11.01.2024, 01:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2024, 03:38 przez Alexander Mulciber.)
Ambrosia zawsze tak usilnie sprzeciwiała mu się, kiedy po prostu chciał zrobić dla niej coś miłego. Niezmiernie go to irytowało, więc nauczył się, żeby nie zwracać za bardzo uwagi na jej kapryśne kobiece humorki, narzekania i wyrzuty, tylko robić swoje, zbywając jej oskarżenia prostym: „tu nie chodzi o ciebie, McKinnon”. Na przykład, wtedy, kiedy złamał nos jakiemuś gryfonowi, który naśmiewał się z interesu jej ojca… Pamiętał, że Rosie zrobiła mu niemożebną awanturę pod skrzydłem szpitalnym, w ogóle nie przyjmując do wiadomości, że typ podpadł jemu i Murtaghowi w taki czy inny sposób, mimo ostrych zapewnień Alexa, że to wszystko w ogóle nie było związane z jakąś osobistą vendettą za obrażanie Rosie… Spoko, następnym razem po prostu pozwolę mu nazywać cię…, wypalił jej wtedy w twarz, wściekły, hamując się jednak, zanim doszło do najgorszego. Przecież zawsze wybaczał jej te kłótnie, bo każdy głupi zauważyłby, że sprawy rodzinne to dla Ambrosii to bardzo drażliwy temat.
Po tych wakacjach chyba po raz pierwszy gadali trochę bardziej szczerze – może nawet bardziej aniżeli tego początkowo chcieli – o swoich rodzinach, co dla obojga nie było łatwe. Mulciber zdążył już nauczyć zbywać się te problemy wzruszeniem ramion, i krótkim: ludzie zawsze gadają, bo takie było jego zdanie, jakkolwiek nieczułe mogło się to wydawać; sam bowiem zdążył się w życiu nasłuchać całego mnóstwa ksenofobicznych głupot. A jak ktoś będzie gadał za głośno, dopowiadał już w myślach, po prostu złamię mu szczękę.
Lubił myśleć, że w ten sposób chroni Rosie, że oszczędza jej wewnętrznej udręki – bo z tego, co opowiedziała mu o swoich doświadczeniach z widzeniami limbo, i tym, co sam zdążył zaobserwować, była gdzieś tam głęboko w gruncie rzeczy dość smutną dziewczyną – a i musiał przyznać, że czuł się tak cholernie dobrze sam ze sobą, tak cholernie silny, kiedy ustawiał do pionu dokuczających jej debili.
Tylko że jej wyczekujące oczy Arcykapłanki zawsze wydawały się patrzeć na niego z góry, jakby wiedziała coś, czego on nie wiedział; jakby istniała jakaś inna droga, której on nie dostrzegał; jakby robił coś źle, chociaż nie wiedział dokładnie, co, ani jak to naprawić.
Ale potem siadali obok siebie w Wielkiej sali przy stole Krukonów, jak gdyby nigdy nic, on odkładał na bok aktualnie czytaną książkę, ona odstawiała filiżankę z herbatą, i w milczeniu zaczynała rozkładać wróżby na dany dzień, tylko po to, by podać mu Słońce. Nie gniewała się już? Chyba tak, bo często po takich zdarzeniach ta karta pojawiała się w jej rozkładach w odniesieniu do jego osoby. Przewracał wtedy oczami.
To twoja karta, nie moja, zaznaczał, i chamsko przekładał Słońce na jej stronę rozkładu. Twoja percepcja sięga najdalej do czubka twojego własnego nosa, McKinnon, mówił jej wtedy, zachwycony wściekłymi iskierkami, które zaczynały sypać się z jej oczu, i potokiem słów, który wylewał się z jej ust. Sięgnął wtedy w jej stronę, tylko po to, by wyciągnąć Ósemkę Kielichów, niecierpliwie stukając palcem w wyrysowaną na niej postać, majaczącą gdzieś w oddali, odwróconą do widza plecami – daleko od stosu pucharów na pierwszym planie. To była jego karta. Dla niektórych oznaczała ucieczkę – wędrowiec zbyt pochłonięty był swoją podróżą, by myśleć o porzuconych kielichach, tak jak i on zbytnio pochłonięty był swoim życiem, by zdradzać swoje premonicje innym ludziom. Ale Alex patrzył na rozciągającą się przed pielgrzymem drogę, oświetlaną blaskiem Księżyca, wiszącym nad jego głową, i widział... Inspirację. Kolejna karta, którą tak lubił, i która teraz pod wieloma względami kojarzyła mu się także z Rosie.
