08.01.2024, 08:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2024, 15:03 przez Brenna Longbottom.)
- Trucizna - powtórzyła Brenna, chociaż w duchu pomyślała: karma. Po prostu karma. Nie kłamali, ta jednak wracała. Nawet jeśli Stanley nie był śmierciożercą, był Borginem, popierał czystość krwi i prawdopodobnie kiedyś groził Dorze. Zasługiwał i na to ugryzienie, i na zieloną rękę i na otrucie. Prawdopodobnie nawet na to, by paść martwym w tej szklarni.
To ostatnie uznała za całkiem prawdopodobne, kiedy obwieścił, że się z nią zgadza. Żadna chusteczka nie pomogła, trucizna jak nic już dotarła do głowy.
Przy tym, co Brenna sobie myślała, można było się kłócić, czy to, że nie uświadomiła Stanleya, że ruszył do szafki że środkami do pielęgnacji roślin i tym podobnymi, było okrucieństwem. Może tak, bo pozwoliła mu szukać wśród tych wszystkich nawozów, fiolek z eliksirami powiększającymi i odżywczymi. Może nie, bo po sekundzie intensywnej walki sama że sobą (czy ma pewno Caspianowi będzie tak brak Borgina? I może na ręku miał taki ładny znak i nie byłoby jednak problemu, jakby umarł?) sama wymaszerowała ze szklarni, kierując się do pobliskiego domku. Gdzie sprawdzano kuchnię oraz szafkę na eliksiry.
Mogła mu powiedzieć, że chłopcy przeszukiwali przecież dom, a im dostała się szklarnia, więc to tam są mikstury. Ale wtedy musiałaby spędzić z nim sześćdziesiąt sekund więcej, poza tym ta sadystyczna część natury, o której istnienie chyba nawet się nie podejrzewała, bardzo się cieszyła, że on w tej szafce szukał, i szukał, i szukał, niczym sensu istnienia...
Na całe szczęście, fiolki były poopisywane. Inaczej zapewne nigdy nie znalazłaby właściwej. To znaczy na szczęście dla Stanleya, nieszczęście Brenny, bo gdyby nigdy nie znalazła właściwej, a on by umarł albo ręką by mu uschła, to byłaby jego strata, jej zysk. Wróciła z nią jakieś pięć minut później. Myślała sobie ze smutkiem, że chyba za mocno uległa gryfońskiej propagandzie pomagania każdemu w potrzebie i bycia szlachetnym, przez co nabawiła się jakiegoś paskudnego kompleksu bohatera, bo mimo chęci potknięcia się przypadkiem na progu i potłuczenia fiolki, jakoś tego nie zrobiła...
- Gdzie jest Sprout? - spytała, rozglądając się za mężczyzną, który znikł gdzieś pośród roślin. Być może właśnie znalazł narzędzie zbrodni, które ona tak haniebnie przeoczyła... - To chyba będzie ta, ale nie mam pojęcia, ile tego trzeba wypić - powiedziała, unosząc fiolkę i spoglądając na nią z namysłem. Czy przedawkowanie odtrutki też mogło zabić? Bo jak tak, to już lepiej dla niej, żeby umarł od trucizny, bo odtrutkę podałaby mu ona, więc to jak nic byłaby jej wina... Apolla, który badał wejście, nawet nie pytała, chłopak miał o ziołach i eliksirach jeszcze mniejszą wiedzę niż ona, a wszak jej własna zatrzymała się na poziomie przeciętnego absolwenta Hogwartu. Bezpieczniej byłoby zapytać Sprouta, może on miał większe pojęcie...
trochę mniej potężny rzut
@Stanley Andrew Borgin
To ostatnie uznała za całkiem prawdopodobne, kiedy obwieścił, że się z nią zgadza. Żadna chusteczka nie pomogła, trucizna jak nic już dotarła do głowy.
Przy tym, co Brenna sobie myślała, można było się kłócić, czy to, że nie uświadomiła Stanleya, że ruszył do szafki że środkami do pielęgnacji roślin i tym podobnymi, było okrucieństwem. Może tak, bo pozwoliła mu szukać wśród tych wszystkich nawozów, fiolek z eliksirami powiększającymi i odżywczymi. Może nie, bo po sekundzie intensywnej walki sama że sobą (czy ma pewno Caspianowi będzie tak brak Borgina? I może na ręku miał taki ładny znak i nie byłoby jednak problemu, jakby umarł?) sama wymaszerowała ze szklarni, kierując się do pobliskiego domku. Gdzie sprawdzano kuchnię oraz szafkę na eliksiry.
Mogła mu powiedzieć, że chłopcy przeszukiwali przecież dom, a im dostała się szklarnia, więc to tam są mikstury. Ale wtedy musiałaby spędzić z nim sześćdziesiąt sekund więcej, poza tym ta sadystyczna część natury, o której istnienie chyba nawet się nie podejrzewała, bardzo się cieszyła, że on w tej szafce szukał, i szukał, i szukał, niczym sensu istnienia...
Na całe szczęście, fiolki były poopisywane. Inaczej zapewne nigdy nie znalazłaby właściwej. To znaczy na szczęście dla Stanleya, nieszczęście Brenny, bo gdyby nigdy nie znalazła właściwej, a on by umarł albo ręką by mu uschła, to byłaby jego strata, jej zysk. Wróciła z nią jakieś pięć minut później. Myślała sobie ze smutkiem, że chyba za mocno uległa gryfońskiej propagandzie pomagania każdemu w potrzebie i bycia szlachetnym, przez co nabawiła się jakiegoś paskudnego kompleksu bohatera, bo mimo chęci potknięcia się przypadkiem na progu i potłuczenia fiolki, jakoś tego nie zrobiła...
- Gdzie jest Sprout? - spytała, rozglądając się za mężczyzną, który znikł gdzieś pośród roślin. Być może właśnie znalazł narzędzie zbrodni, które ona tak haniebnie przeoczyła... - To chyba będzie ta, ale nie mam pojęcia, ile tego trzeba wypić - powiedziała, unosząc fiolkę i spoglądając na nią z namysłem. Czy przedawkowanie odtrutki też mogło zabić? Bo jak tak, to już lepiej dla niej, żeby umarł od trucizny, bo odtrutkę podałaby mu ona, więc to jak nic byłaby jej wina... Apolla, który badał wejście, nawet nie pytała, chłopak miał o ziołach i eliksirach jeszcze mniejszą wiedzę niż ona, a wszak jej własna zatrzymała się na poziomie przeciętnego absolwenta Hogwartu. Bezpieczniej byłoby zapytać Sprouta, może on miał większe pojęcie...
trochę mniej potężny rzut
@Stanley Andrew Borgin
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.