07.01.2024, 22:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2024, 18:26 przez Brenna Longbottom.)
Kręcę kołem? – miała ochotę zapytać Brenna. Miała wrażenie, że ani tego nie robi, ani się do tego nie nadaje. Za to była całkiem dobra w gnaniu za nim, i obieganiu dwa razy, zanim reszta, pchnięta wraz z nim w ruch, zakończyła pierwsze okrążenie.
W gruncie rzeczy było – jak właściwie zawsze z tarotem, chociaż Brenna tego wiedzieć nie mogła, bo nie miała z nim za wiele do czynienia – karty rzucały ci w oczy to, co już właściwie wiedziałeś. Wiedziała, że Głupiec musi odejść. Ósemka Buław symbolizowała ciągłe zmiany i działanie, a Koło Fortuny zmienne koleje losu, i jedno, i drugie tak prawdziwe.
A Paź Kielichów?
Uśmiechnęła się tylko lekko do siebie, bo on raczej był tym, o czym zapomnieć powinna, tak jak o Głupcu. On odejść nie mógł, bo nigdy nie był jej, a może nawet nigdy nie istniał, nie była na tyle głupia, by uważać, że jego zachowaniem nie kierowała wyłącznie magia (no dobrze, może trochę była, bo wcale nie czuła się z tą świadomością dobrze). Chyba że spojrzeć na tę kartę nie w tej pierwszej interpretacji Morpheusa, jako nowe relacje wynikające z innej roli.
– Dziękuję za wróżbę. Masz ochotę zajrzeć dla dopełnienia do mojego kubka? – spytała jeszcze lekkim tonem, podsuwając mu naczynie, nijak nie komentując tego, co wuj wyczytał z kart. Nie sądziła jednak, aby naprawdę oczekiwał jakichkolwiek komentarzy z jej strony. Czy to co powiedział miało zmusić ją do myślenia? Już zmusiło, ale Brenna była tym gatunkiem człowieka, który popadał pod tym względem ze skrajności w skrajność, czasem myślała o wiele za dużo, a czasem to myślenie zupełnie wyłączała.
Teraz jednak musiała skupić się na czymś innym niż wróżba…
A może wcale nie?
Może to też było jej elementem.
– Dwadzieścia siedem lat temu Grindewalda nie pokonało ministerstwo. Niemieckie, angielskie, amerykańskie, wszystkie były bezradne, bo zbyt zinfiltrowane i zbyt skrępowane własnymi zasadami. Zrobili to Dumbledore i jego ludzie – powiedziała, rzecz raczej oczywistą, bo przecież pamiętał te czasy, jej znane tylko z opowieści i snów widmowidza. Chodził do Hogwartu, gdy Dumbledore ruszył do walki, i pewnie też dostrzegał, że jego starsi bracia już wtedy mieszali się w pewne sprawy. Zniżyła odruchowo głos, chociaż gdyby ktoś ją zapytał o najbezpieczniejsze miejsca w Anglii, wskazałaby po kolei Strażnicę, Hogwart i Warownię. – Ministerstwo i teraz nie działa dość sprawnie.
Gdyby było inaczej, Catherine Barlow nigdy nie musiałaby uciekać, Jason by żył, Derwin nie zginąłby podczas Beltane, nie doszłoby do niektórych ataków, o których czytała w gazetach, z których niekiedy ofiary ginęły, a niekiedy wychodziły cało głównie dlatego, że ktoś przypadkiem im pomógł… albo bo zrobił to ktoś z Zakonu.
– W tym domu jest pełno ludzi Dumbledore’a. Ja, Erik, Mav, Dora, Lucy, tata, od niedawna Dani. Derwin też nim był. Ale chociaż żołnierzy mamy sporo, to już nie oczu i uszu w Departamencie Tajemnic.
W gruncie rzeczy było – jak właściwie zawsze z tarotem, chociaż Brenna tego wiedzieć nie mogła, bo nie miała z nim za wiele do czynienia – karty rzucały ci w oczy to, co już właściwie wiedziałeś. Wiedziała, że Głupiec musi odejść. Ósemka Buław symbolizowała ciągłe zmiany i działanie, a Koło Fortuny zmienne koleje losu, i jedno, i drugie tak prawdziwe.
A Paź Kielichów?
Uśmiechnęła się tylko lekko do siebie, bo on raczej był tym, o czym zapomnieć powinna, tak jak o Głupcu. On odejść nie mógł, bo nigdy nie był jej, a może nawet nigdy nie istniał, nie była na tyle głupia, by uważać, że jego zachowaniem nie kierowała wyłącznie magia (no dobrze, może trochę była, bo wcale nie czuła się z tą świadomością dobrze). Chyba że spojrzeć na tę kartę nie w tej pierwszej interpretacji Morpheusa, jako nowe relacje wynikające z innej roli.
– Dziękuję za wróżbę. Masz ochotę zajrzeć dla dopełnienia do mojego kubka? – spytała jeszcze lekkim tonem, podsuwając mu naczynie, nijak nie komentując tego, co wuj wyczytał z kart. Nie sądziła jednak, aby naprawdę oczekiwał jakichkolwiek komentarzy z jej strony. Czy to co powiedział miało zmusić ją do myślenia? Już zmusiło, ale Brenna była tym gatunkiem człowieka, który popadał pod tym względem ze skrajności w skrajność, czasem myślała o wiele za dużo, a czasem to myślenie zupełnie wyłączała.
Teraz jednak musiała skupić się na czymś innym niż wróżba…
A może wcale nie?
Może to też było jej elementem.
– Dwadzieścia siedem lat temu Grindewalda nie pokonało ministerstwo. Niemieckie, angielskie, amerykańskie, wszystkie były bezradne, bo zbyt zinfiltrowane i zbyt skrępowane własnymi zasadami. Zrobili to Dumbledore i jego ludzie – powiedziała, rzecz raczej oczywistą, bo przecież pamiętał te czasy, jej znane tylko z opowieści i snów widmowidza. Chodził do Hogwartu, gdy Dumbledore ruszył do walki, i pewnie też dostrzegał, że jego starsi bracia już wtedy mieszali się w pewne sprawy. Zniżyła odruchowo głos, chociaż gdyby ktoś ją zapytał o najbezpieczniejsze miejsca w Anglii, wskazałaby po kolei Strażnicę, Hogwart i Warownię. – Ministerstwo i teraz nie działa dość sprawnie.
Gdyby było inaczej, Catherine Barlow nigdy nie musiałaby uciekać, Jason by żył, Derwin nie zginąłby podczas Beltane, nie doszłoby do niektórych ataków, o których czytała w gazetach, z których niekiedy ofiary ginęły, a niekiedy wychodziły cało głównie dlatego, że ktoś przypadkiem im pomógł… albo bo zrobił to ktoś z Zakonu.
– W tym domu jest pełno ludzi Dumbledore’a. Ja, Erik, Mav, Dora, Lucy, tata, od niedawna Dani. Derwin też nim był. Ale chociaż żołnierzy mamy sporo, to już nie oczu i uszu w Departamencie Tajemnic.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.