23.11.2022, 00:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2022, 00:41 przez Eden Lestrange.)
Eden była zlepkiem paskudnych nawyków; prastarych zwyczajów, które nie umierały łatwo, zwyczajnie nie pozwalały się unicestwić. Nie była istotą ludzką w pełni tego słowa znaczenia - części siebie pozostawiła w domu rodzinnym, w miejscu, w którym obumarły, a potem od czasu do czasu odwiedzała je w snach. W końcu mawiają, że dom jest twoją pierwszą mogiłą.
Jeśli dziecko nie jest karmione czułością za pomocą łyżeczki, nauczy się ją zlizywać z noży. Nawet kiedy czuła krew na języku, zaciskała nań mocno zęby, by nie dać po sobie poznać, że cierpi. Emanowała chłodem, zdawać by się mogło, na własne życzenie. Albowiem nikt nie zdawał sobie sprawy, że paliła te wszystkie mosty za sobą tylko po to, by choć na chwilę móc się ogrzać w cieple pożogi. Było to swego rodzaju poświęcenie, ale nie umiała go sobie odmówić. Lgnęła do ognia niczym ćma, uzależniona od niego do tego stopnia, że była gotowa go samodzielnie podłożyć. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że prędzej czy później skończy się materiał, który będzie mógł płonąć. Każda kosa musi trafić na kamień.
Wewnętrzne demony, z którymi walczyła, coraz częściej przypominały jej męża. Wiedziała, że chciałaby spalić ten świat razem z nim, jednak dręczące ją plugawstwa zawsze były w stanie zasiać ziarnko niepewności w jej duszy, pytając ją o dokładną definicję tego pragnienia. Co rozumiała przez razem z nim? Czy chciała spalić świat wspólnie z nim, trzymając go za rękę, czy chciała spalić świat łącznie z nim, zostawiając po mężu jedynie dogasający popiół? Za każdym razem jednak odganiała od siebie tę drugą opcję, bo wiedziała, że nie byłaby w stanie wytrzymać jego krzyku. Nie chciała zakończyć ich waśni w tak okrutny sposób; nie chciała, by jedyną pamiątką po Williamie było jego nazwisko przy jej imieniu.
Dorastanie z chłodnym spojrzeniem ojca na karku nauczyło ją, aby nie płakać. A jednak łzy nadeszły niczym życiodajny deszcz nad pustynię, zupełnie niespodziewanie i w sposób niewyjaśniony. Może to i dobrze; pomyślała, spoglądając na zmieszane z tuszem do rzęs krople, które opadły na kolana i z każdą chwilą coraz mocniej wtapiały się w materiał sukienki. Coś musi ugasić ten ogień.
- A skąd miałam wiedzieć, co powiedziałbyś mi, a czego nie? - użyła pytania retorycznego, odruchowo i podświadomie, jakby ponownie chciała zarzucić go tabunem kwestii, na które nie byłby w stanie odpowiedzieć, a na które wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Szczęśliwie zdążyła spojrzeć mu w oczy, przypadkiem prawie, nim zabrnęła dalej w swój stary nawyk. Spostrzegła w jego spojrzeniu szczere niezrozumienie. Ich wspólnego nemezis, kamień węgielny, na którym zbudowana została ich niezgoda. - Przecież my nawet nie rozmawiamy ze sobą - wyjaśniła cichym głosem, w którym gościło zwyczajne zrezygnowanie. Już nawet nie chodziło o zmęczenie; Eden wyglądała, jakby chciała na to wszystko machnąć ręką. Jakby po raz kolejny w życiu dawała za wygraną.
Nie była zagubiona w świecie - w tym przypadku niewiedza byłaby błogosławieństwem. Przekleństwem Eden było to, jak wiele rozumiała, jak dużo szczegółów dostrzegała. Samoświadomość była gwoździem do trumny, do której weszła z własnej, nieprzymuszonej woli. Problem był jedynie taki, że chciała położyć się w niej tylko na chwilę, żeby zobaczyć, czy bycie martwą znieczuli ją na wszystko, co ją otacza. Nigdy nie planowała dnia, w którym ktoś będzie próbował zasunąć wieko.
- Obawiam się, że już za późno - odparła w kwestii pożerających ją pożarów, wypuszczając powietrze z płuc z niebywałą ciężkością. Łzy wciąż toczyły się po policzkach, lecz nowe strugi przybywały coraz rzadziej. Siedziała na krześle z rękami złożonymi na kolanach w niemocy, spuszczonymi ramionami, pustym spojrzeniem. Bawiła się ogniem i się sparzyła - ot, cała filozofia. Ból i przypominające o nim blizny były konsekwencjami, z którymi będzie musiała nauczyć się żyć.
