23.11.2022, 03:12 ✶
Patrick zacisnął mocno usta, gdy ktoś z tyłu, naparł na niego z całej siły. Ktoś z boku próbował się przepychać do przodu, może wiedziony słusznym gniewem i chęcią do walki, a może tak samo jak wielu pochłonięty przez tłum, jak morska fala ciskany o brzeg. Kobietę, która wyglądała na kompletnie skołowaną, po prostu zawrócił w bok, mamrocząc pod nosem, że jeszcze metr i będzie luźniej, że już blisko i uda jej się wydostać z tego kotła. Znowu ktoś naparł na niego z tyłu, pewnie ten sam człowiek co chwilę wcześniej. I gdyby nie to, że Patrick próbował sięgnąć ręką ku niskiej, drobnej i szamoczącej się Norze, pewnie odwróciłby głowę by powiedzieć delikwentowi parę dłuższych i mniej przyjemnych słów. Jego wyczulone zmysły szalały. Zupełnym przypadkiem otarł się o cudze ciało, jeszcze bardziej wychylając się ku kobiecie, którą chciał zgarnąć.
- Już dobrze – wymamrotał, ale zabrzmiało to cicho, za cicho by w tym zgiełku i wrzawie w ogóle mogła zrozumieć, że mówił coś akurat do niej.
Rękę miał ciepłą a uścisk silny i mocny. Może nawet za mocny a przez to chociaż ratujący to bolesny. Wyciągnięcie jej też nie było łatwe. I chociaż od Stewarda wymagało to siły, to Nora musiała się przeciskać i mierzyć z innymi manifestującymi, ich ciałami, gestami, krzykami. Steward był w tym czasie trochę jak imadło, a trochę jak port, do którego miała zawinąć, choć wtedy nie wiedziała nawet ani jak miał na imię, ani kim był.
Pewnie było w zachowaniu Patricka coś z paniki, bo kiedy wreszcie udało mu się złapać Norę bardziej, już nie ściskać kurczowo tylko jej ręki, ale objąć całym ramieniem (i przez to objęcie na swój sposób chronić przed tłumem), przyciągnął ją do siebie trochę za mocno i zbyt opiekuńczo. Z boku, z perspektywy czasu, może dotarłoby do niego, że mogła to źle odebrać albo nie zrozumieć, o co mu chodziło, ale mogła też w ogóle nie zwrócić na to uwagi, tak jak on nie zwracał w tym momencie uwagi na takie szczegóły.
- Już dobrze – powtórzył głupio. Głupio, bo wcale nie było dobrze, wciąż tkwili w tłumie, z tą różnicą, że teraz razem. I głupio, bo tak to się powinno mówić do dziecka, a nie do młodej i odważnej kobiety, która zjawiła się na manifestacji by bronić praw charłaków (a może i sama była charłaczką, co przecież nie byłoby wcale niczym złym).
Ruszył, trzymając Norę wciąż mocno obok siebie. Może po dwóch lub trzech krokach, trochę rozluźniając uchwyt, gdy zrozumiał, że ani nie zamierzała mu uciekać, ani nikt inny nie mógł już jej stratować.
- Nic ci się nie stało? – zapytał, mając w pamięci czarodzieja ze świszczącym oddechem i przerażoną matkę z dzieckiem. W tamtej chwili świat wydawał mu się bardzo przerażającym miejscem, nawet jeśli zamykał się tylko i wyłącznie do ram tej manifestacji i dużych oczu kobiety, z którą próbował nieudolnie prowadzić konwersację.
Przepchnęli się jeszcze bardziej, niemal dotarli do granicy pochodu. Ludzi nie było tu już aż tylu by musieli na siebie nacierać, zamknięci w jednolitej masie wspólnych idei. Stąd było widać więcej niż ze środka. Jednolity tłum tracił na jednolitości. Gdzieś z przodu ktoś próbował rzucać czary, aurorzy (chyba aurorzy albo może brygadziści?) ścierali się z walce z przeciwnikami. Ktoś płakał siedząc na murku. Ktoś próbował go pocieszać. Patrick opuścił rękę. Przestał obejmować Norę. Sekundę, może dwie, patrzył na nią jeszcze poważnym, trochę nawet smutnym wzrokiem, jakby szukał w niej jakichś większych oznak, że została ranna i że cierpiała.
Nie zauważył nawet, że gdzieś podczas szamotaniny został ranny, a było to pewnie wtedy, gdy jedna ze splątanych rąk uderzyła go w policzek, a na policzku tym pojawiło się małe zadrapanie. Cienka, najwyżej trzycentymetrowa ranka lśniła czerwienią.
