12.01.2024, 12:35 ✶
Żebrak kiwnął głową Robertowi. Twarz miał niepodobną do nikogo - brudną, ale nie w ten charakterystyczny, nieumyty sposób. Ubranie również było nad wyraz dziurawe, a odstępy między łatami były zbyt równe. Mulciber dostrzegł to, wyłapał te nieścisłości gdy wrzucał monety do puszki. Podjął najwyraźniej dobrą decyzję, skoro nie-żebrak skinął mu głową, a klamka gładko ustąpiła pod niewielkim naciskiem dłoni.
Sklep był, jak przystało na Nocturn, mroczny w ten sposób, który sugerował że przebywające w nim osoby nie życzyły sobie, by ktoś zaglądał przez okna. Szyby były więc pokryte dziwną, mleczną substancją, która wpuszczała do środka dużo mniej światła, niż robiły to klasyczne okna. Czarne, zaciemniające kotary były rozsunięte i nawet nie drgnęły, gdy Robert znalazł się w środku. W sklepie było wszystko - figurki, zegarki, zegary, bibeloty, naszyjniki i elementy wyposażenia, które… Mogły nie być tym, na co wyglądały. Robertowi mignęła niemalże trupia dłoń, ściskająca fiolkę. Do niej przyczepiono karteczkę nie dotykać. Aż chciałoby się złamać ten zakaz.
Mężczyzna, stojący za ladą, był młodszy od Mulcibera. Ile mógł mieć lat - 30? 20-kilka? Gęsta broda w kolorze brązowo-czarnym trochę zaburzała ten obraz. Był też bardzo wysoki i dobrze zbudowany, możliwe że faktycznie w jego rodzinie ktoś połasił się na sprawdzenie, jak to jest być z olbrzymką. Normalni ludzie nie mieli tyle wzrostu i tak szerokich barów. No i ten nos… Jak kartofel. Złamany przynajmniej dwa razy. Do tego paskudna, biała i wypukła blizna na prawej ręce.
- A ja chcę milion galeonów - głos mężczyzny był głęboki i donośny, nawet pomruk który z siebie wydał był wyraźnie słyszalny. Sklepikarz zmierzył Roberta nieprzychylnym wzrokiem i mlasnął nieprzyjemnie, jakby wyzywająco.
Sklep był, jak przystało na Nocturn, mroczny w ten sposób, który sugerował że przebywające w nim osoby nie życzyły sobie, by ktoś zaglądał przez okna. Szyby były więc pokryte dziwną, mleczną substancją, która wpuszczała do środka dużo mniej światła, niż robiły to klasyczne okna. Czarne, zaciemniające kotary były rozsunięte i nawet nie drgnęły, gdy Robert znalazł się w środku. W sklepie było wszystko - figurki, zegarki, zegary, bibeloty, naszyjniki i elementy wyposażenia, które… Mogły nie być tym, na co wyglądały. Robertowi mignęła niemalże trupia dłoń, ściskająca fiolkę. Do niej przyczepiono karteczkę nie dotykać. Aż chciałoby się złamać ten zakaz.
Mężczyzna, stojący za ladą, był młodszy od Mulcibera. Ile mógł mieć lat - 30? 20-kilka? Gęsta broda w kolorze brązowo-czarnym trochę zaburzała ten obraz. Był też bardzo wysoki i dobrze zbudowany, możliwe że faktycznie w jego rodzinie ktoś połasił się na sprawdzenie, jak to jest być z olbrzymką. Normalni ludzie nie mieli tyle wzrostu i tak szerokich barów. No i ten nos… Jak kartofel. Złamany przynajmniej dwa razy. Do tego paskudna, biała i wypukła blizna na prawej ręce.
- A ja chcę milion galeonów - głos mężczyzny był głęboki i donośny, nawet pomruk który z siebie wydał był wyraźnie słyszalny. Sklepikarz zmierzył Roberta nieprzychylnym wzrokiem i mlasnął nieprzyjemnie, jakby wyzywająco.