- Co chcesz mi poczytać? Papiery rozwodowe, żebym wiedziała, co podpisuję? - Zakpiła, ale gdy tylko słowa rozniosły się echem po jadalni, strzeliła sobie otwartą dłonią w czoło. Niby nie chciała, żeby świat płonął razem z Williamem, a pluła w niego żarem, jakby chciała, żeby się nim zajął. Czuła się niereformowalna. - Nie chciałam tego powiedzieć - wyznała, z wolna opuszczając palce w dół swojej twarzy, jeszcze bardziej rozmazując pozostałości makijażu. - Tak samo, jak nigdy nie chciałam, żebyśmy stali się sobie obcy - kontynuowała, przejmując od niego serwetkę, którą próbował otrzeć łzy z jej twarzy. Uśmiechnęła się boleśnie, jakby w podzięce za gest, ale nie chciała pozwolić się wyręczać. Sama zrobiła bałagan, więc sama go posprząta.
- Przepraszam za ten wybuch. To nie powinno było mieć miejsca. - Rzeczowy chłód wrócił w miejsce rozedrganego jeszcze chwilę temu głosu kobiety, gdy wycierała przemoczone od łkania oczy. Jakby furia wreszcie przeminęła. Po tej burzy jednak nie wyszło jeszcze słońce. - Nie wiem, czy mam czas na spacer. Powinnam biec na spotkanie, a jeszcze muszę się przebrać. I tak muszę dać znać, że się spóźnię. Muszę odebrać klucze od... Od... - zacięła się, nie mogąc sobie przypomnieć własnego planu dnia, przez co zabrzmiała, jakby próbowała znaleźć tanią wymówkę. Może tak było? Może faktycznie nie chciała, żeby William oglądał ją po tym, co odstawiła. Zamknęła oczy, nie mogąc znaleźć słów.
Westchnęła ciężko.
Przecież to nie ma sensu.
- Zaprowadź mnie do łóżka - zażądała, patrząc na niego ze zmęczeniem w oczach. - Proszę - dodała obce dotychczas słowo, rozumiejąc, że nie jest już w pozycji, by wysuwać roszczenia. - Tam porozmawiamy. Albo mi poczytasz. Cokolwiek, Will, cokolwiek, tylko nie każ mi siedzieć dłużej w tym pomieszczeniu - rzekła, rzucając okiem w kierunku rozbitej filiżanki. - Ta jadalnia doprowadza mnie do szału. -
Jeśli dziecko nie jest karmione czułością za pomocą łyżeczki, nauczy się ją zlizywać z noży. Nawet kiedy czuła krew na języku, zaciskała nań mocno zęby, by nie dać po sobie poznać, że cierpi. Emanowała chłodem, zdawać by się mogło, na własne życzenie. Albowiem nikt nie zdawał sobie sprawy, że paliła te wszystkie mosty za sobą tylko po to, by choć na chwilę móc się ogrzać w cieple pożogi. Było to swego rodzaju poświęcenie, ale nie umiała go sobie odmówić. Lgnęła do ognia niczym ćma, uzależniona od niego do tego stopnia, że była gotowa go samodzielnie podłożyć. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że prędzej czy później skończy się materiał, który będzie mógł płonąć. Każda kosa musi trafić na kamień.
Wewnętrzne demony, z którymi walczyła, coraz częściej przypominały jej męża. Wiedziała, że chciałaby spalić ten świat razem z nim, jednak dręczące ją plugawstwa zawsze były w stanie zasiać ziarnko niepewności w jej duszy, pytając ją o dokładną definicję tego pragnienia. Co rozumiała przez razem z nim? Czy chciała spalić świat wspólnie z nim, trzymając go za rękę, czy chciała spalić świat łącznie z nim, zostawiając po mężu jedynie dogasający popiół? Za każdym razem jednak odganiała od siebie tę drugą opcję, bo wiedziała, że nie byłaby w stanie wytrzymać jego krzyku. Nie chciała zakończyć ich waśni w tak okrutny sposób; nie chciała, by jedyną pamiątką po Williamie było jego nazwisko przy jej imieniu.
Dorastanie z chłodnym spojrzeniem ojca na karku nauczyło ją, aby nie płakać. A jednak łzy nadeszły niczym życiodajny deszcz nad pustynię, zupełnie niespodziewanie i w sposób niewyjaśniony. Może to i dobrze; pomyślała, spoglądając na zmieszane z tuszem do rzęs krople, które opadły na kolana i z każdą chwilą coraz mocniej wtapiały się w materiał sukienki. Coś musi ugasić ten ogień.