To ja, urwający się dzisiaj z historii magii, mówił jej, pokazując na odwróconego od nich wędrowca, a to ty, dodawał, pokazując na księżyc wiszący nad nim na niebie. Wyrysowana była na nim skrzywiona buzia, prawie tak, jak buźka Ambrosii, kiedy usłyszała o tym, że Alex zamierza opuścić ostatnią z dzisiejszych lekcji. Oświetlasz mi drogę, jak księżyc. To znaczy, że urywasz się ze mną.
Skończyli po prostu siedząc gdzieś w krzakach na skraju szkolnych błoni, i rozmawiając o życiu.
Problem był taki, że on czasem też nie sięgał wzrokiem dalej niż poza nosek Ambrosii, poznaczony piegami jak konstelacjami. Zawsze lubił astronomię, zaś bezsenne noce pozwoliły mu zapamiętać układ gwiazd na nieboskłonie – pierwszy nauczył go tego jeden z dalekich przyjaciół jego matki, członek jednego z cygańskich klanów, którzy to zawsze byli mile widziani na ziemiach przynależnych Mulciberom – tak samo dobrze znał układ piegów na jej twarzy.
Wydawało mu się, że tak dobrze zdążył ją poznać w tak krótkim czasie, a jednak często nie wiedział tak naprawdę, co właściwie myśleć o Ambrosii McKinnon.
Z jednej strony, potrafiła być tak krucha i tak niewinna, jak wtedy, kiedy unikała jego spojrzenia; kiedy milczała, zrażona jego wulgarnością, poirytowana, że albo rozwiązywał wszystkie swoje problemy pięściami albo zwyczajnie ich unikał, albo kiedy ewidentnie nie chciała ciągnąć jakiegoś wątku, zdeterminowana, by zachować swoje myśli dla siebie; z drugiej – im więcej i im częściej rozmawiali, tym śmielsza się wydawała. Czasem była nieznośna: ot tak zaczynała kąsać jego klatkę piersiową jak jakiś rozzłoszczony kotek; kiedyś złościło go, jaka była opryskliwa, ale jednocześnie szanował jej szczerość i to, że nie nawykła nikomu słodzić.
Większość czasu go intrygowała. Jak wtedy, kiedy myślała, że jest taka sprytna i zabawna, i zamieniła karty Kochanków w ich taliach. Nie potrafił nazwać uczucia, które zagościło w jego piersi, gdy zauważył to po raz pierwszy – akurat tasował wtedy karty przy Ambrosii; pewnie zrobiła to specjalnie, myślał potem, wiedząc, że to moja kolej na postawienie rozkładu, ale w tamtej chwili mógł myśleć tylko o tym, że najwyższy guzik jej bluzki był kusząco rozpięty, a rozchylone w skupieniu usta wyglądały na wyjątkowo miękkie – próbował analizować całą sytuację na chłodno, ale nigdy nie nauczył się, jak radzić sobie z gwałtownymi emocjami. Między nimi nigdy nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia. Ale to było jak obietnica.
Trzymał tę kartę na samym spodzie talii, tuż pod Światem. Trochę dlatego, że Kochankowie wydawali mu się o wiele lepszym zwieńczeniem Wielkich Arkan – ludzkość, która przekroczyła wrota ziemskich i dostąpiła powrotu do Raju – a trochę dlatego, że to był jego sekret – jego i Ambrosii – i czuł dziwną satysfakcję, że ten sekret skryty był przed oczami wszystkich, widoczny dopiero po przerzuceniu wszystkich kart, ale zarazem – trwał skąpany w pełnym słońcu, równie oczywisty co spojrzenia, które posyłali sobie, mijając się na szkolnych korytarzach, tak jak przed chwilą.