Wreszcie odwrócił od Nory wzrok, znowu zainteresował się tłumem i tym, co działo się na samym jego czele. Gotów był najwidoczniej rzucić się do przodu, gdyby tylko okazało się, że gdzieś tam dalej był potrzebny bardziej, bo doszło do poważniejszych starć między manifestującymi a czarodziejami, którzy tej manifestacji nie popierali. Ba, wiedział, że gdzieś indziej na pewno był potrzebny bardziej. Tylko jeszcze stał, jakby na coś czekał (choć pewnie sam nie znał odpowiedzi na co właściwie). Może chodziło o odpowiedź Nory?
- Już dobrze – wymamrotał, ale zabrzmiało to cicho, za cicho by w tym zgiełku i wrzawie w ogóle mogła zrozumieć, że mówił coś akurat do niej.
Rękę miał ciepłą a uścisk silny i mocny. Może nawet za mocny a przez to chociaż ratujący to bolesny. Wyciągnięcie jej też nie było łatwe. I chociaż od Stewarda wymagało to siły, to Nora musiała się przeciskać i mierzyć z innymi manifestującymi, ich ciałami, gestami, krzykami. Steward był w tym czasie trochę jak imadło, a trochę jak port, do którego miała zawinąć, choć wtedy nie wiedziała nawet ani jak miał na imię, ani kim był.
Pewnie było w zachowaniu Patricka coś z paniki, bo kiedy wreszcie udało mu się złapać Norę bardziej, już nie ściskać kurczowo tylko jej ręki, ale objąć całym ramieniem (i przez to objęcie na swój sposób chronić przed tłumem), przyciągnął ją do siebie trochę za mocno i zbyt opiekuńczo. Z boku, z perspektywy czasu, może dotarłoby do niego, że mogła to źle odebrać albo nie zrozumieć, o co mu chodziło, ale mogła też w ogóle nie zwrócić na to uwagi, tak jak on nie zwracał w tym momencie uwagi na takie szczegóły.
- Już dobrze – powtórzył głupio. Głupio, bo wcale nie było dobrze, wciąż tkwili w tłumie, z tą różnicą, że teraz razem. I głupio, bo tak to się powinno mówić do dziecka, a nie do młodej i odważnej kobiety, która zjawiła się na manifestacji by bronić praw charłaków (a może i sama była charłaczką, co przecież nie byłoby wcale niczym złym).
Ruszył, trzymając Norę wciąż mocno obok siebie. Może po dwóch lub trzech krokach, trochę rozluźniając uchwyt, gdy zrozumiał, że ani nie zamierzała mu uciekać, ani nikt inny nie mógł już jej stratować.
- Nic ci się nie stało? – zapytał, mając w pamięci czarodzieja ze świszczącym oddechem i przerażoną matkę z dzieckiem. W tamtej chwili świat wydawał mu się bardzo przerażającym miejscem, nawet jeśli zamykał się tylko i wyłącznie do ram tej manifestacji i dużych oczu kobiety, z którą próbował nieudolnie prowadzić konwersację.
Przepchnęli się jeszcze bardziej, niemal dotarli do granicy pochodu. Ludzi nie było tu już aż tylu by musieli na siebie nacierać, zamknięci w jednolitej masie wspólnych idei. Stąd było widać więcej niż ze środka. Jednolity tłum tracił na jednolitości. Gdzieś z przodu ktoś próbował rzucać czary, aurorzy (chyba aurorzy albo może brygadziści?) ścierali się z walce z przeciwnikami. Ktoś płakał siedząc na murku. Ktoś próbował go pocieszać. Patrick opuścił rękę. Przestał obejmować Norę. Sekundę, może dwie, patrzył na nią jeszcze poważnym, trochę nawet smutnym wzrokiem, jakby szukał w niej jakichś większych oznak, że została ranna i że cierpiała.
Nie zauważył nawet, że gdzieś podczas szamotaniny został ranny, a było to pewnie wtedy, gdy jedna ze splątanych rąk uderzyła go w policzek, a na policzku tym pojawiło się małe zadrapanie. Cienka, najwyżej trzycentymetrowa ranka lśniła czerwienią.
Wreszcie odwrócił od Nory wzrok, znowu zainteresował się tłumem i tym, co działo się na samym jego czele. Gotów był najwidoczniej rzucić się do przodu, gdyby tylko okazało się, że gdzieś tam dalej był potrzebny bardziej, bo doszło do poważniejszych starć między manifestującymi a czarodziejami, którzy tej manifestacji nie popierali. Ba, wiedział, że gdzieś indziej na pewno był potrzebny bardziej. Tylko jeszcze stał, jakby na coś czekał (choć pewnie sam nie znał odpowiedzi na co właściwie). Może chodziło o odpowiedź Nory?