• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent

[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
10.01.2024, 17:13  ✶  

Chłopiec, który nosił swoje nazwisko jak brzemię.

Czy może powinienem napisać - mężczyznę?

To była dobra bajka, chociaż wcale nie miała dobrych elementów. Wrzała, plątała się, bulgotała od jadowitych soków wyciśniętych z kłów kobry królewskiej i pływały w tej miksturze rzeczy, których identyfikować nawet nie chcieliśmy. Ale były. Odwracasz wzrok, czy na nie spoglądasz, identyfikujesz je, czy dajesz sobie wmówić, że to po prostu marchewka, tylko przypomina kosteczki tycigryfka (bo czaszkę przypalano regularnie popiołem) - nie ma to w zasadzie znaczenia. A jednak człowiek nie mógł uwierzyć, że jeśli nazwiesz różę gównem to będzie pachniała tak samo. Ania z Zielonego Wzgórza w to nie uwierzyła. Laurent też nie wierzył, że dwa plus dwa przestanie być cztery, nawet jeśli dziecko będzie źle nauczone. Ono nadal będzie kłamać z prostej przyczyny - ponieważ zostało okłamane. Kłamstwo przekazywane z ust do ust zmieniało rzeczywistość. Zamieniało piękny zapach róży w odór. Zmieniało matematykę, nad którą głowiło się tyle mądrych głów, że Laurent mógłby się tylko im kłaniać i ich podziwiać, ale nie miał na to czasu. Był zbyt zajęty wpatrywaniem się w zieloną breję, którą wspólnie nazwali tutaj swoim życiem. Swoimi prawdami i kłamstwami, które bawiły się nimi jak Beksa bawił się kosmykiem włosów. Szkoda? Nie było żadnej. Tylko nikt nie chciał sięgnąć po chochlę i spróbować tego, co znajduje się we wnętrzu. Była taka myśl, że jeśli ktoś już miałby to będzie to właśnie Esme - ten chłopiec, o którym miała być nasza opowieść. Nie Ania, tylko Esme. Nie z Zielonego Wzgórza tylko ze Skóry i Kości. Jeszcze zaglądało tu słońce, bo dym Nokturnu tylko snuł się między nogami i cierpliwie czekał na przekroczenie granicy, żeby pochłonąć nieboszczyków chodzących między żywymi. Tak, ten chłopiec był zdecydowanie bardziej odważny! Nieprzewidywalny, szalony! To on chciał doświadczać, przecinać swoją ułudną breję doznań czymś nowym, żeby móc sobie powiedzieć: oj tak, z całą pewnością jeszcze żyję. To jeszcze nie egzystencja. To po prostu powolne wymieranie. Nikt nam nie obiecał, że Apokalipsa będzie dniem, gdzie meteoryt spadnie z nieba, posłaniec Bestii i jej Dziewicy. Bóg tworzył świat siedem dni, bo siódmego odpoczywał, a na naszym świecie przyszło minąć nam miliony lat, nim wszystko zostało ukształtowane. Ironiczne. Potem mówili nam, że czas wcale nie był jednostką względną. Kto miał rację i kto kłamał? Równie ironiczne było to, że koniec końców nikt nie sięgał po łyżkę. Łatwo zapomnieć, że w tej grze nie było zero-jedynkowości. Esme by na to nie pozwolił. Możesz zanurzyć paluszek. Możesz polizać brzeg kociołka. Możesz zanurzyć dłoń i dać się z niej napić drugiej stronie, albo przynieść szczura, żeby zobaczyć, jak zareaguje na tę magię. Możesz tak wiele, tak niewiele cię ogranicza, że choć wydawałoby się, że Esme gotów był pierwszy spróbować to Laurent jednocześnie byłby niemal zawiedziony, gdyby to zrobił tak po prostu. Napicie się oznaczałoby jednocześnie zakończenie doznań. Postawienie kropki na końcu tej historii. Powiedzenie, że to była dobra zabawa, ale czy naprawdę musimy do niej cokolwiek więcej dokładać? Byłby zawiedziony tak samo jak na reakcję, którą otrzymał, kiedy to jakże cichutkie i gorące jednocześnie pragnienie jego serca wysmyknęło się z jego ust i przyszło mu spotkać się z jeszcze bardziej cichą ścianą. Zimną ścianą. Rzucona piłeczka, która rozbijała się w srebrzysty pył tysiąca szklanych drobin.