– Myślałem, że to jakiś twój przesąd. – Ściągnął lekko brwi, jakby w zamyśleniu. Nie pytał jej nigdy "dlaczego". Większość takich tematów naturalnie wypływało z czasem, i zazwyczaj nie było potrzeby, by pospieszać kogokolwiek do zwierzeń. – Dużo rzeczy robisz trzy razy – stwierdził już ciszej, zawijając na palec, trzykrotnie, jedno z pasm jej długich blond włosów, które – zapewne w wyniku ich przepychanek – opuściło swoje zwyczajowe położenie; teraz okalało drobną twarz Ambrosii w sposób, jaki rzadko miał okazję podziwiać, głównie dlatego, że dziewczyna zwykle odruchowo zakładała niesforne włosy za uszy, jak gdyby irytowało ją, że te nieposłusznie ograniczają jej pole widzenia. Chyba wtedy znowu ją pocałował; trochę próbując zatuszować krótki moment tej niepoprawnej czułości – to, że nagle tak się przy niej zapomniał, i pokazał, że te wszystkie momenty, kiedy bezczelnie śledził ją wzrokiem z drugiego końca korytarza, były częstsze, niż chciałby przyznać – a trochę – może nawet bardziej niż trochę – czując dziwną potrzebę pokazania jej, jak bardzo podekscytowany jest wyzwaniem, które słyszał teraz w jej głosie.
Alexander sam nie był już pewny, czy ta cała ich sprzeczka nie pochodziła przypadkiem z arsenału kobiecych sztuczek, którego skarbiec znajdował się w sercu zielonego labiryntu jaki stanowiły oczy Arcykapłanki, czy też pokrętnej, odwrotnej psychologii, którą to on zazwyczaj stosował wobec dziewczyn, które fizycznie mu się podobały, ale nic ponadto do nich nie czuł – czy to dlatego nie przyszłaś wczoraj na wieżę, Rosie? Grałaś niedostępną?, pomyślał, odrywając się znów na chwilę od jej ust, jego oddech nieco bardziej wzburzony niż wcześniej, tylko po to, by zaraz znów wznowić przerwany pocałunek.
To, że teraz mógł nie tylko widzieć jej uśmiech, ale i poczuć, że Rosie wciąż uśmiecha się, odwzajemniając jego czułostki, działało na niego bardziej, niż chciałby przyznać – przed nią, ale i przed samym sobą. Czuł się tak, jakby zamknął promienie Słońca w butelce, i teraz pił prosto z gwinta. Letni blask krążył w jego żyłach; szumiał w głowie, głośniej niż alkohol, nawet bardziej intoksykujący – równie skutecznie znosząc resztę posiadanych przez niego inhibicji – tak jak podczas wycieczki do Hogsmeade pod koniec zeszłego roku, kiedy oddalili się od reszty, aby udać się na krótką przechadzkę po lesie, i złapał ich deszcz; szybko pobiegli, by skryć się pod pierwszym lepszym dachem, a Alex nagle zdecydował, że jeżeli w ciągu następnej minuty słońce wyjdzie zza chmur, zapyta Rosie, czy chciałaby do niego przyjechać na wakacje… Nie wyszło, więc przemokli do suchej nitki. Ale i tak zapytał. Kiedy potem wracali powozem, kapryśne słoneczko świeciło im już w oczy, tak, że musieli siedzieć obok siebie, plecami do wściekłych promieni. Nie mógł na to narzekać, tak jak i teraz nie mógł powstrzymać uśmiechu, który tak mimowolnie wykwitł na jego ustach, kiedy wciąż jeszcze całował McKinnon, zadowolony, że ta porzuciła esej z transmutacji na rzecz innych, ciekawszych zajęć.
– Wciąż został mi jeden. – A potem możemy zacząć liczyć od nowa, dodał, już w myślach, kończąc pocałunek, absolutnie pewny tego, że na jednym się nie skończy, co tylko potęgował fakt, że nie odsunął się wcale od Rosie, że teraz to jego dłonie, nie wiedzieć kiedy, zaczęły wędrować po jej ciele, że dalej stali tak blisko, że ich nosy dalej stykały się ze sobą. Ale w obecnej sytuacji Alex uważał swoje słowa za niezwykle wysublimowany żart, i chociaż nie znał się na flircie, bo sprawę zazwyczaj załatwiało to, że był przystojny, to z Ambrosią… Wszystko przychodziło tak naturalnie, jakby podążał za wskazaniami jakiejś przepowiedni. A jednak, przy niej, nie chciał wiedzieć, co się stanie; nie chciał wybiegać myślami w przyszłość, jeżeli nie musiał. Chciał, żeby to było prawdziwe.