- A skąd miałam wiedzieć, co powiedziałbyś mi, a czego nie? - użyła pytania retorycznego, odruchowo i podświadomie, jakby ponownie chciała zarzucić go tabunem kwestii, na które nie byłby w stanie odpowiedzieć, a na które wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Szczęśliwie zdążyła spojrzeć mu w oczy, przypadkiem prawie, nim zabrnęła dalej w swój stary nawyk. Spostrzegła w jego spojrzeniu szczere niezrozumienie. Ich wspólnego nemezis, kamień węgielny, na którym zbudowana została ich niezgoda. - Przecież my nawet nie rozmawiamy ze sobą - wyjaśniła cichym głosem, w którym gościło zwyczajne zrezygnowanie. Już nawet nie chodziło o zmęczenie; Eden wyglądała, jakby chciała na to wszystko machnąć ręką. Jakby po raz kolejny w życiu dawała za wygraną.
Nie była zagubiona w świecie - w tym przypadku niewiedza byłaby błogosławieństwem. Przekleństwem Eden było to, jak wiele rozumiała, jak dużo szczegółów dostrzegała. Samoświadomość była gwoździem do trumny, do której weszła z własnej, nieprzymuszonej woli. Problem był jedynie taki, że chciała położyć się w niej tylko na chwilę, żeby zobaczyć, czy bycie martwą znieczuli ją na wszystko, co ją otacza. Nigdy nie planowała dnia, w którym ktoś będzie próbował zasunąć wieko.
- Obawiam się, że już za późno - odparła w kwestii pożerających ją pożarów, wypuszczając powietrze z płuc z niebywałą ciężkością. Łzy wciąż toczyły się po policzkach, lecz nowe strugi przybywały coraz rzadziej. Siedziała na krześle z rękami złożonymi na kolanach w niemocy, spuszczonymi ramionami, pustym spojrzeniem. Bawiła się ogniem i się sparzyła - ot, cała filozofia. Ból i przypominające o nim blizny były konsekwencjami, z którymi będzie musiała nauczyć się żyć.
- Co chcesz mi poczytać? Papiery rozwodowe, żebym wiedziała, co podpisuję? - Zakpiła, ale gdy tylko słowa rozniosły się echem po jadalni, strzeliła sobie otwartą dłonią w czoło. Niby nie chciała, żeby świat płonął razem z Williamem, a pluła w niego żarem, jakby chciała, żeby się nim zajął. Czuła się niereformowalna. - Nie chciałam tego powiedzieć - wyznała, z wolna opuszczając palce w dół swojej twarzy, jeszcze bardziej rozmazując pozostałości makijażu. - Tak samo, jak nigdy nie chciałam, żebyśmy stali się sobie obcy - kontynuowała, przejmując od niego serwetkę, którą próbował otrzeć łzy z jej twarzy. Uśmiechnęła się boleśnie, jakby w podzięce za gest, ale nie chciała pozwolić się wyręczać. Sama zrobiła bałagan, więc sama go posprząta.
- Przepraszam za ten wybuch. To nie powinno było mieć miejsca. - Rzeczowy chłód wrócił w miejsce rozedrganego jeszcze chwilę temu głosu kobiety, gdy wycierała przemoczone od łkania oczy. Jakby furia wreszcie przeminęła. Po tej burzy jednak nie wyszło jeszcze słońce. - Nie wiem, czy mam czas na spacer. Powinnam biec na spotkanie, a jeszcze muszę się przebrać. I tak muszę dać znać, że się spóźnię. Muszę odebrać klucze od... Od... - zacięła się, nie mogąc sobie przypomnieć własnego planu dnia, przez co zabrzmiała, jakby próbowała znaleźć tanią wymówkę. Może tak było? Może faktycznie nie chciała, żeby William oglądał ją po tym, co odstawiła. Zamknęła oczy, nie mogąc znaleźć słów.
Westchnęła ciężko.
Przecież to nie ma sensu.
- Zaprowadź mnie do łóżka - zażądała, patrząc na niego ze zmęczeniem w oczach. - Proszę - dodała obce dotychczas słowo, rozumiejąc, że nie jest już w pozycji, by wysuwać roszczenia. - Tam porozmawiamy. Albo mi poczytasz. Cokolwiek, Will, cokolwiek, tylko nie każ mi siedzieć dłużej w tym pomieszczeniu - rzekła, rzucając okiem w kierunku rozbitej filiżanki. - Ta jadalnia doprowadza mnie do szału. -
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~