Metka na krańcu koszuli "Rowle" powiewała smętnie. Ale chyba kawałek pyłu na niej osiadł.

Ta produkcja była bardzo limitowana. Jednorazowa wręcz. Trafiło się ślepej kurze ziarno - tak byś to określił patrząc na Esme. Trafiło się, bo to było ziarno, które tworzyło plony, ale nie bało się chwastów. Uważało chwasty również za kwiaty. Prawie jak ideał kręgu życia, któremu człowiek chciał uparcie przeszkadzać, w toczeniu do przodu niby wiecznego, a jednak ciągle ulegającego przemianom świata fauny i flory. Zasady były niezmienne. Tylko otoczenie się zmieniało. Dla natury nie miało znaczenia, czy jej ściółka zostanie zasilona truchłem pteranodona czy wiewiórki, którą nakarmił człowiek żołędziem dwie godziny temu. Byłeś więc ślepy, ale ta ślepota wzroczna oddawała tyle innych doświadczeń... ten zapach. Zapach, jaki nosił na skórze i jakim przesiąknięte było jego ubranie. Smród. Fajek, palonego tytoniu. Osiadał mu na włosach, wsiąkał w materiał. Nie lubiłeś tego zapachu, bo przecież wgryzał się w nozdrza. Myślałeś - może ten, w którym się zakochałem, rzuciłby palenie? Tak, klasyczne myślenie. A potem była myśl - a może paliłbym z nim i nie przeszkadzałoby mu tak bardzo? Bardziej realne. Przyszłość miała przynieść ze sobą pytanie, czy uważał się za decyzyjnego, zdecydowanego mężczyznę. Miała też mieć odpowiedź na twoich własnych ustach, że może powinieneś - ale tak nie uważałeś. Miękkość. Kolejne doznanie, które ze sobą przychodziło, bo przecież dotyk był czymś, co najbardziej pobudzało i przypominało, że jest jeszcze życie na tym świecie różniące się od lunatyków, jakich mijasz na ulicy i którzy pewnie też odwiedzają to miejsce. Dzisiaj lunatyków nie było. Jak w sprzeczności do własnego uznania - wstałbyś, przekręcił tabliczkę na "zamknięte" i podyktował własny warunek tego miejsca tylko po to, żeby w tej bezczelności posiadać tego człowieka na wyłączność. Doznawać tej niewulgarnej pornografii słownej, uczuciowej i mentalnej. Liczyć na to, że poczujesz jeszcze drażniący zapach jego skóry i ubrań. Że wypali jeszcze ze dwa papierosy, a może nawet trzecim poczęstuje. Że to wszystko zbuduje wam zamek z piasku, bo nawet jak zmyją go fale to melancholia i żal za nim zbuduje własne wspomnienie. Wspólne wspomnienie. Więc wstajesz. Ten taniec nie jest przecież tak szkaradny, żeby musieć się przed nim kryć, ale jest też obopólną częścią wydarzeń. Koszty przedsięwzięcia? To nie mamona rządziła tym miejscem w danej chwili, choć Mamon mógłby prosić o coś więcej niż tylko galeony. Duma burczy niezadowolony, podnosi się, żeby zejść z butów i przesuwa się parę kroków na bok. Opada ciężko znów na ziemię, ale okręca się. Musi widzieć Esme. Nie ma w basiorze strachu przed nawiązaniem kontaktu wzrokowego. Nie ma w nim żadnego strachu, który kazałby mu odwrócić przy tym kontakcie ślepia. Są ciągle otworzone, uważne. Czujne. Patrzą. Co zrobi? Skoczy kiedyś? Rzuci się? Rozerwie tętnicę, zanim wyciągnięta zostanie różdżka? Natura człowieka kazała się bać, a natura jarczuka kazała budować podniecające oczekiwanie, żeby ta wystraszona zwierzyna zaczęła uciekać. To pobudzało właśnie instynkt. Strach. Ucieczka. Adrenalina. Nic się jednak nie działo, bo przecież pierwotność tego strachu nie przenikała na tyle, żeby stawiać włoski na karku Esme czy kazać uciekać... prawda?

