Trudno się jej rozmawiało z wujem. Nawet chyba trudniej niż z ojcem, choć jedno pewnie wynika z drugiego. Będąc na co dzień z Robertem, była przyzwyczajona do jego wszystkich zachowań. Spojrzeń, westchnień, znikomej gestykulacji. Fakt, że Richard jest jego bliźniakiem, wcale w tym nie pomagał. To tak, jakby znane jej miejsce, znana jej osoba, nagle zmieniła charakter. Nie o 180 stopni, ale jakby jakaś jej cząstka przemieniła się w środku, dając całkowicie inne spojrzenie na obraz, który od lat malował się w takich samych barwach. Było to co najmniej konfundujące, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Powoli jednak utwierdzała się, że słowa, które przed chwilą rzucił jej wuj, są prawdziwe. W końcu już dwukrotnie zachęca ją do wyrzucenia swoich myśli, a gdyby tego nie chciał, potwierdziłby słowa Margaret o przeszkadzaniu i najpewniej pozwolił jej odejść, do czego jedną nogą powoli zmierzała.
- Dziękuję. - Wyszeptała cicho, właściwie jedynie do kadzidła, które ułamane spoczywało teraz w jej dłoniach. Odłożyła je koło podstawki, jednym ruchem przecierając brudne od resztki ziół dłonie o spódnicę. - Zawsze czuję się swobodnie. To nie tak, że kiedykolwiek czułam się... stłamszona. - Ał. To słowo... nie, nie tego chciała użyć, a raczej nie takie słowo chciała wypowiedzieć w przestrzeń. - To znaczy... Ech. - Wzruszyła ramionami. - Dobrze się czuję z ojcem i jego żoną i cieszę się, że wrócili. Wszystko będzie mogło wrócić do normalności, a tego potrzebowałam. - Wiele można byłoby powiedzieć o ich relacji rodzicielskiej, ale nigdy nie negowała tego, że potrzebowała ojca. W końcu z nim przeżyła całe swoje życie. Pozostaje pewnie kwestia do zastanowienia, dlaczego go potrzebowała i czy naprawdę wynikało to z jej wewnętrznej chęci, a nie dość oschłego wychowania, jakie jej sprezentował, niejako narzucając Margaret emocjonalne związanie z nim. Dziwne, że tak trudno byłoby mi powiedzieć, że go kocham. A jednak jak nie miłość rodzicielska, to co mnie trzyma... Choć kobieta starała się rozumieć emocje innych, tak swoich nigdy nie była w stanie rozgryźć.
- Nie każdy może je zrealizować? - Zapytała. Niewinnie jak dziecko. Przecież to oczywiste, że nie każdy może je zrealizować. Ile to małżeństw jest tworzonych wbrew młodym parom i ile z nich potem trwa w wiecznym nieszczęściu. Sama pewnie już dawno powinna być w jakimś aranżowanym małżeństwie, ale może nawet na bycie żoną się nie nadaje i lepiej się nie kompromitować przed innymi rodzinami. Hah, nie, Margaret w to nie wierzyła, ale lubiła sobie żartować sama z siebie. Miała w tym aspekcie dość czarny humor. - A można być szczęśliwym wtedy? Czy szczęście nie jest tym, do czego każdy z nas zmierza? Wykonujemy pracę, rozwijamy pasję, zakładamy rodziny. Różne jest szczęście, ale czy dziecięce marzenia, które spełniamy, nie powinny nam dawać szczęścia? I jeżeli je posiadamy, a nie możemy ich zrealizować to... - To w zasadzie co nam pozostaje w życiu? Smutek, rozpacz, gorycz, która wypełnia nasze serca? - Wujek był szczęśliwy, gdy opuścił nasz dom? Spełnił swoje marzenia?