— Zdecydowanie nie mam nic przeciwko!
Tak naprawdę była wdzięczna, że Menodora postanowiła do niej podejść. Stanie samemu jak kołek było w pewien sposób uciążliwe, zwłaszcza kiedy czuło się na sobie oceniające spojrzenia. Nawet jeżeli te spojrzenia były głównie urojone… Chyba.
— A Heather zawsze ma dookoła siebie wianuszek ludzi. Taki jest chyba urok ludzi, którzy są sławni.
Zakołysała kieliszkiem, który zdążył już lekko zaparować przez ciepłe ręce, obejmujące szkło.
— Licytują. Kolację. Z Erikiem? — uniesione brwi i lekko zmarszczone czoło wskazywały, że Fernah była bardzo zdziwiona. — Za dwadzieścia tysięcy galeonów? Niepojęte…
Całe szczęście głosem rozsądku pośród wszystkich zebranych była Brenna Longbottom. Rozwiązała ona impas z wrodzoną pomysłowością i taktem, robiąc losowanie.
— To obowiązek spełniony. Koncerty i tańce, to już raczej nie moja liga, więc… — odchrząknęła, ostatkiem sił powstrzymując wzruszenie ramionami. — Co u ciebie słychać, Doro? Robiłaś staż na oddziale zatruć, prawda? Darowałaś sobie pracę z ludźmi, którzy wyciągają mandragory bez zatyczek do uszu czy próbują autorskich, nietestowanych, eliksirów? Bo zdecydowanie głupota czarodziejów nie zna granic...
Uważaj, bo odleci! Przywołała w pamięci transmutowaną dziewczynkę, której bracia bawili się ojcowską różdżką.