10.01.2024, 02:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2024, 03:12 przez Lorraine Malfoy.)
Czy można być chorym z miłości? Pytanie to zadawane było przez tysiące poetów wyklętych w dziesiątkach tysięcy rozdzierających serce utworach – przez niezliczone rzesze mężczyzn i kobiet porwanych przez wirujące w hipnotyzujących tanecznych kręgach buńczuczne wile – i narodziło się także w umyśle pewnej półwili – odurzonej atmosferą świątecznej celebracji, uśmiechem kobiety, przed którą klękała częściej, niż przed ołtarzem Pani Księżyca, i wonią zaklętych kwiatów, wplecionych w magiczny wianek. Mam chyba uczulenie na bylinę, mruknęła wcześniej do Maeve, zanim – Lorraine słaniając się na nogach, zaś Maeve krokiem sprężystym, siebiepewnym i radym – wyszły z tłumu wyznawców zgromadzonych na sabacie. Zawsze tak przenikliwe oczy Malfoy były dziś dziwnie zamglone, i tylko dziwna tęsknota rozświetlała jej spojrzenie, kiedy odwracała się, by uśmiechnąć się do swojej towarzyszki, wiernie podążającej za nią w nieznane, jak pod urokiem faerie… Jednak to nie Maeve była tym razem ofiarą zwodniczego czaru wili, to wila została opętana – opętana wizją rodzinnej miłości, ciepła domowego ogniska, i przyszłości, o której nigdy wcześniej nie odważyła się marzyć…
Kto by się spodziewał, że cholerny wianek z bylicy da jej jebane baby fever.
To był dla Lorraine – osoby z natury raczej egoistycznej i nieczułej – prawdziwy cios, zwłaszcza, że jedyną osobą, jaką widziała u swojego boku z dzieckiem na ręku, była inna kobieta…
Zaraz, Maeve przecież była metamorfomagiem, jak mogła o tym zapomnieć, przecież mogłaby zamienić się w…!
Aż musiała przymknąć oczy, przytłoczona i, nieco oszołomiona myślą, która właśnie przemknęła jej przez głowę.
Nie, to niemożliwe. Nie dalej jak kilka tygodni temu, podczas coniedzielnego jarmarku na ulicy Pokątnej, gdzie spotkały się na nieoficjalnej randce, Chang powiedziała jej, coś o tym, że metamorfomagowie mogą sobie wyhodować choćby i kaktus na czole, ale to nie sprawi, że będzie funkcjonalny…
Więc kto? Malfoy zaczęła rozpaczliwie szukać w głowie jakichś alternatywnych opcji, wybuchając cichym chichotem w odpowiedzi na jakiś komentarz rzucony mimochodem przez Maeve, choć nie do końca słyszała, co ta właśnie powiedziała, zbytnio skupiając się na tym, by nie wyrzygać zawartości żołądka. Silne mdłości dokuczały jej już od dłuższego czasu, podobnie jak ból głowy… Choć ten równie dobrze mógł być wynikiem wściekłej gonitwy myśli, która zaczynała nakręcać się w jej głowie, kiedy Lorraine zdała sobie sprawę, że nie ma w jej życiu wielu mężczyzn, których dopuściła tak blisko, jak wlepiającą wzrok w jej tyłek metamorfoginię, którą wciąż trzymała za rękę, choć jej własna dłoń zaczęła się już nieco pocić…
Atreus? Dziwnie było przywoływać teraz wspomnienie jego objęć, ale podobno swojej pierwszej miłości nigdy się nie zapomina… Ile razy wściekała się, że to właśnie do Atreusa musiała zapłonąć uczuciem, że mimo wszystkich nastoletnich dramatów, rozstali się przecież polubownie – w przyjaznych stosunkach niemalże – i Lorraine nigdy nie mogła odciąć się od wspólnej przeszłości ochronnym murem niechęci, bo nie potrafiła życzyć chłopakowi źle. Uwielbiała w nim to, że był wolnym duchem… Ale czy to dobra cecha u ojca? Czy przy jego umiłowaniu do hazardu zdołałby w ogóle zadbać o rodzinę, wysupłać pieniądze na wyprawkę dla dziecka? Nigdy nie potrafił wycofać się z dobrego zakładu, i szczerze obawiałaby się, że może postawić w zastaw życie pierworodnego grając w karty… Hola hola, jakiego pierworodnego, znając jego rozwiązłość, zapewne zdążył już naprodukować tylu małych Bulstrode’ów, że wystarczyłoby by uzbierać drużynę Quidditcha!! Znów, nie daj boże straumatyzowałby tę biedną istotkę, realizując niespełnione ambicje pałkarza albo nieustannie tłukąc jej do głowy, że tylko ukończenie kursu aurorskiego zapewni jej dobrą przyszłość – że albo będzie aurorem, albo nikim! – a Malfoy doskonale wiedziała, jak to jest, uginać się pod ciężarem oczekiwań rodziców… Argumentem „za” było jednak to, że z ich genami mieliby najpiękniejsze dziecko na świecie.
