23.11.2022, 04:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2022, 11:08 przez Morgana le Fay.)
Wreszcie wiosna.
Dora uwielbiała tę porę roku. Zapach, który przychodził wraz z rozmarzającą ziemią i zieleniejącą się trawą. Powiewy ciepłego wiatru, które nieosły ze sobą coraz intensywniejsze odgłosy pracy insektów, które zabierały się do pracy po długim śnie. Mimo wciąż niskiej temperatury, wszyscy wiedzieli że niedługo nastąpi nieuniknione; krzewy, łąki i drzewa zakwitną, ciesząc spojrzenia feerią barw, a nosy słodkimi zapachami kwiatów.
Należała dokładnie do tego grona osób, któremu absolutnie nie przeszkadzało rześkie zimno, które usilnie próbowało rozproszyć słabe, wczesnowiosenne słońce. Nie potrzebowała wygrzewać się na zapas przy kominku, nawet więcej - z chęcią postanowiła urządzić sobie spacer w drodze na sabat. W końcu od posiadłości Longbottomów do miejsca festynu nie było wcale tak daleko. A przynajmniej dla niej.
Miała na sobie ciepły, kobaltowy sweter w kwiatowe wzory, pośród których skakały zające i biegały kurczaki. W talii odcięty był paskiem, który jednocześnie podtrzymywał szarą, wełnianą spódnicę, która sięgała jej do połowy łydek. Ciemne rajstopy i skórzane trzewiki za kostkę chroniły jej nogi od zimna. Całości obrazu dopełniał brązowy płaszcz i błękitny szalik. Powiedzieć, że była nieprzygotowana, to mało, bo w przewieszonej przez ramię torbie znajdował się termos z owocową herbatą podlaną sokiem malinowym, która w razie potrzeby miała służyć jako ratunek na zziębnięte dłonie i przewiane głowy.
Gwar sabatu wyraźnie poprawił jej humor, bo z delikatnym uśmiechem i rozbieganym z zainteresowaniem spojrzeniem wkroczyła między stragany. Szukała przede wszystkim Fernah, ale mimowolnie zwalniała przy niektórych stoiskach, zaintrygowana prezentowanymi przez nie przedmiotami. Wreszcie też zbliżyła się do wielkiego koła, gdzie jej spojrzenie padło wreszcie na wypatrywaną wcześniej przyjaciółkę, ale też i na Camerona.
- Cam, Fernah, jak wspaniale was widzieć - zaszczebiotała wesoło, przytulając na powitanie najpierw jedno, a potem drugie. - Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo - zwróciła się do dziewczyny, spojrzeniem sięgając zaraz za nią, w kierunku atrakcji przy której stali. - Wiecie co, może spróbuję dzisiaj szczęścia - dodała entuzjastycznie, podchodząc do goblina i podając mu wejściową kwotę. Zakręciła kołem.
Trzymała kciuki, póki koło leniwie nie zatrzymało się, wskazując wygraną kwotę. Klasnęła wesoło w dłonie, chociaż w głębi duszy nieco żałowała. Z wdzięcznością przyjęła od goblina nagrodę i przesunęła się w stronę towarzyszy.
- Nie powinnam narzekać, ale... miałam trochę nadzieję na szyszkę - powiedziała jakby nieco wstydząc się tego. - Wygląda tak dziwacznie, że aż nie można się jej oprzeć. W każdym razie... idąc do was widziałam, że niektórzy mają wianki. Myślicie, że ktoś je rozdaje, czy może trzeba je samemu upleść?
Dora uwielbiała tę porę roku. Zapach, który przychodził wraz z rozmarzającą ziemią i zieleniejącą się trawą. Powiewy ciepłego wiatru, które nieosły ze sobą coraz intensywniejsze odgłosy pracy insektów, które zabierały się do pracy po długim śnie. Mimo wciąż niskiej temperatury, wszyscy wiedzieli że niedługo nastąpi nieuniknione; krzewy, łąki i drzewa zakwitną, ciesząc spojrzenia feerią barw, a nosy słodkimi zapachami kwiatów.
Należała dokładnie do tego grona osób, któremu absolutnie nie przeszkadzało rześkie zimno, które usilnie próbowało rozproszyć słabe, wczesnowiosenne słońce. Nie potrzebowała wygrzewać się na zapas przy kominku, nawet więcej - z chęcią postanowiła urządzić sobie spacer w drodze na sabat. W końcu od posiadłości Longbottomów do miejsca festynu nie było wcale tak daleko. A przynajmniej dla niej.
Miała na sobie ciepły, kobaltowy sweter w kwiatowe wzory, pośród których skakały zające i biegały kurczaki. W talii odcięty był paskiem, który jednocześnie podtrzymywał szarą, wełnianą spódnicę, która sięgała jej do połowy łydek. Ciemne rajstopy i skórzane trzewiki za kostkę chroniły jej nogi od zimna. Całości obrazu dopełniał brązowy płaszcz i błękitny szalik. Powiedzieć, że była nieprzygotowana, to mało, bo w przewieszonej przez ramię torbie znajdował się termos z owocową herbatą podlaną sokiem malinowym, która w razie potrzeby miała służyć jako ratunek na zziębnięte dłonie i przewiane głowy.
Gwar sabatu wyraźnie poprawił jej humor, bo z delikatnym uśmiechem i rozbieganym z zainteresowaniem spojrzeniem wkroczyła między stragany. Szukała przede wszystkim Fernah, ale mimowolnie zwalniała przy niektórych stoiskach, zaintrygowana prezentowanymi przez nie przedmiotami. Wreszcie też zbliżyła się do wielkiego koła, gdzie jej spojrzenie padło wreszcie na wypatrywaną wcześniej przyjaciółkę, ale też i na Camerona.
- Cam, Fernah, jak wspaniale was widzieć - zaszczebiotała wesoło, przytulając na powitanie najpierw jedno, a potem drugie. - Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo - zwróciła się do dziewczyny, spojrzeniem sięgając zaraz za nią, w kierunku atrakcji przy której stali. - Wiecie co, może spróbuję dzisiaj szczęścia - dodała entuzjastycznie, podchodząc do goblina i podając mu wejściową kwotę. Zakręciła kołem.
Rzut 1d6 - 4
Trzymała kciuki, póki koło leniwie nie zatrzymało się, wskazując wygraną kwotę. Klasnęła wesoło w dłonie, chociaż w głębi duszy nieco żałowała. Z wdzięcznością przyjęła od goblina nagrodę i przesunęła się w stronę towarzyszy.
- Nie powinnam narzekać, ale... miałam trochę nadzieję na szyszkę - powiedziała jakby nieco wstydząc się tego. - Wygląda tak dziwacznie, że aż nie można się jej oprzeć. W każdym razie... idąc do was widziałam, że niektórzy mają wianki. Myślicie, że ktoś je rozdaje, czy może trzeba je samemu upleść?
Loteria rozliczona
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.