Znalazł się na Pokątnej, bo musiał uzupełnić zapas eliksirów leczących w swojej chacie. Nie raz skaleczył się podczas hodowania smoczogników, czy ogarniania reszty zwierząt w rezerwacie. Potrzebował też spory zapas maści łagodzących poparzenia i inne podobne produkty. Zaopatrzony już we wszystko chciał zajść na obiad i jakieś piwo do pubu, ale po drodze jeszcze chciał wstąpić do sklepu i kupić sobie nową parę butów, więc wybrał skrót do tego miejsca przez jeden zaułek.
Ubrany był w stare, ciężkie buty, delikatnie już zniszczone przez czas, mugolskie dżinsy i podkoszulek na szerokim ramiączku w kolorze czerni. Było mu gorąco, a dzisiejsza pogoda bardziej zachęcała do wskoczenia do jakiegoś jeziora niż szlajania się między murowanymi ścianami Ulicy Pokątnej. Wyciągnął jednego papierosa i odpalił go zaciągając się nim mocno. Wypuścił dym i ciężko westchnął. Był to męczący nawyk, ale już tak się od tego uzależnił, że nawet nie wiedział jak się tego pozbyć. Każdemu mówił, że mógł przestać palić od jutra, ale jutro było każdego dnia, nie? Tak więc już zostało. Dym zmieszany z wodą kolońską dobrej jakości to był po prostu zapach Vincenta.
Do jego uszu dotarł pisk jakiegoś dziecka, więc z ciekawości ruszył w tamtym kierunku. Dzieci to była jedyny rodzaj człowieka, którego nie nienawidził. Może i go irytowały, czasami nie umiał się z nimi obchodzić, ale nie mógł powiedzieć, że ich nienawidził, bo one jeszcze nie były skalane fałszywością ludzkiego istnienia, były szczere i zawsze mówiły, co myślały. W końcu dotarł do źródła i dostrzegł tam kobietę. Nie widział jej twarzy, stała tyłem do niej, a dziewczynka chlipała w niebogłosy.
– Coś się dzieje? – zagadnął niepewnie.