Świat nie sprzyjał temu, żeby można było tańczyć pod purpurowym słońcem. Jeśli Philip był czerwienią, a Laurent błękitem, nie mógł powstać żaden inny kolor z tego połączenia. Choć prawdę mówiąc, jeśli wspominamy słońce, to gdyby blondyn miał kojarzyć z jakąś barwą zawodnika quidditcha to byłby to żółty. Ciepły, żółty kolor, może nawet wpadający w złoto. Dokładnie to, którym posiłkowało się słońce, kiedy chciało zniżyć się z nieba do ludzi, podejść do nich, strudzonych, niegodnych uwagi Boga. Taniec mógł trwać tylko wtedy, kiedy nauczyłeś się ślizgać na tej nawierzchni, która była niby trawą, a jednocześnie lodem skuwała świat. Pomyślałby kto - przecież nie ma nad czym dramatyzować. Nie ma czym się przejmować. Te małostkowe problemy, które mieszały się w kotle Philipa i Laurenta były jak pyłki na wietrze wystawione na próbę tego świata gromadzącego realne wyzwania. Realny ból. Ponoć bólu nie dało się zmierzyć. Nie miał porównania. Nie było "ja mam gorzej, ty lepiej". Nie było "ja cierpię bardziej". Tak, straciłeś rodziców - cierpisz z powodu tego bardziej, że ich nie ma, że przeżyłeś ich śmierć, niż dziecko, które dostało karę na wychodzenie na dwór za kiepskie wyniki w Hogwarcie. Ta trywialność potrafiła rozdzielać świat. Tworzyła kokony prywatności i nieświadomości w ludzkich głowach, nie pozwalając dojrzeć tego, co naprawdę za zasłoną. Prucie kurtyn niewiele dawało. Za dużo splotów należałoby rozdzielić, żeby dotrzeć do prawdy.
W tym tańcu więc przeszkadzała ta trywialność, że Philip przecież nie był ci niczego winien. Nie musiał się spowiadać z wyjazdów, nie musiał cię o niczym informować i jak dotąd zdaje się, że nie było takiej maniery, żebyście musieli z czegokolwiek się tłumaczyć. No bo niby dlaczego? Co was łączyło, żeby do tego prowadzić? A jednak kiedy nie odpisał na list to do twojego serca wtargnął się niepokój. Wtargnął ten dramat, własny i prywatny. Czy raczej nie taki własny, skoro pustoszył też wichurą serce Philipa. Tego nie mógł wiedzieć. Liznął powierzchnię, domyślał się reszty, zdawał sobie sprawę z problemu. Lecz huragan? Philip zawsze chciał stać prosto, chciał trzymać się kotwicy i nie puszczać grubych lin zapewniających stabilność. Jego zmiana, jaką zapowiedział, trawiła się w jego trzewiach, ale potem działy się między nimi takie rzeczy, które zdawały się temu przeczyć. Być mądrzejszym - pomóc w postanowieniach... tak, chciałby mu pomóc. Nie mógł. Nie dlatego, że nie chciał. Po prostu nie mógł. Nie miał na to sił. W końcu sam potrzebował pomocy. Więc nie było odpowiedzi na list i jakaś dziwna panika nawiedziła jego myśli - co, jeśli ktoś go skrzywdził? Kto? Kto byłby tak głupi? Łatwiej zapytać: kto byłby tak zazdrosny. Laurent znał przynajmniej dwie osoby, które by się odważyły na ten ruch mimo zapewnień Philipa, że jego mieszkanie jest bezpieczne. Philipowi nic jednak nie było. Po prostu... wyjechał. Aha. Jakoś nie potrafił niczego mądrzejszego z siebie wykrzesać. Ani z myśli, ani z gardła. Aha. Tak po prostu. Skąd to dziwne poczucie... zawodu? Przepędź je, rozegnaj dłonią jak dym nikotyny. Niepotrzebne. Zbędne. Obecność i byt Philipa stał się muchą, która brzęczała mu gdzieś w kącie pokoju, więc uparcie się od niej odsuwał, oddalał i wyganiał ją na zewnątrz.
Kiedy rozległo się pukanie do drzwi Laurent był w domu. Duma pojawił się w rogu ogrodu, z pyskiem nisko ziemi, wpatrując się jasnymi, złotymi ślepiami w przybysza, ale kiedy zobaczył i wyczuł nozdrzami, że to Philip, nie zaczął szczekać. Cichy pomruk tylko wydobył się z jego pyska i zaraz podszedł do blondyna parę kroków. Tylko parę, unosząc znów łeb i obserwują. Wyczuwał niechęć. Wyczuwał, że Philip wcale nie chciał się z nim tarmosić i bawić. Wbite w niego spojrzenie... zostało przerwane dźwiękiem otwieranych drzwi, w których stanął Laurent z okularami na nosie. Chwilę wcześniej, gdyby się przysłuchać, to wśród szumu morza i trelu ptaków dałoby się usłyszeć jego kroki, kiedy wyglądał przez judasza, żeby zobaczyć, kto przybył. Jakoś... oduczył się otwierania drzwi tak po prostu.
- Dzień dobry, Philipie. - Dlatego też na jego twarzy nie było zdziwienia, gdy otworzył. - Nie spodziewałem się wizyty. - Zastanawiał się, czy przegapił jakąś pocztę, zdarzało mu się czasami teraz odkładać korespondencję na bok, tylko przeglądając, czy nie ma od kogoś znajomego. Ale może przegapił nazwisko Notta? - Wejdź, proszę. - Przepuścił mężczyznę, żeby zamknąć za nim drzwi i wejść do wnętrza. Jak zawsze panował tu porządek, jak zawsze dużo światła wlewało się do wnętrza i pachniało morskim powietrzem przemieszanym z delikatną wonią kwiatów. Szczególnie latem. Taras jak zwykle był otworzony, wpuszczając do wnętrza chłodne powiewy. - Napijesz się czegoś? - Jakoś zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać po tej wizycie.