12.01.2024, 11:13 ✶
Uśmiechnęła się, gdy tak się zaczął miotać i motać we własnych wymówkach. Czasem chciałaby po prostu do niego podejść i nim potrząsnąć, żeby się ogarnął - żeby zaczął myśleć o sobie i tym, że on również potrzebuje snu, jedzenia i po prostu odpoczynku od tego wszystkiego, z czym zmagali się na co dzień. Ale jednocześnie wiedziała, że... To nic nie da. Lepsi od niej próbowali i skoro nie dali rady, to pozostawało tylko chodzić za mężczyzną i obserwować, czy dzisiaj coś zjadł, czy napił się wody.
- Ironia, nie uważasz? Że uzdrowiciele, którzy tak bardzo naciskają na pacjentów by pamiętali o odpowiedniej diecie i nawodnieniu sami mieli w tym ogromne tyły - ale nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła swoich trzech knutów. Żeby wiedział, że ona wie, że zdarza mu się przeholować z pracą. Lubiła go, Laurence był naprawdę dobrym kolegą i szkoda by było, gdyby miał później problemy zdrowotne przez to, że zapomniał o zaspokojeniu podstawowych ludzkich potrzeb. Gdy wspomniał o ciężkim przypadku, Camille wzruszyła ramionami. - Dzisiaj była jakaś kumulacja trudnych przypadków i ciężkich spraw, to prawda. To pewnie zemsta za to, że ostatnio było spokojniej.
Jak na życzenie właśnie coś huknęło. Camille aż podskoczyła, przez chwilę spinając mięśnie i odruchowo wkładając rękę do kieszeni, w której trzymała różdżkę. Na moment wzrok blondynki i Lestrange'a się spotkał, a potem niemal w tym samym momencie oboje ruszyli na parter. Nie musiała mu mówić, żeby był ostrożny - przecież wciąż było tu pełno innych pracowników, nic im raczej nie groziło. Na miejscu zjawili się jako pierwsi. Drzwi do archiwum były uchylone - na tyle mocno, że podchodząc do pomieszczenia widzieli przewróconą wielką, metalową szafę. Wokół było pełno teczek i papierów oraz zwojów. Szybka kalkulacja i już wiedzieli, że to niemożliwe, by wypadły bo szafa spadła. Ona spadła tak, że jej drzwi były teraz dociśnięte do podłogi. Ktoś musiał w pośpiechu czegoś szukać, nie dbając o porządek - wyrzucał dokumenty na ziemię, nie przejmując się bałaganem. Z wnętrza pomieszczenia dobiegło szuranie i jakby charkot. Camille spojrzała na Laurenca z obawą. Chciałaby powiedzieć na głos, że powinni zaczekać, że ktoś chyba jest jeszcze w środku o ile jej się nie przesłyszało, ale głos uwiązł jej w gardle. Wyciągnęła elegancką różdżkę z jasnego drewna głogu, z bogato zdobioną rękojeścią, i wskazała nią na drzwi. Kolejne kroki niosły się echem po korytarzu, z góry, ale skoro byli pierwsi... To mieli może minutę na to, by zajrzeć do środka i zobaczyć, kto postanowił dołożyć stażystom roboty tym bałaganem. I dlaczego charczał.
- Ironia, nie uważasz? Że uzdrowiciele, którzy tak bardzo naciskają na pacjentów by pamiętali o odpowiedniej diecie i nawodnieniu sami mieli w tym ogromne tyły - ale nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła swoich trzech knutów. Żeby wiedział, że ona wie, że zdarza mu się przeholować z pracą. Lubiła go, Laurence był naprawdę dobrym kolegą i szkoda by było, gdyby miał później problemy zdrowotne przez to, że zapomniał o zaspokojeniu podstawowych ludzkich potrzeb. Gdy wspomniał o ciężkim przypadku, Camille wzruszyła ramionami. - Dzisiaj była jakaś kumulacja trudnych przypadków i ciężkich spraw, to prawda. To pewnie zemsta za to, że ostatnio było spokojniej.
Jak na życzenie właśnie coś huknęło. Camille aż podskoczyła, przez chwilę spinając mięśnie i odruchowo wkładając rękę do kieszeni, w której trzymała różdżkę. Na moment wzrok blondynki i Lestrange'a się spotkał, a potem niemal w tym samym momencie oboje ruszyli na parter. Nie musiała mu mówić, żeby był ostrożny - przecież wciąż było tu pełno innych pracowników, nic im raczej nie groziło. Na miejscu zjawili się jako pierwsi. Drzwi do archiwum były uchylone - na tyle mocno, że podchodząc do pomieszczenia widzieli przewróconą wielką, metalową szafę. Wokół było pełno teczek i papierów oraz zwojów. Szybka kalkulacja i już wiedzieli, że to niemożliwe, by wypadły bo szafa spadła. Ona spadła tak, że jej drzwi były teraz dociśnięte do podłogi. Ktoś musiał w pośpiechu czegoś szukać, nie dbając o porządek - wyrzucał dokumenty na ziemię, nie przejmując się bałaganem. Z wnętrza pomieszczenia dobiegło szuranie i jakby charkot. Camille spojrzała na Laurenca z obawą. Chciałaby powiedzieć na głos, że powinni zaczekać, że ktoś chyba jest jeszcze w środku o ile jej się nie przesłyszało, ale głos uwiązł jej w gardle. Wyciągnęła elegancką różdżkę z jasnego drewna głogu, z bogato zdobioną rękojeścią, i wskazała nią na drzwi. Kolejne kroki niosły się echem po korytarzu, z góry, ale skoro byli pierwsi... To mieli może minutę na to, by zajrzeć do środka i zobaczyć, kto postanowił dołożyć stażystom roboty tym bałaganem. I dlaczego charczał.