- Na całe szczęście są takie osoby, przed którymi chce się być najpiękniejszą wersją siebie... takie osoby, które w taki miły sposób pogładzą po szyi, by to piękno docenić. - Wyjrzałeś przez okno pracowni na uliczkę. Nie było widać zbyt wielu przechodniów - to była już ta część świata, w której ludzie pojawiali się rzadziej, jeśli nie szukali dróg prowadzących do ciemniejszej strony miasta. Jego dłoń sięgnęła do tabliczki i obróciła ją na drugą stronę. Stronę zamknięte. Esme był teraz zajęty. Nie miał czasu. A przynajmniej Laurent nie chciał mu dawać tego czasu. Niech się skupi, wysili, będzie - dla niego. W egoistycznym pragnieniu i potrzebie skupienia. W diabelskim pakcie zawartym tego wieczoru, gdy siedzieli nad wiwisekcją zwłok, które rozkwitały jak Eden. Twój Raj - Mój Raj. Najpiękniejszy z tego wszystkiego był myślnik. W końcu to on spotykał te dwa Raje pośrodku.

Obrócił się powoli w kierunku Esme, półprofilem do niego. Tak, właśnie tak. Uważaj, bo ja też bardzo uważam. Niepotrzebne nam są rozproszenia i jednocześnie najbardziej potrzebne są właśnie one. Ta mikstura - no kto ją pierwszy wypije? Albo co jeszcze będzie do niej dołożone? To miejsce - ile jeszcze dziwnych sekretów i zakamarków tu ukryłeś? Jak wiele zmieniło się na półkach, ile zleceń naruszyło skórę twoich dłoni? Cały ty. A Beksa - jaki zwierzak, taki właściciel - znał własne prawa i własne prawdy.

- Czy to nie jest domena sadyzmu? Widzieć piękno tam, gdzie pojawia się zniszczenie? - Było w tym coś patologicznego, ale ból, o ile Laurent go nie lubił, nie zawsze równał się ze zniszczeniem. Obdarte ciuchy fizycznie nie bolały. Nie bolała zdarta tapeta ze ścian. Nie bolały potargane włosy ani niedopiłowane paznokcie. A jednak to wszystko tworzyło otoczenie i zniszczenie człowieka. Jego upadek i odejście od śliczniutkiego światełka z plebanii, do której zostałeś zaproszony na herbatę. - Kiedy stłuczesz wazę przestaje być piękna. Kiedy ją podniesiesz i skleisz złotem staje się piękniejsza, niż była. Sztuką. Dowodem na to, że możesz stać się piękniejszy, choć cię połamano. - Czy do rzemieślnika przemawiały takie metafory? Widział i słyszał o tym w Chinach, które miał okazję odwiedzić. Szalony kraj. Ale ta nauka, którą stamtąd wyniósł, była w istocie cenna i piękna. Gdyby mógł przeciągnąłby złoto przez swoje żyły i podziwiać z westchnieniem satysfakcji. W tym próżnym umiłowaniem do tego, co świeciło.

Człowiek imieniem Rowle, który z taką pasją krążył po głowie Laurenta figurantem szaleńca, co wcale nie oszalał, prezentował sobą mądrość. Pokazywał się ze stron, które zadziwiały, szokowały - i które łapały za serce, zaciskały się na nim i błagalnie prosiły o więcej. Czym sobie na to zasłużył? Nie wiedział. Nie próbował nawet zgadywać, choć było to dla niego nienaturalne i ten stan był zapewne tylko jałowo-chwilowy. Za bardzo szumiał Esme w jego głowie i jak topole na wietrze - szumiały jego słowa. Chciał je spijać jak szampana, skoro już na samym początku Rowle postanowił go upić swoim dotykiem. Lekkie zaskoczenie pojawiło się na jego twarzy, ale zamknięte oczy drugiej strony nie pozwalały tego dojrzeć. Chwila ciszy mówiła sama za siebie. No bo - po co pośpiech, dokąd pośpiech? Już to wiedział, już to czuł - robił kroki tak, jak było mu wygodnie. Esme go do tego przekonał, że warto. Szukał przez to tak nagrody za swoje czyny, jak i przygany. Szukał pochwały i prezentów i szukał też... samego siebie. Ta nauka była dydaktycznie wypchana wartościami dla jego duszy. Nie miał pędzla, nie potrafił pisać wierszy, nie potrafił rzeźbić. Nie potrafił niczego z tego, a tu i teraz czuł się jak wyzwolony artysta, któremu wolno wszystko. Myślnik między dwoma Rajami.

