08.01.2024, 02:22 ✶
Czy to na pewno była jeszcze Pokątna? A jeżeli była to Pokątna, to czy na pewno była to ta Pokątna - ta Pokątna znana wszystkim londyńskim czarodziejom, będąca kolebką życia magicznych dzielnic, a nie tym... zionącym pustką... czymś...!? Latarnik zaśmiał się - to był żeński głos, choć odrobinę upiorny, odrobinę mechaniczny - jakby ktoś go nagrał na kasetę i puścił ze starego odtwarzacza, a nie jakby to mówił jakiś człowiek.
- Zwidziało się panu coś o trzeciej w nocy i pan nie ucieka?
Wystarczył jeden krok w przód lub w tył, aby wyczuć, że pod nogami nie miał nic.
Lockhart spadał. Umierał, czy przenosił się w inne miejsce? W takich chwilach oddech musiał ugrzęznąć człowiekowi w gardle, a jeżeli jakimś cudem udało mu się w tym locie wezbrać w płuca trochę powietrza, to z pewnością wypuścił je wraz z podejrzanie miękkim lądowaniem.
Utrata przytomności byłaby zbawieniem, ale ani ona, ani śmierć nie nadchodziły. Słownik przewidział dla niego tylko i wyłącznie obrzydzenie i strach. Kiedy to miało mieć koniec? Lepszymi horrorami podobno były te, w których bałeś się tego, czego nie widziałeś - to było przerażające, zanurzenie gdzieś głęboko w odmęty własnej, kruszejącej psychiki. Ale największym lękiem Darcy'ego było to, co Latarnik lubił najbardziej - może i było jakimś widmem, wspomnieniem, może nawiedzało Pokątną jako zły duch, ale wciąż lubiło bawić się po swojemu. I z panem Lockahrtem na pewno będzie chciało bawić się jeszcze.
W morzu robactwa. Tam, gdzie nie było już żadnej nadziei. Cud - nagle rozbłysło jasne światło, a tonącego w nim Darcy'ego chwyciła zimna, trupia dłoń. I zaczęła ciągnąć go w górę, w górę, ku jasności, aż wreszcie...
Znów był na ulicy, tyle że leżał na bruku, jakby szykował się do snu, a Latarnik pochylał się nad nim z zaciekawieniem. Wyciągał do niego otwartą dłoń, bladą jak ściana i wcale nie trzeba było jej chwytać, aby wiedzieć, że była tak samo upiornie zimna jak ta, która ciągnęła go w górę.
- Proszę pana, wszystko w porządku? Powinniśmy wezwać pogotowie...?
Nie było żadnej wyrwy w bruku, nie było żadnej Szczeliny, w którą wpadł, stawiając zły krok. Jeden z robaków ostał się w lewej nogawce jego spodni, albo tylko mu się to zdawało... Z pewnością wciąż był tu Latarnik - szczerzył się dziko na tle migającej lampy i było w nim coś na tyle upiornego, że człowiek wpadał na największe banały - na przykład witryny sklepów znajdujące się w tle tejże postaci nie wyglądały już jak zbiór szybek ustawionych razem - nagle stawały się twarzą jakiegoś stworzenia należącego do innego porządku życia - pająka chociażby, z migoczącymi ślepiami rozłożonymi wzdłuż paskudnej głowy.
Ale to był tylko zły sen, tak?
- Zwidziało się panu coś o trzeciej w nocy i pan nie ucieka?
Wystarczył jeden krok w przód lub w tył, aby wyczuć, że pod nogami nie miał nic.
Lockhart spadał. Umierał, czy przenosił się w inne miejsce? W takich chwilach oddech musiał ugrzęznąć człowiekowi w gardle, a jeżeli jakimś cudem udało mu się w tym locie wezbrać w płuca trochę powietrza, to z pewnością wypuścił je wraz z podejrzanie miękkim lądowaniem.
Trigger Warning: Na dnie Szczeliny obchodzi go robactwo, zaczyna tonąć w nim jak w morzu. (Odkryj)
Okropne uczucie, kiedy próbowałeś oddychać, ale zanurzałeś się coraz mocniej w bezkresną ciemność, a na swoim ciele czułeś poruszanie się setek małych odnóży - robaków, które stąpały po tobie, próbując znaleźć przestrzeń na wciśnięcie się pod ubrania, pomiędzy nogi, do uszu, ust, oczu, nosa. Obleśne, wilgotne robactwo, w którego stertę wpadł na dnie tego porzuconego przez bogów miejsca, nie pożerało go - to on pożerał je, nie gryzło, ale obłaziło z każdej możliwej strony, tak że zanurzał się coraz głębiej i głębiej. I cóż takiego robisz w takiej chwili, krzyczysz? Nie było tu miejsca na krzyk - im szerzej otworzyłeś usta, tym więcej wchodziło ci do gardła. Aż wreszcie człowiek czuł je tak głęboko, że powoli przestawał chcieć czuć cokolwiek.
Utrata przytomności byłaby zbawieniem, ale ani ona, ani śmierć nie nadchodziły. Słownik przewidział dla niego tylko i wyłącznie obrzydzenie i strach. Kiedy to miało mieć koniec? Lepszymi horrorami podobno były te, w których bałeś się tego, czego nie widziałeś - to było przerażające, zanurzenie gdzieś głęboko w odmęty własnej, kruszejącej psychiki. Ale największym lękiem Darcy'ego było to, co Latarnik lubił najbardziej - może i było jakimś widmem, wspomnieniem, może nawiedzało Pokątną jako zły duch, ale wciąż lubiło bawić się po swojemu. I z panem Lockahrtem na pewno będzie chciało bawić się jeszcze.
W morzu robactwa. Tam, gdzie nie było już żadnej nadziei. Cud - nagle rozbłysło jasne światło, a tonącego w nim Darcy'ego chwyciła zimna, trupia dłoń. I zaczęła ciągnąć go w górę, w górę, ku jasności, aż wreszcie...
Znów był na ulicy, tyle że leżał na bruku, jakby szykował się do snu, a Latarnik pochylał się nad nim z zaciekawieniem. Wyciągał do niego otwartą dłoń, bladą jak ściana i wcale nie trzeba było jej chwytać, aby wiedzieć, że była tak samo upiornie zimna jak ta, która ciągnęła go w górę.
- Proszę pana, wszystko w porządku? Powinniśmy wezwać pogotowie...?
Nie było żadnej wyrwy w bruku, nie było żadnej Szczeliny, w którą wpadł, stawiając zły krok. Jeden z robaków ostał się w lewej nogawce jego spodni, albo tylko mu się to zdawało... Z pewnością wciąż był tu Latarnik - szczerzył się dziko na tle migającej lampy i było w nim coś na tyle upiornego, że człowiek wpadał na największe banały - na przykład witryny sklepów znajdujące się w tle tejże postaci nie wyglądały już jak zbiór szybek ustawionych razem - nagle stawały się twarzą jakiegoś stworzenia należącego do innego porządku życia - pająka chociażby, z migoczącymi ślepiami rozłożonymi wzdłuż paskudnej głowy.
Ale to był tylko zły sen, tak?