– Czy ja mogę liczyć, że spędzimy razem dzień? – mruknął, w kącikach jego ust dalej czaił się cień uśmiechu. – Wisisz mi za tamtą nieprzespaną noc. – Tak jakby dał radę zasnąć; jego bezsenność stawała się jeszcze gorsza w trakcie pełni.
Po tych wakacjach chyba po raz pierwszy gadali trochę bardziej szczerze – może nawet bardziej aniżeli tego początkowo chcieli – o swoich rodzinach, co dla obojga nie było łatwe. Mulciber zdążył już nauczyć zbywać się te problemy wzruszeniem ramion, i krótkim: ludzie zawsze gadają, bo takie było jego zdanie, jakkolwiek nieczułe mogło się to wydawać; sam bowiem zdążył się w życiu nasłuchać całego mnóstwa ksenofobicznych głupot. A jak ktoś będzie gadał za głośno, dopowiadał już w myślach, po prostu złamię mu szczękę.
Lubił myśleć, że w ten sposób chroni Rosie, że oszczędza jej wewnętrznej udręki – bo z tego, co opowiedziała mu o swoich doświadczeniach z widzeniami limbo, i tym, co sam zdążył zaobserwować, była gdzieś tam głęboko w gruncie rzeczy dość smutną dziewczyną – a i musiał przyznać, że czuł się tak cholernie dobrze sam ze sobą, tak cholernie silny, kiedy ustawiał do pionu dokuczających jej debili.
Tylko że jej wyczekujące oczy Arcykapłanki zawsze wydawały się patrzeć na niego z góry, jakby wiedziała coś, czego on nie wiedział; jakby istniała jakaś inna droga, której on nie dostrzegał; jakby robił coś źle, chociaż nie wiedział dokładnie, co, ani jak to naprawić.
Ale potem siadali obok siebie w Wielkiej sali przy stole Krukonów, jak gdyby nigdy nic, on odkładał na bok aktualnie czytaną książkę, ona odstawiała filiżankę z herbatą, i w milczeniu zaczynała rozkładać wróżby na dany dzień, tylko po to, by podać mu Słońce. Nie gniewała się już? Chyba tak, bo często po takich zdarzeniach ta karta pojawiała się w jej rozkładach w odniesieniu do jego osoby. Przewracał wtedy oczami.
To twoja karta, nie moja, zaznaczał, i chamsko przekładał Słońce na jej stronę rozkładu. Twoja percepcja sięga najdalej do czubka twojego własnego nosa, McKinnon, mówił jej wtedy, zachwycony wściekłymi iskierkami, które zaczynały sypać się z jej oczu, i potokiem słów, który wylewał się z jej ust. Sięgnął wtedy w jej stronę, tylko po to, by wyciągnąć Ósemkę Kielichów, niecierpliwie stukając palcem w wyrysowaną na niej postać, majaczącą gdzieś w oddali, odwróconą do widza plecami – daleko od stosu pucharów na pierwszym planie. To była jego karta. Dla niektórych oznaczała ucieczkę – wędrowiec zbyt pochłonięty był swoją podróżą, by myśleć o porzuconych kielichach, tak jak i on zbytnio pochłonięty był swoim życiem, by zdradzać swoje premonicje innym ludziom. Ale Alex patrzył na rozciągającą się przed pielgrzymem drogę, oświetlaną blaskiem Księżyca, wiszącym nad jego głową, i widział... Inspirację. Kolejna karta, którą tak lubił, i która teraz pod wieloma względami kojarzyła mu się także z Rosie.
To ja, urwający się dzisiaj z historii magii, mówił jej, pokazując na odwróconego od nich wędrowca, a to ty, dodawał, pokazując na księżyc wiszący nad nim na niebie. Wyrysowana była na nim skrzywiona buzia, prawie tak, jak buźka Ambrosii, kiedy usłyszała o tym, że Alex zamierza opuścić ostatnią z dzisiejszych lekcji. Oświetlasz mi drogę, jak księżyc. To znaczy, że urywasz się ze mną.
