10.01.2024, 12:55 ✶
Blondynka uśmiechnęła się lekko, słysząc jego wymówkę. Skończyłbym wcześniej, ale... - zawsze było jakieś ale. Ale pacjent, ale dokumenty. Ale wypis, ale muszę to jeszcze sprawdzić. Lestrange miał dziwną manierę wynajdowania sobie kolejnych wymówek, byleby tylko pracować więcej, dłużej i ciężej. Może to miało związek z jego nazwiskiem? Znane nazwisko, wielkie oczekiwania.
- Zawsze jest jakieś ale, prawda? - zapytała tylko dyplomatycznie, bo poniekąd to rozumiała. Jej szczęście, że nie miała czasu na to, by poświęcać się całkowicie jednej pracy, bo miała drugą, w której także musiała się stawiać na czas. Znalezienie idealnego balansu pomiędzy dwoma pracami a życiem prywatnym było niezwykle trudne - zresztą nie do końca udało jej się jeszcze wypracować kompromis. Na słowa o zatruciu dziecka nie drgnęła jej nawet brew. Lata spędzone w szpitalu wyzuwały trochę z emocji, zabijały niewinność i współczucie. Nie w każdym oczywiście, ale w wielu przypadkach uzdrowiciele po prostu... Robili co mogli. Nie mieli dodatkowej motywacji, nie płakali nad martwym ciałem. Delacour uważała, że nadmierna emocjonalność bardziej szkodzi niż pomaga. Łatwiej było wtedy o błędy. Dlatego jej mózg szybko przerobił dziecko na pacjenta, żeby odepchnąć od wyobraźni obraz skręcającego się w konwulsjach dzieciaka. - Udało się?
Zapytała tylko bo to, że musiał zostać i ratować dzieciaka nie informowało, czy cały zabieg w ogóle się udał. Często się nie udawało - ludzie z jakiegoś powodu unikali szpitali. Z tego co Camille zdążyła się zorientować, to było tak nie tylko w Anglii, ale i we Francji. A nawet u mugoli. To była chyba jedna z niewielu rzeczy, która ich łączyła: jakaś niechęć do uzdrowicieli, lekarstw, zaklęć uzdrawiających i szpitalnych, sterylnych wręcz łóżek.
- Właśnie skończyłam. Nadwyrężyłam nieco swoje siły psychiczne i fizyczne jakieś dwie godziny temu, gdy musiałam jednocześnie rzucać zaklęcie i trzymać rękę, która próbowała mnie udusić - mruknęła, odruchowo rozmasowując swoją dłoń. Niektóre klątwy dawały efekty podobne jak w psychozie, zresztą niektóre grzyby czy zioła również był halucynogenne, nie zdziwiłaby się gdyby Laurence również spotkał się z podobną agresją, gdy nawet trójka czarodziejów ledwo radzi sobie z kimś, kto po prostu chce zniszczyć świat wokół siebie. - Pewnie jeszcze pójdę coś zjeść, nie miałam czasu żeby zrobić sobie przerwę.
Niezwykle subtelnie rzuciła spojrzenie w kierunku Laurenca, jakby chciała się go zapytać czy on pomyślał o przerwie na obiad. Bo mógł zapomnieć - to także nie była nowość w ich pracy, zresztą umysł ludzki był tak skomplikowany, że potrafił wyłączyć myśli o jedzeniu i zagłuszyć żołądek w odpowiednich sytuacjach.
Widać było, że za spojrzeniem miały pójść słowa, ale nagle coś huknęło. Nie na tyle mocno, żeby szpital zadrżał w posadach, ale na tyle głośno, że usłyszeli dźwięk wyraźnie. Brzmiało jak jedna z metalowych, ciężkich szaf w archiwum, zlokalizowanym na parterze daleko od wejścia i równie daleko od szatni. Skoro usłyszeli huk tak wyraźnie aż tutaj, ktoś musiał wywrócić ją z naprawdę ogromną siłą.
- Zawsze jest jakieś ale, prawda? - zapytała tylko dyplomatycznie, bo poniekąd to rozumiała. Jej szczęście, że nie miała czasu na to, by poświęcać się całkowicie jednej pracy, bo miała drugą, w której także musiała się stawiać na czas. Znalezienie idealnego balansu pomiędzy dwoma pracami a życiem prywatnym było niezwykle trudne - zresztą nie do końca udało jej się jeszcze wypracować kompromis. Na słowa o zatruciu dziecka nie drgnęła jej nawet brew. Lata spędzone w szpitalu wyzuwały trochę z emocji, zabijały niewinność i współczucie. Nie w każdym oczywiście, ale w wielu przypadkach uzdrowiciele po prostu... Robili co mogli. Nie mieli dodatkowej motywacji, nie płakali nad martwym ciałem. Delacour uważała, że nadmierna emocjonalność bardziej szkodzi niż pomaga. Łatwiej było wtedy o błędy. Dlatego jej mózg szybko przerobił dziecko na pacjenta, żeby odepchnąć od wyobraźni obraz skręcającego się w konwulsjach dzieciaka. - Udało się?
Zapytała tylko bo to, że musiał zostać i ratować dzieciaka nie informowało, czy cały zabieg w ogóle się udał. Często się nie udawało - ludzie z jakiegoś powodu unikali szpitali. Z tego co Camille zdążyła się zorientować, to było tak nie tylko w Anglii, ale i we Francji. A nawet u mugoli. To była chyba jedna z niewielu rzeczy, która ich łączyła: jakaś niechęć do uzdrowicieli, lekarstw, zaklęć uzdrawiających i szpitalnych, sterylnych wręcz łóżek.
- Właśnie skończyłam. Nadwyrężyłam nieco swoje siły psychiczne i fizyczne jakieś dwie godziny temu, gdy musiałam jednocześnie rzucać zaklęcie i trzymać rękę, która próbowała mnie udusić - mruknęła, odruchowo rozmasowując swoją dłoń. Niektóre klątwy dawały efekty podobne jak w psychozie, zresztą niektóre grzyby czy zioła również był halucynogenne, nie zdziwiłaby się gdyby Laurence również spotkał się z podobną agresją, gdy nawet trójka czarodziejów ledwo radzi sobie z kimś, kto po prostu chce zniszczyć świat wokół siebie. - Pewnie jeszcze pójdę coś zjeść, nie miałam czasu żeby zrobić sobie przerwę.
Niezwykle subtelnie rzuciła spojrzenie w kierunku Laurenca, jakby chciała się go zapytać czy on pomyślał o przerwie na obiad. Bo mógł zapomnieć - to także nie była nowość w ich pracy, zresztą umysł ludzki był tak skomplikowany, że potrafił wyłączyć myśli o jedzeniu i zagłuszyć żołądek w odpowiednich sytuacjach.
Widać było, że za spojrzeniem miały pójść słowa, ale nagle coś huknęło. Nie na tyle mocno, żeby szpital zadrżał w posadach, ale na tyle głośno, że usłyszeli dźwięk wyraźnie. Brzmiało jak jedna z metalowych, ciężkich szaf w archiwum, zlokalizowanym na parterze daleko od wejścia i równie daleko od szatni. Skoro usłyszeli huk tak wyraźnie aż tutaj, ktoś musiał wywrócić ją z naprawdę ogromną siłą.