Nie miała pojęcia z czego wynikało to, że ma pustą lodówkę, tak czy siak, ją to zmartwiło. Szczególnie, że pracował w miejscu, w którym pożywienia nie brakowało, a ona nie zabraniała przecież wynosić go ze sobą do domu. Uważała, że jej pracownicy nie powinni chodzić głodni, jeszcze by to ktoś nie daj Merlinie usłyszał, co by sobie o niej pomyśleli, jako o właścicielce tego miejsca? Na pewno nic dobrego.
- Po prostu spotykałam na swojej drodze różnych ludzi, nie bierz tego do siebie. - Nie chciała go osądzać, po prostu wolała ostrzec, pamiętała jak kiedyś jeden z kelnerów babci zjadł wszystkie babeczki, które był przygotowane na niewielką posiadówkę, musieli na szybko coś wymyślić, aby uszczęśliwić gości. Wolała uniknąć takich sytuacji u siebie.
- Może inni szukają, ja sobie to raczej odpuszczę. - Była z nim zupełnie szczera, bo dlaczego nie miałaby? Sam pomysł szukania męża wydawał jej się dość kontrowersyjny, bo świadczyłby o desperacji, a ona zdecydowanie wolałaby nie zostać wziętą za desperatkę. Może kiedyś los postanowi jej splatać figla, ale póki co, wszyscy mężczyźni, którymi wydawała się kiedykolwiek interesować znikali z jej życia równie szybko, jak się w nim pojawiali. Nie miała im tego za złe, chcieli więcej od życia, niżeli siedzenie w Londynie i zabawa w rodzinę. Rozumiała, że każdy ma inne potrzeby, szkoda tylko, że zawsze trafiała na tych, którzy chcieli zdobywać świat, kiedy ona sama była raczej ciepłą kluską, która bardzo rzadko opuszczała cukiernię.
- Cieszę się. - Miała nadzieję, że w żaden sposób go nie uraziła, tylko zwyczajnie chciała postawić sprawę jasno, nie wiedziała też właściwie dlaczego o to pytał, może był po prostu ciekawy. Spędzali tu ze sobą sporo czasu, więc dobrze by było się poznać, dowiedzieć czegoś o sobie. Nie miała problemu, żeby odpowiadać mu na zadawane przez niego pytania, bo tak naprawdę nie miała nic do ukrycia, no prawie nic, ale to nie było teraz istotne.
- Możesz go wyrzucić, jak jest pęknięty. - Bez sensu było łatać każde szkło, bo traciło wtedy na jakości, a wolałaby jednak uniknąć sytuacji, w której klientowi szklanka pęka w dłoni, lub jeszcze gorzej w ustach.
Panna Figg skierowała się na zaplecze, aby przynieść patery ze słodkościami, które miały być ustawione na stołach. Uwinęła się całkiem szybko, wróciła na salę a za nią w powietrzu unosiły się pięknie przyozdobione ciastka, torty, babeczki. Mieniły się najróżniejszymi kolorami. Pozostawiała odpowiednią ilość na każdym stole, tak, aby wyglądał on na bardzo obficie wypełniony. Idealnie wpasowywało się to w kwiatową kompozycję, którą wcześniej na nich ułożyła. Widać było uśmiech na jej twarzy, chyba stres powoli z niej schodził. Zadowolona była z efektu, który osiągnęła.
Zmrużyła oczy, gdy usłyszała kolejne pytanie chłopaka. Policzyła w głowie, jaka to właściwie będzie data, żeby przypadkiem nie rzucić słów na wiatr. - Tak się składa, że mam plany, ale kawiarnia będzie zamknięta dla obcych, także możesz jechać. - Idealnie się złożyło, bo właśnie wtedy chciała zorganizować przyjęcie urodzinowe dla swoich przyjaciół, skromne, bo skromne, jednak musiało się odbyć.