Ukończenie Akademii Munga nie było trudne dla osoby, która posiadała nazwisko, ale też wykazywała się umiejętnościami i inteligencją. Wymagało to naprawdę dużego pokładu umiejętności rozumowania nauk ścisłych, aby zostać uzdrowicielem, później ordynatorem. Podobnie jak Camille, również Laurence odebrał swój dyplom. Spełniał oczekiwania swojego ojca, który był z niego dumny. Młody Lestrange, nie chciał aby patrzono na niego ze względu na nazwisko, ale na jego działania, umiejętności i starania. Nic z tym jednak nie zrobi i musiał liczyć się niekiedy z zazdrosnymi spojrzeniami niektórych rówieśników, myślących na zasadzie ”zdał bo jego rodzina kieruje szpitalem”. Nie brał tego do siebie. Udowadniał niejednokrotnie, że to nie nazwisko rodziny pomaga mu się piąć wyżej, a jego umiejętności, zdolności.
Poza zwyczajnymi uprawnieniami na uzdrowiciela, za specjalizację wybrał zatrucia eliksiralne i roślinne, jako że sam w sobie posiadł umiejętności genetyczne dziedzinowe po ojcu, dotyczące tworzenia i rozpoznawania eliksirów, jak i poszerzał swoją wiedzę w zakresie roślinności. Na stażu spotykał się z wieloma przypadkami zatruć, nawet doprowadzających do śmierci. Był tego świadkiem, kiedy okazało się udzielenie pomocy zbyt późne, lub niemożliwe.
Nie tylko praca przy pacjentach była ważna, ale wypełnianie kartotek i spisywanie wszystkiego co najważniejsze. Objawy, zachowania, przyczyny zatruć, sposoby leczenia, lekarstwa, eliksiry. Wszystko to wymagało odpowiednio dużej wiedzy. Czas edukacji i stażu w Mungu szybko upłynął, kiedy mógł w końcu pełnoprawnie pracować. Trzy lata temu.
Dzisiejszy dzień także i dla Laurenca był męczący. W większości miał do ogarnięcia papierologię, przyjmowanie pacjentów i szpitalny obchód lekarski sprawdzający stan zdrowia swoich podopiecznych. W tym dniu miał parę przypadków lekkich zatruć, dwa ciężkie, które zostały na obserwacji. A na koniec dnia, nagły przypadek sprowadzony do szpitala w trybie pilnym, gdzie jakieś dziecko zatruło się grzybkami i trzeba było szybko interweniować. Wiedzieć, co podać i poczekać aż sytuacja się ustabilizuje. Życie młodego pacjenta zostało uratowane, ale wymagało obserwacji, co polecił asystentce. Matka dziecka mu za pomoc dziękowała.
Przemierzając korytarz, nie spodziewał się spotkać koleżanki, która widocznie skończyła pracę. Laurence miał jeszcze na sobie biały fartuch lekarski.
- Myślę że tak.Nie był pewny, choć rozważał też opcję przenocowania w szpitalu. Ale może lepiej byłoby odpuścić i wrócić na noc do domu? Gdyby coś się wydarzyło, powiadomiliby go.
Uśmiechnął się do koleżanki, zatrzymując w pobliżu, kiedy stwierdziła, że do niego nie podobne, aby kończyć ”o normalnej porze”.
- Skończyłbym wcześniej, gdyby nie nagły przypadek zatrucia. Musiałem zostać i ratować dzieciaka.
Wyjaśnił. Często tak robił, że nie zostawiał nikogo w potrzebie, kiedy uzdrowiciel był ostatnią deską ratunku.
Im dłużej tutaj pracował, tym jaśniej widział, że to nie jest miejsce dla niego. Był bardzo dobry w tym co robił, ale czuł się jak w klatce, przymuszony do tej pracy. Myślał nad zmianą swojego zawodu. Co ukończył i się nauczył, to było jego. Chciał rozwijać się dalej. Nie ograniczać się i nie zamykać w jednym miejscu.
- Wracasz już do domu?Zapytał, widząc że Camille nie miała na sobie fartucha. Sugerował zatem, że skończyła pracę na dzisiaj i nie miała nocnej zmiany.