Otto? O ile nie powiłaby mu Antychrysta, zapewne nie dałoby się go przekonać, że to jego, bo przecież wymyślił sobie, że jest wampirem, a te, jak powszechnie wiadomo, nie mogą mieć naturalnego potomstwa. Czasami dziękowała Pani Księżyca, że przez zaburzenia odżywania miała kiedyś duże problemy z brakiem regularnego cyklu miesięcznego. Gdyby musiała się mierzyć z nastoletnią ciążą, zapewne by się zajebała, a Otto razem z nią (chociaż zwykle nie przeszkadzało mu, kiedy jakieś siksy mówiły do niego per daddy). Ewentualnie przebranżowiłby swój kult na wiarę w dziewicę, która poczęła i porodziła Zbawiciela, bo chociaż to trzeba mu przyznać, że Degenhardt zawsze dbał o to, żeby „jego Lorraine” nie wylądowała na ulicy. Wciąż, wtedy trochę głupio było iść do więzienia za seks z nieletnią… A teraz? Przynajmniej wesele byłoby wesołe, gdyby zaprosić całą sektę, i jego kurewki pewnie chętnie niańczyłyby ich dziecko, kiedy ona byłaby zajęta zarządzaniem kryminalnym imperium. Lorraine nie miała złudzeń: wiedziała, że mężczyzna darzył ją uczuciem ze względu na jej wdzięk i urodę półwili, ale bardzo łatwo zapominała o tym, kiedy tkwiła w jego objęciach i czuła się tak absolutnie spełniona i zakochana, bo Otto powiedział jej, że jest z niej dumny, czy coś!!, karmiąc tym samym pustą przestrzeń w jej sercu z napisem daddy issues, ech…
Ale kiedy Chang popchnęła ją na bok, przyszpilając Lorraine jak jakiegoś egzotycznego motyla do pnia starego, potężnego drzewa rosnącego na skraju podleśnej polany, granicząc z rozciągającą się w dal łąką, przypomniała sobie, że ta – jeszcze na Pokątnej – obiecała jej, wbrew ograniczeniom swojego daru metamorfomagii, że może sprawić, że Lorraine nie tylko zapomni o swoich troskach, ale też jak się chodzi. To pasowało do jej omdlewających nóg, do potrzeby uwieszenia się Maeve na szyi… Mniej już była zawiedziona, że jej wizja szczęśliwego ogniska domowego została brutalnie rozproszona przez paradygmaty ludzkiej biologii. Ale przecież wystarczyło pomyśleć, że sama Maeve jest już jak rodzina… – tak właśnie skonstatowała w głowie Lorraine, kiedy przyjaciółka ujęła jej twarz pełnym czułości gestem. Poza tym, zawsze mogły zaadoptować kotka (np. Leo) albo nową roślinkę…
Przytuliła swój policzek do dłoni ukochanej, wierząc, że powinna postępować z pradawną zasadą similia similibus curantur, a po ludzku: „czym się strułeś, tym się lecz”. Chociaż kręciło się jej trochę w głowie, kiedy podniosła wzrok i ufiksowała spojrzenie na niej, na Maeve – na jej kalejdoskopowych oczach; na delikatnym rumieńcu, kontrastującym z jej świetlistą cerą, i zdobiącym wysoko sklepione kości policzkowe; na zmysłowo wykrojonych ustach, z których chciała scałować lepką jak żywica słodycz zakochania i gorycz oczekiwania na kilka chwil prymarnej satysfakcji – poczuła się nieco lepiej, jakby nudności, które napływały coraz to nowymi falami, poddały się sile odpływu, jakby to Maeve była księżycem decydującym o przypływach i odpływach; o tym, kiedy ma odwiedzić ją na Nokturnie; o tym, kiedy powinna przestać, cholera, tyle myśleć, i poddać się chwili.