- Wątpię. - To nie było "wątpię", które w swojej twardości miało za zadanie podważyć wypowiedziane słowa. Nie, nie było tym, a było celowo wybrzmianym słowem, które miało swoją kontynuację w wywodzie. Laurent wypowiedział je po to, żeby zobaczyć, reakcję Esme. Chciał zwrotu. Chciał oddania. - Ciągle i nieustannie poddaję pod wątpliwość słowa, które słyszę, a które suną komplementem i dobrą wiarą w moją stronę. "Mówią to szczerze" - mówię sobie. Tak, mówią to szczerze, więc dlaczego nie wierzę? To dość prosty mechanizm. Rozumiem go. To nie tak, że nie wierzę im, ja po prostu nie wierzę sobie samemu. - Jego tragizm pisany był tym, że to zrozumienie wcale nie pomagało mu sobie z tym poradzić. To było, kisło i zbierało sterty tego zgniłego mięsa na stosach. - A potem spotykamy się, mówisz do mnie i nie słyszę tej nędznej próby przekonana "mówi to szczerze". Niczego nie słyszę. Kwiaty gniją i więdną bez światła, zamykają płatki nocą. Uważasz, że jesteś osobą, która pomogłaby róży zakwitnąć? Nie stworzyć ją. Nie wyrzeźbić. Nie wykuć. Zakwitnąć. Bez mocy patrzeć, jak choruje, jak obsiada ją robactwo, nie mogąc na to wpłynąć. Mogąc tylko pomóc jej zakwitnąć. - Bo tak się czuł. Esme wypełniał go czymś, czego potrzebował, czego nie rozumiał, ale co sprawiało, że nowe powietrze napełniało jego płuca. I nagle nawet swąd papierosów, którego nie lubił, nie był taki zły. - Wiesz, gdzie bym się spełnił? Nie w roli rzemieślnika. Spełniłbym się w roli osoby, która mogłaby temu rzemieślnikowi podawać dłuto i stawać przed nim, żeby być jego Różą. - Tak, to była jego próżność, bo przecież każdy miał swoje ciemne strony, a Laurent miał ich bardzo dużo. Tylko nie obnażał ich, bo przecież jakby mógł? Wtedy nie potrafiłby siebie nazwać Kłamstwem. Wtedy może właśnie byłby szczęśliwy? A może byłby nieszczęśliwy jeszcze bardziej, odbijając się od ludzi jak tamta szklanka kuleczka od jednego muru. I to tylko dlatego, że coś zostało źle zrozumiane.

