09.01.2024, 20:43 ✶
Spokojna, stonowana – taka bywała. Diabła za koszulą też z pewnością miewała, a z tym stwierdzeniem pewnie szczególnie zgodziliby się Erik i Morpheus, jeżeli ktoś by ich zapytał. Oczywistym było jednak, że nie wpadnie do posiadłości Edwarda tak, jak wpadała do Vincenta, bez pukania, z krzykiem i całą historią oraz planem na ustach. Fałsz? Może zdaniem niektórych. W jej opinii raczej dostosowanie postępowania do sytuacji i osoby, z którą miało się do czynienia. Zwłaszcza, że liczyła jeżeli nie na jakąś formę współpracy, to przynajmniej na to, że zdoła podburzyć go przeciwko śmierciożercom na tyle mocno, by nie mogli liczyć na żadne wsparcie ze strony Prewettów. A to przecież nie wydawało się dotąd wykluczone. To była wszak rodzina, która szła tam, gdzie szły zyski.
- Nie nazwałabym tego wróżdą, panie Prewett – stwierdziła Brenna z pewnym zamyśleniem. Myślała tak. W maju, w czerwcu, na początku lipca. Ale coś – może karty i głos Morpheusa Longbottoma – przypomniały jej, że ostatecznie bardziej kocha niż nienawidzi. Że choć bardzo chciała dopaść winnych, zemsta za Derwina mniej jest ważna niż ochrona tych, którzy żyli. Ostatecznie była córką Longbottoma i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. – Ale tak, traktuję sprawę bardzo osobiście. Zwłaszcza, że mam wielu innych krewnych, w tym jego dwie córki, którzy mogą paść kolejnymi ofiarami. Człowiek wiele zrobi, aby ochronić swoich bliskich, prawda? – spytała, posyłając mu uśmiech.
W końcu bliskie mu osoby były potencjalnie zagrożone. Nie tylko syn, ale też brat mieszkali w New Forest, a tam pojawiał się śmierciożerca.
Nie znała jego myśli, chociaż gdyby je odgadła, pewnie przyszłoby jej do głowy, że Laurent mógłby go mocno pod pewnymi względami zaskoczyć. Może nie był wojownikiem, ale to nie oznaczało, że był słaby.
– Za pierwszym razem ci ludzie nie mieli na celu napaści na pańskiego syna, to raczej pewne – powiedziała szczerze, bo co zyskałaby z prób kręcenia, skoro Laurent to wiedział, a i wszystkie informacje przekazano aurorom? Nie, ten pierwszy przypadek to byłoby o wiele za mało, aby stawiać jakieś wnioski. – Choć już to, że został zaatakowany przypadkiem… wiele mówi. Ale za drugim z pewnością był celem. Maska, szata, fakt że zbliżał się do budynku, zbieżność czasu z wywiadem. Chcieli zabić? Przestraszyć tylko? Trudno wyrokować, na pewno jednak ukarać. Zaledwie za wypowiedź w prasie, w dodatku podobno przekręconą. Chłopca z rodu czystej krwi. To całkiem ładnie pokazuje, że opowieści Voldemorta o tym, jak to mu zależy na dobrze czystokrwistych, można włożyć między bajeczki. – Nie zająknęła się nawet wypowiadawszy jego imię. To nie tak, że była osobą strachu nie znającą, ale w dniu, w którym zaczęłaby bać się samego imienia Toma Riddle’a, musiałaby chyba położyć się do grobu. – Chce, żeby cały świat przed nim klęczał. Pomyślałam, że warto z panem porozmawiać, bo nie wydaje mi się pan kimś chętnym do padania na kolana przed kimkolwiek, panie Prewett.
- Nie nazwałabym tego wróżdą, panie Prewett – stwierdziła Brenna z pewnym zamyśleniem. Myślała tak. W maju, w czerwcu, na początku lipca. Ale coś – może karty i głos Morpheusa Longbottoma – przypomniały jej, że ostatecznie bardziej kocha niż nienawidzi. Że choć bardzo chciała dopaść winnych, zemsta za Derwina mniej jest ważna niż ochrona tych, którzy żyli. Ostatecznie była córką Longbottoma i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. – Ale tak, traktuję sprawę bardzo osobiście. Zwłaszcza, że mam wielu innych krewnych, w tym jego dwie córki, którzy mogą paść kolejnymi ofiarami. Człowiek wiele zrobi, aby ochronić swoich bliskich, prawda? – spytała, posyłając mu uśmiech.
W końcu bliskie mu osoby były potencjalnie zagrożone. Nie tylko syn, ale też brat mieszkali w New Forest, a tam pojawiał się śmierciożerca.
Nie znała jego myśli, chociaż gdyby je odgadła, pewnie przyszłoby jej do głowy, że Laurent mógłby go mocno pod pewnymi względami zaskoczyć. Może nie był wojownikiem, ale to nie oznaczało, że był słaby.
– Za pierwszym razem ci ludzie nie mieli na celu napaści na pańskiego syna, to raczej pewne – powiedziała szczerze, bo co zyskałaby z prób kręcenia, skoro Laurent to wiedział, a i wszystkie informacje przekazano aurorom? Nie, ten pierwszy przypadek to byłoby o wiele za mało, aby stawiać jakieś wnioski. – Choć już to, że został zaatakowany przypadkiem… wiele mówi. Ale za drugim z pewnością był celem. Maska, szata, fakt że zbliżał się do budynku, zbieżność czasu z wywiadem. Chcieli zabić? Przestraszyć tylko? Trudno wyrokować, na pewno jednak ukarać. Zaledwie za wypowiedź w prasie, w dodatku podobno przekręconą. Chłopca z rodu czystej krwi. To całkiem ładnie pokazuje, że opowieści Voldemorta o tym, jak to mu zależy na dobrze czystokrwistych, można włożyć między bajeczki. – Nie zająknęła się nawet wypowiadawszy jego imię. To nie tak, że była osobą strachu nie znającą, ale w dniu, w którym zaczęłaby bać się samego imienia Toma Riddle’a, musiałaby chyba położyć się do grobu. – Chce, żeby cały świat przed nim klęczał. Pomyślałam, że warto z panem porozmawiać, bo nie wydaje mi się pan kimś chętnym do padania na kolana przed kimkolwiek, panie Prewett.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.