Zaczęła całować wnętrze dłoni Maeve, którą przytrzymała swoją własną, lekko drżącą dłonią, ignorując potężne dudnienie w skroni – zbyt spragniona czułości Chang, by przejmować się już, czy ktoś je widzi, czy są wystarczająco daleko… – drugą ręką, zaczęła pociągać za wstążki ściągające przód jej sukienki, gwałtownie szarpiąc kokardką wieńczącą dekolt wbudowanego materiałowego gorsetu, chcąc ułatwić Maeve dostęp do swojego ciała. Od dłuższego czasu oddychało się jej jakoś ciężej. Lorraine nie wiedziała, czy to dlatego, że tak długo wędrowały w poszukiwaniu ustronnego miejsca, z dala od wścibskich oczu – czy to może męczy ją to cholerne pożądanie, wyuzdane marzenia o ustach Maeve sunących po jej dziwnie tkliwych piersiach. Podniosła oczy – do tej pory niewinnie spuszczone, po trosze dlatego, że łatwiej jej było wtedy skupić na utrzymaniu gruntu stopami, po trosze dlatego, że lubiła kusić ukochaną podejrzanie uległymi spojrzeniami – i zaczęła sunąć ustami po dłoni kobiety, przechylając przy tym główkę…
…Z której niespodziewanie zsunął się zaczarowany wianek.
Lorraine poczuła się tak, jakby była pijana – choć nie, nie pamiętała, by kiedykolwiek była aż tak pijana, może jedynie mocno wstawiona – porzuciła wstążki broniące dostępu do jej dekoltu, ręką rozpaczliwie wsparła się o ramię Maeve, czując, jak świat dookoła zaczyna wirować.
Nie słyszała, kiedy ta pytała ją, co się dzieje. Jej myśli były już dalej.
Rodzina? Dziecko? Ciąża?
Co kurwa?
Gdyby nie to, że zaczęła wymiotować, zapewne wybuchłaby histerią – Bogini, moja bogini, czemuś mnie opuściła, chciałoby się zakrzyknąć – Lorraine nie rozumiała, skąd wzięły się te przerażające, makabryczne wizje w jej głowie, szczerze wzdragała ją myśl o posiadaniu dzieci, a perspektywa macierzyństwa była dla niej tak odległa jak odległa zdawała się zawsze jej własna matka: zarówno ta biologiczna, wilowa wywłoka, która uwiodła jej ojca, a potem popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść jego odrzucenia, jak i ta adopcyjna – która teraz zapewne rezydowała gdzieś w najniższym kręgu piekielnym, pokutując za te wszystkie krzywdy wyrządzone jej psychice.
– Przepraszam, jestem obrzydliwa, przepraszam – mówiła, czy raczej rzęziła, między jedną falą torsji a drugą, dopóki te nie odpuściły. Musiała przytrzymać się pnia drzewa, bo czuła, że jeszcze chwila, a drżące nogi gotowe odmówić posłuszeństwa i wyląduje nosem we własnych wymiocinach. Odsunęła się, dalej na klęczkach, byle dalej od zapachu treści żołądkowej… Wytarła usta drżącą dłonią, wdzięczna, że Maeve przytrzymała jej włosy, ale i straszliwie zawstydzona, że ta zobaczyła ją w tak krępujących okolicznościach.
