Zaśmiał się perliście słysząc pytanie o to, czy samego siebie za takiego uważa. Rozbawiło go to jakoś - wizja samego siebie jako takiego zdecydowanego, wysoko noszącego podbródek panicza Prewetta. Owszem, starał się za takiego uchodzić. Starał się trzymać odpowiednią fasadę, spoglądać na świat z wysokości swoich wyprostowanych pleców, ściągniętych ramion. Nie wypadało paniczowi Prewettowi się przecież krzywić i ściągać ramiona. Ale to była fasada. Podstawa dla tych, których należało trzymać na odległość. Złudzenie. Z drugiej strony..? Z drugiej strony z pełnym powodzeniem dyrygował tutaj ludźmi i wskazywał kierunek rozwoju. Rozstawiał ludzi po kątach mimo swojej miękkiej natury. Rozróżniał dobroć i potrzebę bycia kierowanym w życiu prywatnym od dobroci i kierowania w pracy. Dlatego tak nie lubił łączyć tych obu rzeczy. Nie mógł ulegać bliskim w kwestiach biznesowych. Gdyby tak się zastanowić to przecież potrafił być paskudnie uparty w swojej nieprzystępności. W tym, jak potrafił się zamykać w sobie. Ale i tak określenie siebie samego jako zdecydowanego mężczyznę jakoś go bawiło. Sama sugestia tego. Nawet mimo tego, że przecież lubił stawiać na swoim w niektórych punktach, tylko prowadził do tego raczej nie żądaniem, a podprogowymi przekazami.
- Nie. Nie określiłbym tak siebie samego, chociaż może błędnie. - Może. Bo lubił w partnerstwie oddawać lejce kontroli. Lubił zrzucać z siebie ciężar decyzyjności. Przesunął palce na potylicę Nicholasa, pomuskał jego skórę, jego krótkie włosy i pochylił się ku niemu, żeby musnąć go leciutko ustami w policzek i przytulić się do niego na moment. Pogłaskać go po tej potylicy. Po karku. Delikatnie. Przyjemnie. Bardzo przyjemnie. To było niemal dziecinnie naiwne z jego strony - chcieć się oprzeć na tych silnych ramionach ze świętym przekonaniem, że ciężko je nagiąć. Ugiąć. Że wytrzymają jego ciężar. Przecież nie był wcale taki ciężki. Był wręcz absurdalnie lekki. Zsunął się w końcu z jego nóg i wziął łyka swojej kawy i wyciągnął dłoń zachęcająco do Nicholasa.
- Zapraszam.
Powędrowali w kierunku stajni, gdzie rzeczywiście czekały na nich osiodłane abraksany. Michael i drugi rumak - oba obróciły łby w ich kierunku, śledząc ich ruchy czerwonymi oczami. Mężczyzna, który zajmował się akurat końmi pozdrowił ich i życzył udanej przejażdżki. Laurent mu podziękował i stanął pomiędzy końmi, dotykając ich wdzięcznie wygiętych szyi. Oba rumaki się przywitały - tak Michael jak i drugi, którego Prewett przedstawił jako Gabriela i jednocześnie jako rumaka, który poniesie go na swoim grzbiecie.
- Bardzo miło mi poznać. - Gabriel spoglądał z ciekawością na Nicholasa, zdecydowanie nie było w jego spojrzeniu wrogości i nieprzystępności, jaką prezentował Michael. - Mam nadzieję, że będzie to miła przejażdżka, panie Travers.
- Jeździłeś już? - Zadał strategiczne pytanie Laurent, chociaż może głupie... a może i nie.