza energia? – mruknęła w zamyśleniu, bardziej do siebie niż pod adresem Victorii. Ot, myśl, która się wyrwała na świat.
- Może nie chciał czekać? Nawet jeśli Samhain stwarza lepsze warunki, to wciąż jest to pół roku... – podsunęła dość ponuro. Nie siedziała w głowie Voldemorta, nie miała pojęcia, co mu się roiło, wiedziała jedno: mieć moc teraz a mieć ją za kilka miesięcy: to jednak różnica. I nie można powiedzieć, żeby nie miała z tym pewnego doświadczenia; może, bardzo duże może, gdyby wcześniej była zdolna zmienić swą formę, pewne sprawy potoczyłyby się inaczej?
A może nie.
Nigdy nie miała się tego dowiedzieć.
- Prawdę powiedziawszy, to też coś takiego nasuwało mi się na myśl. Że się zagubił, a one, nie wiem, jakoś go zakotwiczyły i ściągnęły? Ale im dłużej o tym myślę... – potrząsnęła głową. Tak, może to właśnie było to. Nekromancja. I nie, żeby jakoś ją ten fakt specjalnie burzył; byłaby to zresztą niemała hipokryzja.
- Jasne, dam znać. O ile się nie okaże, że nie zechce współpracować – skwitowała bez większych emocji, dopijając kawę. Co, jeśli spotka się z odmową? Wolałaby, żeby do tego nie doszło, ale jeśli jednak… czy robienie sobie wrogów z Macmillanów to jest coś, na co może sobie pozwolić? Ale nie ma co uprzedzać faktów.
Nie zabawiła długo u Lestrange – ot, raptem dosłownie parę chwil, poświęconych już bardziej przyziemnym sprawom, jak choćby pochwaleniu kawy (w końcu kawa kawie nierówna), zanim najwyższa już pora była na powrócenie do siebie. I naostrzenie pióra.
Koniec sesji