– Dziękuję – zaczęła, drżącym głosem. Obrzydliwe uczucie w buzi dręczyło ją teraz bardziej niż nudności; te niemal całkowicie minęły. Zaczęła żałować, że robiła Maeve awantury o panienki do towarzystwa, kiedy chyba wyłącznie jej upodobanie do kobiet upadłych sprawiło, że teraz od niej nie uciekła. – Chyba dostałam choroby lokomocyjnej od tych naszych… Emocjonalnych zawirowań – stwierdziła, uciekając się do flirtu, bo nie mogłaby inaczej spojrzeć Maeve w oczy, jeszcze by się rozkleiła, już teraz czuła, jak pieką ją oczy, a tak, uniosła głowę z godnością – na tyle, na ile godności może mieć rozchełstana wila, która zwróciła śniadanie, próbując obłapiać swoją kochankę.
Kto by się spodziewał, że cholerny wianek z bylicy da jej jebane baby fever.
To był dla Lorraine – osoby z natury raczej egoistycznej i nieczułej – prawdziwy cios, zwłaszcza, że jedyną osobą, jaką widziała u swojego boku z dzieckiem na ręku, była inna kobieta…
Zaraz, Maeve przecież była metamorfomagiem, jak mogła o tym zapomnieć, przecież mogłaby zamienić się w…!
Aż musiała przymknąć oczy, przytłoczona i, nieco oszołomiona myślą, która właśnie przemknęła jej przez głowę.
Nie, to niemożliwe. Nie dalej jak kilka tygodni temu, podczas coniedzielnego jarmarku na ulicy Pokątnej, gdzie spotkały się na nieoficjalnej randce, Chang powiedziała jej, coś o tym, że metamorfomagowie mogą sobie wyhodować choćby i kaktus na czole, ale to nie sprawi, że będzie funkcjonalny…
Więc kto? Malfoy zaczęła rozpaczliwie szukać w głowie jakichś alternatywnych opcji, wybuchając cichym chichotem w odpowiedzi na jakiś komentarz rzucony mimochodem przez Maeve, choć nie do końca słyszała, co ta właśnie powiedziała, zbytnio skupiając się na tym, by nie wyrzygać zawartości żołądka. Silne mdłości dokuczały jej już od dłuższego czasu, podobnie jak ból głowy… Choć ten równie dobrze mógł być wynikiem wściekłej gonitwy myśli, która zaczynała nakręcać się w jej głowie, kiedy Lorraine zdała sobie sprawę, że nie ma w jej życiu wielu mężczyzn, których dopuściła tak blisko, jak wlepiającą wzrok w jej tyłek metamorfoginię, którą wciąż trzymała za rękę, choć jej własna dłoń zaczęła się już nieco pocić…
Atreus? Dziwnie było przywoływać teraz wspomnienie jego objęć, ale podobno swojej pierwszej miłości nigdy się nie zapomina… Ile razy wściekała się, że to właśnie do Atreusa musiała zapłonąć uczuciem, że mimo wszystkich nastoletnich dramatów, rozstali się przecież polubownie – w przyjaznych stosunkach niemalże – i Lorraine nigdy nie mogła odciąć się od wspólnej przeszłości ochronnym murem niechęci, bo nie potrafiła życzyć chłopakowi źle. Uwielbiała w nim to, że był wolnym duchem… Ale czy to dobra cecha u ojca? Czy przy jego umiłowaniu do hazardu zdołałby w ogóle zadbać o rodzinę, wysupłać pieniądze na wyprawkę dla dziecka? Nigdy nie potrafił wycofać się z dobrego zakładu, i szczerze obawiałaby się, że może postawić w zastaw życie pierworodnego grając w karty… Hola hola, jakiego pierworodnego, znając jego rozwiązłość, zapewne zdążył już naprodukować tylu małych Bulstrode’ów, że wystarczyłoby by uzbierać drużynę Quidditcha!! Znów, nie daj boże straumatyzowałby tę biedną istotkę, realizując niespełnione ambicje pałkarza albo nieustannie tłukąc jej do głowy, że tylko ukończenie kursu aurorskiego zapewni jej dobrą przyszłość – że albo będzie aurorem, albo nikim! – a Malfoy doskonale wiedziała, jak to jest, uginać się pod ciężarem oczekiwań rodziców… Argumentem „za” było jednak to, że z ich genami mieliby najpiękniejsze dziecko na świecie.
