Potrząśnięta szeroko rozwarła oczy i chciała przeprosić, wytłumaczyć się jakoś lub powiedzieć cokolwiek innego, niż powiedziała.
— Ja… Ja zgubiłam siostrę.
Znowu ktoś ją popchnął, ale tym razem nie na tyle mocno, by znowu wpadła na swojego rozmówcę.
— Znaczy, przepraszam pana najmocniej, po prostu przechodziłyśmy przez ulicę i cały ten tłum… — wyrzucała z siebie słowa, próbując ulepić z nich sensowne zdanie.
Wytłumaczyć jakoś czy też usprawiedliwić, dlaczego na niego wpadła i czemu teraz musiał szukać różdżki. Całe szczęście, swoją nadal trzymała, kurczowo zaciskając palce na rękojeści. Jednak na co komu coś, co mogłoby rozwiązać problem, kiedy nie można tego użyć?
— Naprawdę przepraszam, już panu pomagam. — powiedziała i dołączyła do poszukiwania różdżki Roberta.
Ludzie dookoła nich coraz głośniej wyrażali swoje niezadowolenie, co tylko wzmagało niepokój Ferny. Krzyki z oddali, wraz z charakterystycznymi trzaskami zaklęć również przybierały na sile.
Wyrda jednak była łaskawa lub też utkała ją delikatna dłoń, bo zauważyła podłużny smukły kształt. Różdżka po wypadnięciu z ręki Mulcibera przetoczyła się po bruku i zatrzymała z dobre dwa metry dalej.
— Tam! — krzyknęła, wskazując palcem, po czym zanurkowała pomiędzy nogi czarodziejów i czarodziejek.
Nie spotkało się to z ogólną aprobatą, bo zaraz poczuła, jak ktoś ją szturcha, potem szarpie za ramię. Na samym końcu, kiedy to położyła rękę na różdżce, ktoś nadepnął na jej dłoń.
Fernah miała wrażenie, że usłyszała, jak chrupią jej kości. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, bo ból był silniejszy, wymierzyła cios w kolano osoby, która na nią nadepnęła.
— Co do cholery?! — usłyszała nad głową okrzyk oburzenia i złości, ale zadziałało, jej ręka została uwolniona.