Skończyli po prostu siedząc gdzieś w krzakach na skraju szkolnych błoni, i rozmawiając o życiu.
Problem był taki, że on czasem też nie sięgał wzrokiem dalej niż poza nosek Ambrosii, poznaczony piegami jak konstelacjami. Zawsze lubił astronomię, zaś bezsenne noce pozwoliły mu zapamiętać układ gwiazd na nieboskłonie – pierwszy nauczył go tego jeden z dalekich przyjaciół jego matki, członek jednego z cygańskich klanów, którzy to zawsze byli mile widziani na ziemiach przynależnych Mulciberom – tak samo dobrze znał układ piegów na jej twarzy.
Wydawało mu się, że tak dobrze zdążył ją poznać w tak krótkim czasie, a jednak często nie wiedział tak naprawdę, co właściwie myśleć o Ambrosii McKinnon.
Z jednej strony, potrafiła być tak krucha i tak niewinna, jak wtedy, kiedy unikała jego spojrzenia; kiedy milczała, zrażona jego wulgarnością, poirytowana, że albo rozwiązywał wszystkie swoje problemy pięściami albo zwyczajnie ich unikał, albo kiedy ewidentnie nie chciała ciągnąć jakiegoś wątku, zdeterminowana, by zachować swoje myśli dla siebie; z drugiej – im więcej i im częściej rozmawiali, tym śmielsza się wydawała. Czasem była nieznośna: ot tak zaczynała kąsać jego klatkę piersiową jak jakiś rozzłoszczony kotek; kiedyś złościło go, jaka była opryskliwa, ale jednocześnie szanował jej szczerość i to, że nie nawykła nikomu słodzić.
Większość czasu go intrygowała. Jak wtedy, kiedy myślała, że jest taka sprytna i zabawna, i zamieniła karty Kochanków w ich taliach. Nie potrafił nazwać uczucia, które zagościło w jego piersi, gdy zauważył to po raz pierwszy – akurat tasował wtedy karty przy Ambrosii; pewnie zrobiła to specjalnie, myślał potem, wiedząc, że to moja kolej na postawienie rozkładu, ale w tamtej chwili mógł myśleć tylko o tym, że najwyższy guzik jej bluzki był kusząco rozpięty, a rozchylone w skupieniu usta wyglądały na wyjątkowo miękkie – próbował analizować całą sytuację na chłodno, ale nigdy nie nauczył się, jak radzić sobie z gwałtownymi emocjami. Między nimi nigdy nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia. Ale to było jak obietnica.
Trzymał tę kartę na samym spodzie talii, tuż pod Światem. Trochę dlatego, że Kochankowie wydawali mu się o wiele lepszym zwieńczeniem Wielkich Arkan – ludzkość, która przekroczyła wrota ziemskich i dostąpiła powrotu do Raju – a trochę dlatego, że to był jego sekret – jego i Ambrosii – i czuł dziwną satysfakcję, że ten sekret skryty był przed oczami wszystkich, widoczny dopiero po przerzuceniu wszystkich kart, ale zarazem – trwał skąpany w pełnym słońcu, równie oczywisty co spojrzenia, które posyłali sobie, mijając się na szkolnych korytarzach, tak jak przed chwilą.
– Myślałem, że to jakiś twój przesąd. – Ściągnął lekko brwi, jakby w zamyśleniu. Nie pytał jej nigdy "dlaczego". Większość takich tematów naturalnie wypływało z czasem, i zazwyczaj nie było potrzeby, by pospieszać kogokolwiek do zwierzeń. – Dużo rzeczy robisz trzy razy – stwierdził już ciszej, zawijając na palec, trzykrotnie, jedno z pasm jej długich blond włosów, które – zapewne w wyniku ich przepychanek – opuściło swoje zwyczajowe położenie; teraz okalało drobną twarz Ambrosii w sposób, jaki rzadko miał okazję podziwiać, głównie dlatego, że dziewczyna zwykle odruchowo zakładała niesforne włosy za uszy, jak gdyby irytowało ją, że te nieposłusznie ograniczają jej pole widzenia. Chyba wtedy znowu ją pocałował; trochę próbując zatuszować krótki moment tej niepoprawnej czułości – to, że nagle tak się przy niej zapomniał, i pokazał, że te wszystkie momenty, kiedy bezczelnie śledził ją wzrokiem z drugiego końca korytarza, były częstsze, niż chciałby przyznać – a trochę – może nawet bardziej niż trochę – czując dziwną potrzebę pokazania jej, jak bardzo podekscytowany jest wyzwaniem, które słyszał teraz w jej głosie.
