07.01.2024, 22:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 22:39 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zwykle nie miała oporów wobec nazywania ludźmi przyjaciółmi ani mówienia, jak jej na nich zależy. Wobec Vincenta nie używała tytułu przyjaciela z czystej przekory, nie dlatego, że przeszkadzałoby jej powiedzenie czegoś takiego, a bo on zdawał się nie uważać za człowieka, który w ogóle może mieć przyjaciół. Nigdy w życiu nie przyszłoby jej też do głowy, żeby Edward Prewett próbował ich swatać. Przed Beltane w ogóle pewnie nie zauważyłaby flirtu, choćby walnął ją w głowę, a teraz nawet jeżeli uświadomiła sobie, że jednak takie rzeczy istnieją, nie przyszłoby jej na myśl, że Prewett mógłby wpaść na taki pomysł. Przecież Edward prędzej padłby na apopleksję, a z kolei Jeremiah Longbottom na pewno krzyczałby coś o tym, że po jego trupie.
Co zabawne, już znała prawdziwe imię Vincenta.
Ale wiedziała, że to broń, którą powinna zostawić sobie na bardzo specjalne okoliczności. Gdyby kiedyś musiała go szantażować na przykład…
– Skąd wiesz, może byłoby jak na balu Kopciuszka i znalfububo… Preffet! – burknęła, omal nie zakrztusiwszy się wepchniętym jej do ust ciastkiem. Zagarnęła paczkę i tym razem przełożyła ją i kawę tak, by znalazła się w tej dłoni dalej od Vincenta. Przez moment wyobrażała też sobie Vincenta w roli księcia i bal Kopciuszka, ale jakoś uparcie w tej wizji to on z niego uciekał, a jakaś dziewczyna rzucała w niego butami. – W ogóle wiesz, kim był Kopciuszek? I w sumie to nie wiem, jak często to robią, ale mnie ostatnio też dorwali. A twój brat szukałby żony czystej krwi, a myślę, że z takich na takie poszukiwania to mogłyby się zgłosić tylko albo bardzo walnięte, albo bardzo zubożałe… Więc raczej ci to nie grozi. To znaczy, że on na to wpadnie, bo jeżeli mnie bardzo wkurzysz, to kto wie, co znajdzie się na głównej Proroka? – zapytała retorycznie, popijając ciasteczko kawą i spoglądając za odchodzącym dziennikarzem. Zastanawiała się, co napisze w prasie, czy w ogóle zacytuje coś z tego (zwłaszcza „gościu, odpierdol się” jako odpowiedź na pytanie o Ministrę), czy przypisze te słowa Prewettowi, czy może Lincolnowi… Zaraz jednak przeniosła spojrzenie z powrotem na Vincenta i posłała mu znad kubka promienny uśmiech.
– Och, dam. Za jakiś rok czy dwa. Albo za trzy. Kiedy pojawi się coś lepszego, czym będzie można cię dręczyć – odparła z bezczelną szczerością, bo już wymyśliła, że jak będzie biegła wpaść z prezentem do Mabel do klubokawiarni, zahaczy o sklep z ubraniami Madame Malkin i zamówi tam specjalny cylinder, dokładnie taki, jaki nosił Abraham Lincolm.
Co zabawne, już znała prawdziwe imię Vincenta.
Ale wiedziała, że to broń, którą powinna zostawić sobie na bardzo specjalne okoliczności. Gdyby kiedyś musiała go szantażować na przykład…
– Skąd wiesz, może byłoby jak na balu Kopciuszka i znalfububo… Preffet! – burknęła, omal nie zakrztusiwszy się wepchniętym jej do ust ciastkiem. Zagarnęła paczkę i tym razem przełożyła ją i kawę tak, by znalazła się w tej dłoni dalej od Vincenta. Przez moment wyobrażała też sobie Vincenta w roli księcia i bal Kopciuszka, ale jakoś uparcie w tej wizji to on z niego uciekał, a jakaś dziewczyna rzucała w niego butami. – W ogóle wiesz, kim był Kopciuszek? I w sumie to nie wiem, jak często to robią, ale mnie ostatnio też dorwali. A twój brat szukałby żony czystej krwi, a myślę, że z takich na takie poszukiwania to mogłyby się zgłosić tylko albo bardzo walnięte, albo bardzo zubożałe… Więc raczej ci to nie grozi. To znaczy, że on na to wpadnie, bo jeżeli mnie bardzo wkurzysz, to kto wie, co znajdzie się na głównej Proroka? – zapytała retorycznie, popijając ciasteczko kawą i spoglądając za odchodzącym dziennikarzem. Zastanawiała się, co napisze w prasie, czy w ogóle zacytuje coś z tego (zwłaszcza „gościu, odpierdol się” jako odpowiedź na pytanie o Ministrę), czy przypisze te słowa Prewettowi, czy może Lincolnowi… Zaraz jednak przeniosła spojrzenie z powrotem na Vincenta i posłała mu znad kubka promienny uśmiech.
– Och, dam. Za jakiś rok czy dwa. Albo za trzy. Kiedy pojawi się coś lepszego, czym będzie można cię dręczyć – odparła z bezczelną szczerością, bo już wymyśliła, że jak będzie biegła wpaść z prezentem do Mabel do klubokawiarni, zahaczy o sklep z ubraniami Madame Malkin i zamówi tam specjalny cylinder, dokładnie taki, jaki nosił Abraham Lincolm.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.