Otto? O ile nie powiłaby mu Antychrysta, zapewne nie dałoby się go przekonać, że to jego, bo przecież wymyślił sobie, że jest wampirem, a te, jak powszechnie wiadomo, nie mogą mieć naturalnego potomstwa. Czasami dziękowała Pani Księżyca, że przez zaburzenia odżywania miała kiedyś duże problemy z brakiem regularnego cyklu miesięcznego. Gdyby musiała się mierzyć z nastoletnią ciążą, zapewne by się zajebała, a Otto razem z nią (chociaż zwykle nie przeszkadzało mu, kiedy jakieś siksy mówiły do niego per daddy). Ewentualnie przebranżowiłby swój kult na wiarę w dziewicę, która poczęła i porodziła Zbawiciela, bo chociaż to trzeba mu przyznać, że Degenhardt zawsze dbał o to, żeby „jego Lorraine” nie wylądowała na ulicy. Wciąż, wtedy trochę głupio było iść do więzienia za seks z nieletnią… A teraz? Przynajmniej wesele byłoby wesołe, gdyby zaprosić całą sektę, i jego kurewki pewnie chętnie niańczyłyby ich dziecko, kiedy ona byłaby zajęta zarządzaniem kryminalnym imperium. Lorraine nie miała złudzeń: wiedziała, że mężczyzna darzył ją uczuciem ze względu na jej wdzięk i urodę półwili, ale bardzo łatwo zapominała o tym, kiedy tkwiła w jego objęciach i czuła się tak absolutnie spełniona i zakochana, bo Otto powiedział jej, że jest z niej dumny, czy coś!!, karmiąc tym samym pustą przestrzeń w jej sercu z napisem daddy issues, ech…
Ale kiedy Chang popchnęła ją na bok, przyszpilając Lorraine jak jakiegoś egzotycznego motyla do pnia starego, potężnego drzewa rosnącego na skraju podleśnej polany, granicząc z rozciągającą się w dal łąką, przypomniała sobie, że ta – jeszcze na Pokątnej – obiecała jej, wbrew ograniczeniom swojego daru metamorfomagii, że może sprawić, że Lorraine nie tylko zapomni o swoich troskach, ale też jak się chodzi. To pasowało do jej omdlewających nóg, do potrzeby uwieszenia się Maeve na szyi… Mniej już była zawiedziona, że jej wizja szczęśliwego ogniska domowego została brutalnie rozproszona przez paradygmaty ludzkiej biologii. Ale przecież wystarczyło pomyśleć, że sama Maeve jest już jak rodzina… – tak właśnie skonstatowała w głowie Lorraine, kiedy przyjaciółka ujęła jej twarz pełnym czułości gestem. Poza tym, zawsze mogły zaadoptować kotka (np. Leo) albo nową roślinkę…
Przytuliła swój policzek do dłoni ukochanej, wierząc, że powinna postępować z pradawną zasadą similia similibus curantur, a po ludzku: „czym się strułeś, tym się lecz”. Chociaż kręciło się jej trochę w głowie, kiedy podniosła wzrok i ufiksowała spojrzenie na niej, na Maeve – na jej kalejdoskopowych oczach; na delikatnym rumieńcu, kontrastującym z jej świetlistą cerą, i zdobiącym wysoko sklepione kości policzkowe; na zmysłowo wykrojonych ustach, z których chciała scałować lepką jak żywica słodycz zakochania i gorycz oczekiwania na kilka chwil prymarnej satysfakcji – poczuła się nieco lepiej, jakby nudności, które napływały coraz to nowymi falami, poddały się sile odpływu, jakby to Maeve była księżycem decydującym o przypływach i odpływach; o tym, kiedy ma odwiedzić ją na Nokturnie; o tym, kiedy powinna przestać, cholera, tyle myśleć, i poddać się chwili.