Alexander sam nie był już pewny, czy ta cała ich sprzeczka nie pochodziła przypadkiem z arsenału kobiecych sztuczek, którego skarbiec znajdował się w sercu zielonego labiryntu jaki stanowiły oczy Arcykapłanki, czy też pokrętnej, odwrotnej psychologii, którą to on zazwyczaj stosował wobec dziewczyn, które fizycznie mu się podobały, ale nic ponadto do nich nie czuł – czy to dlatego nie przyszłaś wczoraj na wieżę, Rosie? Grałaś niedostępną?, pomyślał, odrywając się znów na chwilę od jej ust, jego oddech nieco bardziej wzburzony niż wcześniej, tylko po to, by zaraz znów wznowić przerwany pocałunek.
To, że teraz mógł nie tylko widzieć jej uśmiech, ale i poczuć, że Rosie wciąż uśmiecha się, odwzajemniając jego czułostki, działało na niego bardziej, niż chciałby przyznać – przed nią, ale i przed samym sobą. Czuł się tak, jakby zamknął promienie Słońca w butelce, i teraz pił prosto z gwinta. Letni blask krążył w jego żyłach; szumiał w głowie, głośniej niż alkohol, nawet bardziej intoksykujący – równie skutecznie znosząc resztę posiadanych przez niego inhibicji – tak jak podczas wycieczki do Hogsmeade pod koniec zeszłego roku, kiedy oddalili się od reszty, aby udać się na krótką przechadzkę po lesie, i złapał ich deszcz; szybko pobiegli, by skryć się pod pierwszym lepszym dachem, a Alex nagle zdecydował, że jeżeli w ciągu następnej minuty słońce wyjdzie zza chmur, zapyta Rosie, czy chciałaby do niego przyjechać na wakacje… Nie wyszło, więc przemokli do suchej nitki. Ale i tak zapytał. Kiedy potem wracali powozem, kapryśne słoneczko świeciło im już w oczy, tak, że musieli siedzieć obok siebie, plecami do wściekłych promieni. Nie mógł na to narzekać, tak jak i teraz nie mógł powstrzymać uśmiechu, który tak mimowolnie wykwitł na jego ustach, kiedy wciąż jeszcze całował McKinnon, zadowolony, że ta porzuciła esej z transmutacji na rzecz innych, ciekawszych zajęć.
– Wciąż został mi jeden. – A potem możemy zacząć liczyć od nowa, dodał, już w myślach, kończąc pocałunek, absolutnie pewny tego, że na jednym się nie skończy, co tylko potęgował fakt, że nie odsunął się wcale od Rosie, że teraz to jego dłonie, nie wiedzieć kiedy, zaczęły wędrować po jej ciele, że dalej stali tak blisko, że ich nosy dalej stykały się ze sobą. Ale w obecnej sytuacji Alex uważał swoje słowa za niezwykle wysublimowany żart, i chociaż nie znał się na flircie, bo sprawę zazwyczaj załatwiało to, że był przystojny, to z Ambrosią… Wszystko przychodziło tak naturalnie, jakby podążał za wskazaniami jakiejś przepowiedni. A jednak, przy niej, nie chciał wiedzieć, co się stanie; nie chciał wybiegać myślami w przyszłość, jeżeli nie musiał. Chciał, żeby to było prawdziwe.
– Czy ja mogę liczyć, że spędzimy razem dzień? – mruknął, w kącikach jego ust dalej czaił się cień uśmiechu. – Wisisz mi za tamtą nieprzespaną noc. – Tak jakby dał radę zasnąć; jego bezsenność stawała się jeszcze gorsza w trakcie pełni.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat