10.01.2024, 00:07 ✶
Pewnie czułby się niezmiernie pocieszony tym, że nie mogłaby mu w jego problemie odmówić. A może właśnie o to chodziło, może właśnie dlatego tutaj był, bo zdawał sobie sprawę z tego, że Cynthia była w stanie mu pomóc nie z jakiegoś dziwnego obowiązku czy zawodowej ciekawości (albo raczej nie tylko), ale także ze zwykłej sympatii, jaką do siebie żywili. Przyjść do przyjaciółki, a nie chłodnego, zdystansowanego konowała, zawsze nieco wszystko ułatwiało i w tym przypadku, zdawało mu się przywracać nieco z utraconej żywotności.
- Nie musisz się spieszyć, ale kiedy tylko coś przyjdzie ci do głowy, będę gotowy - uśmiechnął się do niej jakże czarująco, nawet specjalnie nie żartując. Przysługa przysługą, nawet jeśli w głupiutkich żartach czy flirtach, ale przed przypadkowym powodem do spędzenia czasu z Flintówną nie miał zamiaru się bronić. Nie chodziło też tutaj o szukanie jakiejś furtki czy bocznego wejścia do jej serca, bo Bulstrode już dawno przestał zwracać na te opcje uwagę. W pewien sposób też szanował fakt jaka była... grzeczna? Potrafiła odpowiadać niezwykle czarująco, na przymilne słowa, jednak odnosił wrażenie, że bardziej wynikało to z jej natury czy zwykłego wyuczenia, niż z faktycznej chęci pociągnięcia czegoś dalej.
Kiedyś ten jej chłód chyba nawet go odstraszał i nawet jeśli wciąż mówił do niej z taką samą manierą babiarza, to pod koniec dnia wybierał cele o wiele chętniejsze do bawienia się w romantyczne, przelotne gierki, nie chcąc przebijać się przez tę jej powierzchowność na siłę. Jak się okazało, zrobił to z czasem, ale przez to zaczął ją traktować w zupełnie inny sposób i pewnie gdyby ktoś spytał dlaczego, to by odpowiedział najbardziej oklepanym tekstem świata, że to dlatego, że była inna.
- Też się cieszę - odpowiedział jej, z tym delikatnym uśmiechem, czającym się gdzieś w kącikach ust, który świadczył o tym, że mówił szczerze, bez wyuczonej maniery. Że mimo wszystko był jej wdzięczny, że mu to powiedziała, bo czasem usłyszeć coś takiego znaczyło bardzo dużo, a nawet jeśli był momentami niezwykle arogancki, bo w tym momencie nie traktował tego jako deklaracji uwielbienia dla własnej osoby.
Atreus, pomimo posiadania trzeciego oka, zdawał się posiadać niezwykłą wręcz umiejętność zamykania go, odwracania jego spojrzenia, albo zwyczajnie ignorowania. Pewnie gdyby się nad swoim życiem i kolegami poważnie zastanowił, to doszedł by do podobnych wniosków co Cynthia. Może nie byłby z pełnym przekonaniem wskazać palcem, który z jego kolegów może kiedyś stanąć na przeciwko niego, ale byłby w stanie stwierdzić, który miał na to zadatki. Zamiast tego, zwyczajnie o tym nie myślał. Spędzał z nimi czas, śmiał się, pił, obstawiał karty i prał ludzi po mordach, ale kategorycznie odmawiał podejrzewania przyjaciół. Był chyba trochę jak Antek, naiwny i pełen przekonania że jeśli stanąłby na przeciwko któregoś z nich, to nie byłby w stanie go skrzywdzić. I miał w tym trochę nadzieję, że przysługa zostałaby oddana.
- Kapryśna, ale zakładam, ze jeśli ktoś jest tutaj problemem między wami, to raczej on. Słyszałem, jak te wianki działają i jeśli miałbym wybrać stronę, to stanę po twojej - zaśmiał się krótko. Bo co ona takiego robiła? Siedziała w kostnicy i zaglądała martwym pod obojczyk, a Lou... Louvain lubił się zabawić. Lubił kobiety, lubił hazard i lubił dać komuś w mordę, kiedy było trzeba.
Lubił o sobie myśleć, jak o wolnym duchu i może faktycznie po części Cynthia miała rację, uważając go za kogoś, kogo serca nie można było zdobyć, ale zawsze było jakieś ale. Atreus spędził z Elaine wystarczająco dużo czasu, by zacząć darzyć ją tą szczególną sympatią, a nie myśleć o niej tylko, że jest ładna i dobrze wygląda kiedy brała go pod ramię. W pewnym momencie nawet zaczęła podobać mu się idea, że może coś by z tego wyszło, ale żart który zrobili na Nowy Rok, zaręczając się, skończył się zwyczajnie nieśmiesznie.
- Zrobiłbym wszystko, ale... nie zmusiłbym jej - uśmiechnął się do niej krótko i mimo wszystko, smutno. To co powiedziała, to była sama prawda, ale o tyle o ile sam mógł próbować rzucić komuś świat do stóp, to ktoś jeszcze musiał być chętny przyjąć tę ofiarę. Bulstrode był w stanie narzucać się, ale tylko do pewnego momentu. Póki było to uznawane za flirciarskie, zabawne lub zaczepne, ale potem? Potem wycofywał się i oddawał przestrzeń, kiedy tylko widział że ktoś go nie chce. A przecież zobaczyć mu to było niezwykle łatwo, kiedy był w stanie zobaczyć wszystkie barwy mieniące się w cudzych aurach.
