— Cieszy to mnie, Laurie. — Zapewnił go ze szczerością w głosie, z tym samym uśmiechem z którym się obudził. Laurent faktycznie sprawiał wrażenie bardziej wypoczętego, niż poprzedniej nocy. Jak widać to potrafiło wiele zmienić. Jego przyzwolenie i decyzja Laurenta o pozostaniu tutaj znacznie dłużej, niż zwykle zamiast wymknąć się o świcie. Gdyby to zrobił byłoby znacznie prościej w dłuższej perspektywie czasu. Zdawać mogłoby się, że Philip pozwala trwać tej właśnie chwili i tak właśnie było, ale wszystko to, co skrywał ten idylliczny obraz, w końcu do niego dotrze. Sam dostrzeże to, jakie to wszystko było złudne, jakie było niepoprawne albo nawet chore.
Jednocześnie ta noc pozwoli mu dostrzec to, że tak mogłaby wyglądać ta część jego życia, że tak właśnie powinna ona wyglądać. Jednocześnie może stanowić moment, w którym spojrzy prawdzie w oczy, że ta wizja nie musiała być związana z samym Laurentem, uderzającym mu do głowy niczym najdroższy trunek, uniemożliwiający mu wytrzeźwienie. Z pewnością nie jemu pierwszemu. Poeci ubraliby to w znacznie ładniejsze i trudniejsze do wypowiedzenia na głos słowa. Wszystkie te, których unikał przez całe swoje życie.
Następstwem sprostania tym wszystkim niewygodnym prawdom będzie podjęcie przez niego trudnych decyzji, od czego nie będzie już odwrotu. Niezależnie od kierunku, jakie obrałby, trudno byłoby mu dostrzec jakiekolwiek szanse na osiągnięcie pozytywnego efektu swoich działań. Za pierwszym razem, kiedy postanowił zakończyć znajomość z Laurentem, nie udało mu się wytrzymać w tym postanowieniu. Niezależnie od tego, jak bardzo starał się tego dokonać, wszystko nie szło po jego myśli. Od Beltane wszystko się psuło i tego stanu rzeczy nie zmieniło przerwanie magii tamtego rytuału. Wszystko to pozostawało jego winą. Niezależnie od przyczyny, nie udało mu się raz a dobrze zakończyć znajomość z Laurentem albo to, co z niej zostało. Potrzebował ułożyć sobie życie w taki sposób, tak być z niego tak samo zadowolonym jak to miało miejsce przed Beltane. Brakowało mu równowagi. Musiało być gorzej, aby w końcu zaczęło być lepiej. Tylko, że to gorzej dla niego trwało zbyt długo.
— W jakimś stopniu tak. — Odparł, starając się ignorować fakt, że nie powinien dłużej zatrzymywać Laurenta. Nie wydał jednak Błyskowi takiego polecenia. Nie wstawał w nocy. Błysk musiał posprzątać po swoim panu w łazience i wszystko wskazywało na to, że postanowił zająć się ubraniami jego gościa.
— Tylko jeśli mu powiesz. — Zauważył z lekkim rozbawieniem. Dobrze jednak wiedział o czym Laurent mówi. Skrzaty domowe tworzyły bardzo specyficzną sieć. Służba wiedziała wszystko o wszystkich, w tym przypadku o swoich panach. Nieraz skrzaty domowe służyły w rodzinach od pokoleń. Błysk jest bratem Złotogłówki, skrzatki służącej w posiadłości jego rodziny dzięki temu mogli mieć ze sobą kontakt. Widząc że Laurent opuszcza jego łóżko, sam przeciągnął się i podniósł się do siadu. Ostatecznie wstał. Sięgnął po stojącą na nocnej szafce szklankę z wodą, z której upił kilka łyków. Odstawił ją na miejsce. Musiał skorzystać z łazienki przed śniadaniem. Po nim będzie musiał wziąć drugi prysznic.
— Błysk się tym zajmie, kiedy będziemy jeść śniadanie. Idę do łazienki, a ty możesz iść już do kuchni. Dołączę do ciebie. — Odpowiedział Laurentowi. Skierował się do łazienki, po której opuszczeniu od razu skierował się do kuchni. Po drodze doskoczyły do niego spragnione uwagi swojego pana psidwaki, przy których kucnął i które wytarmosił. Skrzywił się, kiedy polizały go po twarzy, choć tak naprawdę mu to nie przeszkadzało.
— Pójdziemy na długi spacer po śniadaniu. — Stwierdził drapiąc za uchem swoje zwierzęta. Gdy się podniósł i zaczął kontynuować swoją wędrówkę do kuchni, one ruszyły za nim do tego pomieszczenia zajmując tam stałe swoje miejsce.
— Dzień dobry, Błysku. — Philip przywitał krzątającego się po skrzata z ciepłym uśmiechem. Stał on na niskim taborecie, dzięki któremu mógł sięgnąć do piecyka. Na uszytym z czerwonego ręcznika ubranku miał dopasowany do swojego wzrostu fartuch kuchenny - Philip pozwalał mu go nosić z tego względu, że to nie było ubranie tylko akcesorium kuchenne i chodziło mu też o bezpieczeństwo skrzata.
— Dzień dobry, panu. I paniczowi. — Odezwał się serdecznie skrzat zajęty smażeniem kolejnej porcji kiełbasek do typowego angielskiego śniadania. Na drugim palniku bulgotała wesoło mieszana przez samą łyżkę owsianka, którą zamierzał podać im na ciepło z owocami i miodem. Oprócz tego były grzanki do smarowania masłem, miodem albo dżemem oraz kawa i herbata. — Nakarmiłem już psidwaki. Proszę usiąść do stołu. Po śniadaniu przyniosę paniczowi jego ubrania. — Dodał wskazując dłonią na suto zastawiony stół. To było za dużo na dwie osoby. Zostanie mu to na później. Zdawał się uprzedzić pytania ze strony Philipa albo samego Laurenta. Zanim jednak usiadł to podszedł do zlewu po to by umyć ręce i twarz po kontakcie z psidwakami.