- Niektóre miłości nigdy nie przemijają. - Uśmiechnął się, odbijając wzrokiem od Esme w bok, kiedy ten powiedział o tym, by zmienić bajkę na prawdziwą historię. Tak, bajki zawsze były przekolorowane. Na końcu nich był morał. Laurent lubił bajki. Lubił się nimi otaczać, bo były jak kokon, który pozwalał mu regenerować te skrzydła, zanim budził się czasem w nieswojej rzeczywistości. Przez moment trzymał zamyślony wzrok na ścianie z narzędziami, z których nie rozpoznawał prawie niczego prócz podstawowych i oczywistych młotków, różnego wielkości dłut, jakiegoś śrubokrętu. Wszystko to, co mogła zrobić magia, a co było nietrwałe na tyle, żeby szukać rzemieślników. - Słyszę zew Morza. Jej gniew, jej westchnienia, jej gorączki i jej miłostki. Szepcze, choć nie ma języka. To prawdziwa poezja. Czasem ta poezja zmienia się w prawdziwe wezwanie. - Odbił myślami od wspomnień Perły Morza, tak i odbił wzrokiem z powrotem na twarz Esme. - Być może czytałeś w gazetach o przeklętym statku, który co jakiś czas pojawiał się u wybrzeży. Miałem okazję go odwiedzić, prowadzony tym wezwaniem. Nieumarli, obscurus, potężny poltergeist... - Laurent uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, trochę z niedowierzaniem, jakby fakty tego doświadczenia przeskakiwały jego głowę jednym susem i wcale doznania z tamtego miejsca go nie dotykały. One były za ścianą. Za tymi drzwiami z napisem "zamknięte". - Statek naprawdę był przeklęty. Na miejscu pojawili się aurorzy i brygadziści, ponieważ sporo osób zaginęło w tamtym miejscu. To stamtąd mam tę bliznę. - Ta, która dyktowała o przecięciu linii życia. I nie tylko tą. Bo na nodze miał świeżo zagojoną bliznę po pazurach inferiusa. - Wmówiłem ludziom, że aby się stamtąd wydostać - muszą umrzeć. Zrobiłem to. Namówiłem czarodziei na to, żeby popełnili samobójstwo. - Laurent mówił to bardzo spokojnym tonem, choć uśmiech trochę zniknął mu z warg. Bo waga tych słów do niego docierała, choć nie było to wdarcie się do jego rzeczywistości na tyle mocne, żeby go zniszczyć. - A potem poprowadziłem ich przez ten statek upierając się, że wiem, co może zniszczyć klątwę. Przez tego poltergeista, pod którym leżeli nasi nieprzytomni przyjaciele. Przez te trupy. Przez obscurusa. Ludzie, którzy popełnili za moim słowem samobójstwo, poszli za mną w głąb tego statku, bo im powiedziałem, że "słyszę głosy w mojej głowie". Wyobrażasz to sobie? - Uśmiech znów wrócił na jego wargi i nawet słychać było śmiech w jego słowach, gdy już pytał o to wyobrażenie. Niedowierzanie zaświeciło w jego oczach. Jakby sam naprawdę nie wierzył w historię, którą przekazuje. - Klątwa została złamana. Szczęśliwe zakończenie zostało wpisane na karty historii. I nawet ona, mimo że nie jest bajką, ma swój morał. - Jaki? Tak prawdę mówiąc Laurent wcale nie ubrał go w słowa. A Esme? Potrafił to ubrać? Bo blondyn był bardzo ciekaw. Tak samo jak tego, co on na to wszystko.

Zaśmiał się cicho, przymykając oczy, kiedy Esme zrobił ten piękny pokaz. Bardzo SUBTELNY, och tak. Bardzo przerysowany.

- Róża i kwitnięcie. - Nawrócił do tego, co mówił, po słowach Esme o artyście doceniającym proces. Tak, tak mu się to skojarzyło. I to mu się podobało jeszcze bardziej niż samo bycie dziełem sztuki. Tak, pakuj tę miłość, to umiłowanie. Wyskrob wszystko, co się da, skoro już odnalazłeś piękno nawet w brzydocie. Jeśli wrażliwość była diamentem - równie ostrym, co brzytwa. Tylko że brzytwa przecież nie musiała sprawiać bólu ani do bólu służyć. Mogła... ratować życie. Otworzyć brzuch, by przeprowadzić operacje, która pozwoli bólu uniknąć i która pozwoli dalej żyć. - Czemu więc nie tworzyć naprawdę? Malować, pisać. Zostawić wszystko, czego się dokonało i, och, śpiewać. Wiesz, jak bardzo kocham śpiewać? - Przechylił głowę spoglądając na Esme. Ciągle stał w tym momencie w tym samym punkcie przy drzwiach. Prawie jakby to on był tym psem, co pilnuje, żeby nikt nie wszedł do domu jego pana. Ogar. Cerber Hadesa. Nie? Anioł Pański. Przecież Michael w swej anielskości dzierżył najbardziej niebezpieczną broń, której bało się nawet Piekło.