- Rób co musisz - odparł z teatralnym zacięciem, uśmiechając się jednak pod koniec i w sumie pozwalając jej dalej na wszystko, co miała w planach mu zrobić.
- Nie musisz się spieszyć, ale kiedy tylko coś przyjdzie ci do głowy, będę gotowy - uśmiechnął się do niej jakże czarująco, nawet specjalnie nie żartując. Przysługa przysługą, nawet jeśli w głupiutkich żartach czy flirtach, ale przed przypadkowym powodem do spędzenia czasu z Flintówną nie miał zamiaru się bronić. Nie chodziło też tutaj o szukanie jakiejś furtki czy bocznego wejścia do jej serca, bo Bulstrode już dawno przestał zwracać na te opcje uwagę. W pewien sposób też szanował fakt jaka była... grzeczna? Potrafiła odpowiadać niezwykle czarująco, na przymilne słowa, jednak odnosił wrażenie, że bardziej wynikało to z jej natury czy zwykłego wyuczenia, niż z faktycznej chęci pociągnięcia czegoś dalej.
Kiedyś ten jej chłód chyba nawet go odstraszał i nawet jeśli wciąż mówił do niej z taką samą manierą babiarza, to pod koniec dnia wybierał cele o wiele chętniejsze do bawienia się w romantyczne, przelotne gierki, nie chcąc przebijać się przez tę jej powierzchowność na siłę. Jak się okazało, zrobił to z czasem, ale przez to zaczął ją traktować w zupełnie inny sposób i pewnie gdyby ktoś spytał dlaczego, to by odpowiedział najbardziej oklepanym tekstem świata, że to dlatego, że była inna.
- Też się cieszę - odpowiedział jej, z tym delikatnym uśmiechem, czającym się gdzieś w kącikach ust, który świadczył o tym, że mówił szczerze, bez wyuczonej maniery. Że mimo wszystko był jej wdzięczny, że mu to powiedziała, bo czasem usłyszeć coś takiego znaczyło bardzo dużo, a nawet jeśli był momentami niezwykle arogancki, bo w tym momencie nie traktował tego jako deklaracji uwielbienia dla własnej osoby.
Atreus, pomimo posiadania trzeciego oka, zdawał się posiadać niezwykłą wręcz umiejętność zamykania go, odwracania jego spojrzenia, albo zwyczajnie ignorowania. Pewnie gdyby się nad swoim życiem i kolegami poważnie zastanowił, to doszedł by do podobnych wniosków co Cynthia. Może nie byłby z pełnym przekonaniem wskazać palcem, który z jego kolegów może kiedyś stanąć na przeciwko niego, ale byłby w stanie stwierdzić, który miał na to zadatki. Zamiast tego, zwyczajnie o tym nie myślał. Spędzał z nimi czas, śmiał się, pił, obstawiał karty i prał ludzi po mordach, ale kategorycznie odmawiał podejrzewania przyjaciół. Był chyba trochę jak Antek, naiwny i pełen przekonania że jeśli stanąłby na przeciwko któregoś z nich, to nie byłby w stanie go skrzywdzić. I miał w tym trochę nadzieję, że przysługa zostałaby oddana.
- Kapryśna, ale zakładam, ze jeśli ktoś jest tutaj problemem między wami, to raczej on. Słyszałem, jak te wianki działają i jeśli miałbym wybrać stronę, to stanę po twojej - zaśmiał się krótko. Bo co ona takiego robiła? Siedziała w kostnicy i zaglądała martwym pod obojczyk, a Lou... Louvain lubił się zabawić. Lubił kobiety, lubił hazard i lubił dać komuś w mordę, kiedy było trzeba.
Lubił o sobie myśleć, jak o wolnym duchu i może faktycznie po części Cynthia miała rację, uważając go za kogoś, kogo serca nie można było zdobyć, ale zawsze było jakieś ale. Atreus spędził z Elaine wystarczająco dużo czasu, by zacząć darzyć ją tą szczególną sympatią, a nie myśleć o niej tylko, że jest ładna i dobrze wygląda kiedy brała go pod ramię. W pewnym momencie nawet zaczęła podobać mu się idea, że może coś by z tego wyszło, ale żart który zrobili na Nowy Rok, zaręczając się, skończył się zwyczajnie nieśmiesznie.
- Zrobiłbym wszystko, ale... nie zmusiłbym jej - uśmiechnął się do niej krótko i mimo wszystko, smutno. To co powiedziała, to była sama prawda, ale o tyle o ile sam mógł próbować rzucić komuś świat do stóp, to ktoś jeszcze musiał być chętny przyjąć tę ofiarę. Bulstrode był w stanie narzucać się, ale tylko do pewnego momentu. Póki było to uznawane za flirciarskie, zabawne lub zaczepne, ale potem? Potem wycofywał się i oddawał przestrzeń, kiedy tylko widział że ktoś go nie chce. A przecież zobaczyć mu to było niezwykle łatwo, kiedy był w stanie zobaczyć wszystkie barwy mieniące się w cudzych aurach.
- Rób co musisz - odparł z teatralnym zacięciem, uśmiechając się jednak pod koniec i w sumie pozwalając jej dalej na wszystko, co miała w planach mu zrobić.