Zaczęła całować wnętrze dłoni Maeve, którą przytrzymała swoją własną, lekko drżącą dłonią, ignorując potężne dudnienie w skroni – zbyt spragniona czułości Chang, by przejmować się już, czy ktoś je widzi, czy są wystarczająco daleko… – drugą ręką, zaczęła pociągać za wstążki ściągające przód jej sukienki, gwałtownie szarpiąc kokardką wieńczącą dekolt wbudowanego materiałowego gorsetu, chcąc ułatwić Maeve dostęp do swojego ciała. Od dłuższego czasu oddychało się jej jakoś ciężej. Lorraine nie wiedziała, czy to dlatego, że tak długo wędrowały w poszukiwaniu ustronnego miejsca, z dala od wścibskich oczu – czy to może męczy ją to cholerne pożądanie, wyuzdane marzenia o ustach Maeve sunących po jej dziwnie tkliwych piersiach. Podniosła oczy – do tej pory niewinnie spuszczone, po trosze dlatego, że łatwiej jej było wtedy skupić na utrzymaniu gruntu stopami, po trosze dlatego, że lubiła kusić ukochaną podejrzanie uległymi spojrzeniami – i zaczęła sunąć ustami po dłoni kobiety, przechylając przy tym główkę…
…Z której niespodziewanie zsunął się zaczarowany wianek.
Lorraine poczuła się tak, jakby była pijana – choć nie, nie pamiętała, by kiedykolwiek była aż tak pijana, może jedynie mocno wstawiona – porzuciła wstążki broniące dostępu do jej dekoltu, ręką rozpaczliwie wsparła się o ramię Maeve, czując, jak świat dookoła zaczyna wirować.
Nie słyszała, kiedy ta pytała ją, co się dzieje. Jej myśli były już dalej.
Rodzina? Dziecko? Ciąża?
Co kurwa?
Gdyby nie to, że zaczęła wymiotować, zapewne wybuchłaby histerią – Bogini, moja bogini, czemuś mnie opuściła, chciałoby się zakrzyknąć – Lorraine nie rozumiała, skąd wzięły się te przerażające, makabryczne wizje w jej głowie, szczerze wzdragała ją myśl o posiadaniu dzieci, a perspektywa macierzyństwa była dla niej tak odległa jak odległa zdawała się zawsze jej własna matka: zarówno ta biologiczna, wilowa wywłoka, która uwiodła jej ojca, a potem popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść jego odrzucenia, jak i ta adopcyjna – która teraz zapewne rezydowała gdzieś w najniższym kręgu piekielnym, pokutując za te wszystkie krzywdy wyrządzone jej psychice.
– Przepraszam, jestem obrzydliwa, przepraszam – mówiła, czy raczej rzęziła, między jedną falą torsji a drugą, dopóki te nie odpuściły. Musiała przytrzymać się pnia drzewa, bo czuła, że jeszcze chwila, a drżące nogi gotowe odmówić posłuszeństwa i wyląduje nosem we własnych wymiocinach. Odsunęła się, dalej na klęczkach, byle dalej od zapachu treści żołądkowej… Wytarła usta drżącą dłonią, wdzięczna, że Maeve przytrzymała jej włosy, ale i straszliwie zawstydzona, że ta zobaczyła ją w tak krępujących okolicznościach.
– Dziękuję – zaczęła, drżącym głosem. Obrzydliwe uczucie w buzi dręczyło ją teraz bardziej niż nudności; te niemal całkowicie minęły. Zaczęła żałować, że robiła Maeve awantury o panienki do towarzystwa, kiedy chyba wyłącznie jej upodobanie do kobiet upadłych sprawiło, że teraz od niej nie uciekła. – Chyba dostałam choroby lokomocyjnej od tych naszych… Emocjonalnych zawirowań – stwierdziła, uciekając się do flirtu, bo nie mogłaby inaczej spojrzeć Maeve w oczy, jeszcze by się rozkleiła, już teraz czuła, jak pieką ją oczy, a tak, uniosła głowę z godnością – na tyle, na ile godności może mieć rozchełstana wila, która zwróciła śniadanie, próbując obłapiać swoją kochankę.