Po tylu latach w Brygadzie Uderzeniowej, nabrał przekonania, że rozumie ludzi. W tym zawodzie było to wręcz wymagane. Jak inaczej miałby prowadzić przesłuchania, rozmawiać z ofiarami przestępstw, a przy tym nie tylko nie zwariować, ale też okazać szacunek i empatię? Jasne, niekiedy stosował zasady dobrego wychowania po to, aby nie sprowokować rozgorączkowanego petenta do złożenia skargi, jednak w znacznej większości przypadków to po prostu jego spokojna, dobrotliwa natura zwyciężała nad chęcią przywdziania maski twardego i zimnego stróża prawa. Tacy pewnie mieli na tym świecie nieco łatwiej. Może potrafili po prostu zamknąć teczkę z aktami i ruszyć do przodu.
Tym, czego jednak Erik często nie rozumiał były żarty jego własnych krewnych. Miał niezdrowy zwyczaj wierzenia członkom rodziny na słowo, a żarty pokryte cienką warstwą ironii czy sarkazmu nie raz przelatywały tuż ponad jego głową. I chociaż zazwyczaj to Brenna wiodła prym w tej rodzinnej zabawie, tak wszystko wskazywało na to, że wuj bardzo szybko nadrabiał zaległości po powrocie w rodzinne strony. Normalnie zbyłby podobny komentarz zwykłym "nieśmieszne" lub próbował walczyć o swoje racje. Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że drobny prztyczek w nos od Morfeusza był czymś więcej. Jakby tym drobnym dowcipem starał się ukryć jakiś smutek, niezrozumienie? Trudno było stwierdzić. A może to tylko wyobraźnia młodego Longbottoma płatała mu psikusa.
— Faktycznie, przerażające. — Pokiwał głową, wpatrując się pustym wzrokiem w kępę trawy w ogrodzie. — Brennie i Danielle też fundujesz takie żarty, czy rezerwujesz takie atrakcje specjalnie dla mnie? — Uniósł pytająco brew, a na jego twarzy zatańczył lekki uśmiech. W ten sposób sprawdzał teren, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia. Papieros krążył przez chwilę między jego palcami, zanim ponownie uniósł go do ust. Pozwolił, aby dym na powrót rozgościł się w jego gardle. — Gdybym cię nie znał, powiedziałbym, że próbujesz się ze mnie nabijać. Ale cię znam. — Otaksował uważnie jego twarz. — Więc to raczej nie to.
Papierosy? Alkohol? Mugolska literatura? Wszystko było lepsze od narkotyków. Na szczęście Erik nie potrafił wchodzić ludziom do głowy, toteż nawet przez myśl mu nie przeszło, że Morfeusz mógłby rozważyć zwrócenie się ku tak niebezpiecznym i uzależniającym substancją. Podobno w małych ilościach wszystko było dobre, ale chyba oczywiste było, że to powiedzenie nie odnosiło się do kompletnie wszystko. Na przykład niemagicznych narkotyków i czarnej magii. Czy Morfeusz w ogóle wiedział, ile groziło za posiadanie kokainy? Było to dużo: pozbawienie wolności do lat siedmiu i nieograniczona kara grzywny. Ministerstwo Magii mogłoby się znacznie wzbogacić na złapaniu Morfeusza z tą substancją. Niech Merlin ma go w swojej opiece.
— Nie zazdroszczę ci tego — odpowiedział nieco ponurym głosem. — Brzmi raczej jak nieznośna klątwa, niż magiczny dar. — Zmrużył oczy, gdy przebijające się między gałęziami drzew promienie słońca uderzyły w jego twarz. — Poza pełnią rzadko kiedy czuję wilka. Czasem mam wrażenie, że mam w sobie coś dzikiego. Jakiś instynkt. — Wzdrygnął się na brzmienie tych słów. Brakowało jeszcze, żeby określił się prawdziwym samcem alfa. — Przed pełnią jestem bardziej pobudzony, potrzebuję więcej ruchu, większych posiłków, a po pełni dosłownie padam z nóg, ale rzadko kiedy pamiętam, co dokładnie działo się w nocy. — Uciekł na moment spojrzeniem w bok. — To wszystko jest bardziej... cykliczne. Stale. Uporządkowane? — Wzruszył ramionami, wypuszczając dym przez nos. — Ty chyba nie masz takiego komfortu. To może przyjść w każdej chwili. Działa na ciebie w każdej chwili.
Powstrzymał się od ckliwego ''przykro mi, że musisz do znosić''. Każdy miał jakieś brzemię, niektórzy znosili je lepiej inni gorzej. Czasem przychodziło się z nim na świat, a czasem czekało całe lata, aby zostać obarczonym jego ciężarem. Czy Erik zasłużył sobie na to, aby co miesiąc znosić klątwę lykantropii? Czy Morfeusz zapracował sobie na to, żeby wizje przyszłości były stałą w jego życiu, równie powszednią, jak oddychanie? Czy ich kłopoty sprawiały, że inni z ich otoczenia mieli ich mniej? Może spłacamy w ten sposób długi naszych przodków, pomyślał z sarkazmem. Kąciki jego ust poderwały się w górę, jednak nie było w tym geście nawet krzty euforii.
Co tu dużo mówić, Erik z przyjemnością wszedłby w podobną współpracę. W ostatnim czasie został zmuszony do tego, aby nieco dokładniej przyjrzeć się swojemu życiu. Do niedawna wydawało mu się, że może brać z życia całymi garściami, rozwijać się w różnych sferach i nie ryzykować straty żadnych wpływów. W swoich przemyśleniach nie uwzględnił jednak jednej rzeczy: działań innych ludzi i konsekwencji wydarzeń, na które nie mieli jakiekolwiek wpływu. Beltane pokazało mu, że nie da się być dobrym we wszystkim. Można balansować na linię między różnymi przymierzami, lojalnością wobec różnych ludzi, różnych organizacji, ale w ten sposób niczemu nie można było się poświęcić w stu procentach. Niewykluczone, że niedługo przyjdzie taki moment, gdy Longbottom będzie musiał się określić. Sesja fotograficzna z Morfeuszem na okładkę Czarownicy na pewno osłodziłaby mu ten czas.
— Postęp największym wrogiem tradycji, czy coś w tym rodzaju — stwierdził, wzdychając cicho. — Ciekawe, czy nas kiedyś spalą, bo się okaże, że nasze wartości staną się przeżytkiem. A może doszliśmy do takiego poziomu, że przyszłe pokolenia będą je uznawały za podstawę zasady, niż coś kontrowersyjnego.
Może nie było to idealne porównanie, jednak można było doszukiwać się podobieństw między militarystyczną kulturą Spartan a punktem widzenia tradycyjnych rodzin czystej krwi. Rzymianie okazali się bardziej plastyczni, nadali nowy kierunek swojej kulturze, a ci, którzy utknęli pośród starych wierzeń, odeszli w zapomnienie. Czy ten los spotka obecne ''wyżyny społeczne'' czystokrwistej arystokracji? Czy elitę, która uformuje się po ich odejściu, czekał taki sam koniec? Tyle pytań, tyle filozoficznych rozmarzań, a płot dalej czekał na malowanie. To naprawdę robota na cale lato, zdał sobie sprawę Erik. W posiadłości był taki ruch, że co chwilę będzie nachodzony i nigdy tego nie skończy. Jak mógł jednak nie uczestniczyć w dyskusji?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