- I nie zamierasz spróbować? Jestem prawie zawiedziony. - Przecież to, co nowe, powinno zostać sprawdzone i przebadane. W jakikolwiek sposób. Jak podjęta rękawica. A może nie? Może czasami powinno się powiedzieć stop? Basta? Niebieskie oczy błysnęły czymś ciepłym, co odnalazło odbicie w uśmiechu. Laleczko. - Ciągle nie mogę tego odżałować, ale gdybym się pogodził z tym, że nigdy nie będę mógł ci ulec, chyba byłbym zbyt nieszczęśliwy. - Nie było się czego wstydzić, a przynajmniej nie własnego ciała. Jeśli były przecież dwie rzeczy, których Laurent był pewien, to tego, że ciałem może się chwalić. Drugą rzeczą było to, że był pewien swoich zdolności w kontakcie ze zwierzętami. Lecz rzeczywiście - to, żeby móc dać się pociągnąć Esme było ciągle tlącą się potrzebą w nim drzemiącą. Gaszenie tego... nie wydawało mu się przyjemne. Jawiło się jak pozwolenie na to, żeby świeca się wypalił całkowicie. Zgasła. I pozwoliła, żeby więcej mroku wkradło się do świata. - Nie jestem tylko przed tobą, Esme Rowle. Bo pozwalając mi na to uczysz mnie oddychać. - A przecież to było takie trywialne zajęcie - nawet dziecko, które dopiero wyszło z łona matki potrafiło oddychać. Może trochę płakało, bo bolały pierwsze wdechy, ale potrafiło. On musiał być tego uczony. Problem tego wszystkiego tkwił w tym, że im dalej ta znajomość brnęła, tym Laurent chciał być bliżej, a to wydawało mu się bardzo niebezpieczne. Zawsze mu się takim wydawało. Więc co się stanie, jeśli tego "bliżej" będzie już ponad czarkę i uroni się pierwsza kropelka?

Spojrzał, jak Esme wstaje i ze swoją przezabawną koroną na głowie w postaci Beksy przechadza się po swoim królestwie. Król bez poddanych, król bez berła, ale przynajmniej - Król z Aniołem. Pokaż mi. Rozłożył ręce, jak Ikar w promieniach słońca. To nie będzie lot. To nie będzie skok w przepaść. On przyćmiewał słońce i rzucał cień na świat, bo tu i teraz Sol nie stawiała mu żadnych wyzwań. Była ledwo gwiazdką na niebie, a on był tu i teraz. U siebie. Z całą mocą - u siebie.

- Nic dziwnego więc, że poczułem boskość. - Laurent zrobił dwa kroki w kierunku fotela, ale zarazem były to dwa kroki bliżej Esme, z którego oczu nie spuszczał. Zrobił tylko większy krok nad samym jarczukiem, który był tym w ogóle nieprzejęty. - Stety. - Potwierdził z lekkim rozbawieniem, które bardzo gładko przeszło w dużą dozę zadowolenia, kiedy powłóczystym spojrzeniem śledził te drobne zmiany na mimice Esme, gdy kontynuował o Raju. Laurent podszedł szybszym krokiem do Esme i złapał go w piruecie prawie tak, jakby go zapraszał do tańca. Jakby ten piruet był po prostu puszczoną rolą dla jednej sekundy. Że to tylko moment, bo zaraz rama pojawi się znowu i krok walca zostanie pociągnięty. Ale tak, jak go złapał, żeby spojrzeć w te piękne, ciemne oczy, tak go puścił. - I tak, pomiędzy nami, dobry Boże, jest Ziemia. - Zrobił półkroczek w tył, teraz unosząc ramiona, jakby to on chciał ten świat zaprezentować. - Jak to dobrze, że jesteś Bogiem, który nie nakazuje pacierza zmawiać pod ścianą ani nie namaszcza wodą świętą skroni wchodzących. - Cofał się kolejne kroki, ten pierwszy, trzeci. W czwartym znowu był przy stoliku. - Dzisiaj więc to ty wpuściłeś Węża do Raju. Znów - jaka szkoda, że w tym Raju nie zasadziłeś jabłoni. Ale to może kolejna nauka. Za dużo osób jest gotowa zerwać jabłko. - Za moim drobnymi namowami. Ale tutaj, wiesz, to ja bym je zerwał. Gdybyś tylko mi pozwolił.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (17329), Laurent Prewett (17076)




Wiadomości w tym wątku
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 21.11.2023, 22:41
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 24.11.2023, 23:21
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 25.11.2023, 00:48
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 30.11.2023, 13:01
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 30.11.2023, 14:40
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 01.12.2023, 21:43
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 03.12.2023, 01:15
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 10.01.2024, 13:28
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 10.01.2024, 17:13
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 14.02.2024, 21:20
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 15.02.2024, 00:52
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Esmé Rowle - 26.03.2024, 23:35
RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - przez Laurent Prewett - 01.04.2024, 04:22

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa