08.01.2024, 17:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2024, 18:22 przez Darcy Lockhart.)
Darcy zbladł, gdy z ust Latarnika wydobył się głos, dziwny, nie pasujący do sylwetki, do postury, i słowa, niepokojące. Wariat, pomyślał, ale jednocześnie zrobił krok w tył i dłonią spróbował sięgnąć do różdżki.
A wtedy ziemia się pod nim rozstąpiła.
Lockhart nie krzyczał.
Nie krzyczał nie dlatego, że był odważny, bo odważny nie był. Nie dlatego, że nie chciał dać temu, kto bawił się jego umysłem satysfakcji, bo to nawet nie przyszłoby mu do głowy. W ogarniającym go przerażeniu nie był w stanie myśleć nawet, nie mówiąc o uświadomieniu sobie, że to może dziać się w jego głowie albo że Latarnik może cieszyć się jego strachem. Nie. Nie krzyczał, bo zaciskał usta mocno, nie chcąc, by robaki wpadły mu do ust: wrzask rozbrzmiewał tylko w jego głowie. Darcy zaciskał powieki, zarówno by nie widzieć, jak i po to, by chronić oczy. Walczył rozpaczliwie, miotał się, próbował odpychać robaki, zdzierać je ze swojej twarzy, odsuwać od nosa, ale na wiele się to nie zdało. Pochłaniała go ciemność, pochłaniało go robactwo, i pomyślał, że zginie. Może powinien teraz zobaczyć całe swoje życie albo przynajmniej przypomnieć sobie twarze bliskich, pomyśleć, że kocha Daisy i kocha Eunice, znów jednak nic takiego nie nastąpiło – przerażenie pochłaniało każdą racjonalną myśl, i nie widział niczego, tylko wewnętrzną ciemność powiek.
A potem ktoś wywlókł go na powierzchnię.
Lockhart upadł na bruk, spazmatycznie chwytając powietrze. Dłonie w gorączkowym pośpiechu wodziły po twarzy, po szyi, jakby w poszukiwaniu robactwa, które po nim pełzało ledwo chwilę temu. Gwałtownym ruchem uderzył kilka razy w nogę, tam, gdzie zdawało się mu, że czuje ruch… i dopiero wtedy do jego spanikowanego umysłu dotarło, że Latarnik wciąż jest w pobliżu. Że to pytanie o pogotowie zadawała ta nędzna kreatura, ten szaleniec, ten potwór, który zepchnął go w tę dziurę pełną robaków.
Gdyby był postacią ze swojej książki, gdyby był tak odważny i zaprawiony w walce, jak jego wyśniona wersja siebie, o której lubił fantazjować, sięgnąłby teraz po różdżkę. Ale był tylko Darcym Lockhartem, chłopakiem, który pojedynkował się może ze dwa razy w życiu, który rzadko doświadczał chwil grozy i który nie rozumiał, co tutaj się dzieje. Zaczął odpełzać od Latarnika, najpierw na czworakach, odpychając się od bruku kolanami i dłońmi, a dopiero po kilku sekundach próbując wstać. Uciekać, uciekać, uciekać – to była jedyna myśl, która ostała się w jego głowie.
Wciąż nie krzyczał: ale tylko dlatego, że przerażenie związało mu język, osiadło w gardle, sprawiając, że nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. A może powinien krzyczeć. Może wtedy ktoś przyszedłby mu z pomocą.
@Latarnik
A wtedy ziemia się pod nim rozstąpiła.
Lockhart nie krzyczał.
Nie krzyczał nie dlatego, że był odważny, bo odważny nie był. Nie dlatego, że nie chciał dać temu, kto bawił się jego umysłem satysfakcji, bo to nawet nie przyszłoby mu do głowy. W ogarniającym go przerażeniu nie był w stanie myśleć nawet, nie mówiąc o uświadomieniu sobie, że to może dziać się w jego głowie albo że Latarnik może cieszyć się jego strachem. Nie. Nie krzyczał, bo zaciskał usta mocno, nie chcąc, by robaki wpadły mu do ust: wrzask rozbrzmiewał tylko w jego głowie. Darcy zaciskał powieki, zarówno by nie widzieć, jak i po to, by chronić oczy. Walczył rozpaczliwie, miotał się, próbował odpychać robaki, zdzierać je ze swojej twarzy, odsuwać od nosa, ale na wiele się to nie zdało. Pochłaniała go ciemność, pochłaniało go robactwo, i pomyślał, że zginie. Może powinien teraz zobaczyć całe swoje życie albo przynajmniej przypomnieć sobie twarze bliskich, pomyśleć, że kocha Daisy i kocha Eunice, znów jednak nic takiego nie nastąpiło – przerażenie pochłaniało każdą racjonalną myśl, i nie widział niczego, tylko wewnętrzną ciemność powiek.
A potem ktoś wywlókł go na powierzchnię.
Lockhart upadł na bruk, spazmatycznie chwytając powietrze. Dłonie w gorączkowym pośpiechu wodziły po twarzy, po szyi, jakby w poszukiwaniu robactwa, które po nim pełzało ledwo chwilę temu. Gwałtownym ruchem uderzył kilka razy w nogę, tam, gdzie zdawało się mu, że czuje ruch… i dopiero wtedy do jego spanikowanego umysłu dotarło, że Latarnik wciąż jest w pobliżu. Że to pytanie o pogotowie zadawała ta nędzna kreatura, ten szaleniec, ten potwór, który zepchnął go w tę dziurę pełną robaków.
Gdyby był postacią ze swojej książki, gdyby był tak odważny i zaprawiony w walce, jak jego wyśniona wersja siebie, o której lubił fantazjować, sięgnąłby teraz po różdżkę. Ale był tylko Darcym Lockhartem, chłopakiem, który pojedynkował się może ze dwa razy w życiu, który rzadko doświadczał chwil grozy i który nie rozumiał, co tutaj się dzieje. Zaczął odpełzać od Latarnika, najpierw na czworakach, odpychając się od bruku kolanami i dłońmi, a dopiero po kilku sekundach próbując wstać. Uciekać, uciekać, uciekać – to była jedyna myśl, która ostała się w jego głowie.
Wciąż nie krzyczał: ale tylko dlatego, że przerażenie związało mu język, osiadło w gardle, sprawiając, że nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. A może powinien krzyczeć. Może wtedy ktoś przyszedłby mu z pomocą.
@Latarnik