Nie było tu świeżego powietrza, chociaż go poszukiwał. Mało go przecież było w samotnym domu przy plaży. Nad wydmami, gdzie ludzkie krzyki pochłonąłby huk morza. Kiedyś Ją kochał, tę Matkę Wodę, niezależnie od tego, czy była rozgniewana, czy uśmiech rozświetlał jej lico promieniami słońca, spokojem. Miłość nie wybierała trudnych i łatwych chwil, kochała za wszystkie czułe gesty, ale kochała też pomimo. Pomimo twoich humorków, pomimo twoich złości, pomimo tych małych i dużych zalet, które nakazują ci niekulturalnie pić herbatę z łyżeczką w filiżance, albo nie mieć zwyczaju zmywania naczyń, tylko odkładałaś je wiecznie w zlewie. Potem jednak zobaczył, że Matka Woda, jak niewiele matek, gotowa była pożreć swoje własne dziecko, jeśli tylko z nieuwagą wkroczy w sztorm jej oczu. Kiedy stał na klifie, kiedy wiatr wył i hulał, kiedy jeden krok dalej i wpadłby w trzaskające fale. Rozbiłyby go na tych skałach u jego nóg. Nie byłby w stanie z nimi wygrać i stałby się taką ofiarą, jak wielu żeglarzy, którzy pływali o wiele gorzej od niego i musieli przejmować brakiem oddechu pod taflą. Dziś morze nie ryczało. Było spokojne.
Niespokojne było tylko jego serce.
Nie było tu świeżego powietrza, ale go nie poszukiwał. W mgłach człowiek się gubił i odnajdował samego siebie. Nie było niczego pewnego - tylko ty. Twoja dłoń, twój ułomny wzrok niezdolny do przeniknięcia przez kurtynę mleka. Owijasz się nią jak kołdrą. I robi się ciepło. Przyjemnie ciepło, gdy mleko i miód napełniają płuca i mimo to - nie topisz się. Nie mógłbyś. Przecież jesteś tak dobrym pływakiem. Robi się ciepło, bo twoja kołdra nabiera materialnego wyrazu. Otula z każdego strony, układa w miękkości idealnie dopasowanego ciała do twojego ciała. Woń róż - jak klejnot w królewskiej koronie. Jak błękit będący podstawą nieba na obrazie mistrza. Dopełnienie, wypełnienie i podstawa. W końcu tak bardzo lubiłeś róże.
Budzenie się czasem niepokoiło serce.Leniwie przesunąłeś nogą po dnie wanny, tylko trochę ją prostując. Odetchnąłeś, bo ta leniwość rozciągała się tak samo jak płynny miód zsuwający się z łyżeczki prosto do herbaty. To było takie miłe - budzić się przy czyimś boku. W czyichś ramionach. Uwielbiasz te poranki, kiedy pokój nie jest pusty i nawet jeśli to nie jest ktoś, kto zostanie na dłużej, to chociaż został przez parę chwil, żeby stworzyć ułudę. Ułudę spokojnego serca i spokojnego budzenia się. Ułudę tego, że świeże powietrze pasuje bardziej od zapachu wręczonych w dłonie róż. Tylko że ty nie byłeś w łóżku. Nie byłeś nawet w swoim pokoju.
- Festiwal..? - Rozległ się zaspany pomruk spomiędzy jego warg. Mieli iść na jakiś festiwal? Tak, pewnie tak... tylko po co, skoro było tak...
Drgnąłeś, kiedy napotkałeś brązowe oczy tuż przy sobie. Rozluźnienie zamienił się w lekkie napięcie, rozleniwienie niepokój. O, oto jest. Niespokojne uderzenie serca po raz pierwszy, jak werbel wojennych bębnów odliczających uciekające przez palce sekundy. To była piękna twarz - ta twarz Fleamonta. Tylko jego głos ciągle tak samo niepokoił i stawiał włoski dęba na całym ciele. Ciepło wtedy ulatywało - wygrywał chłodny dreszcz obaw, które przelewały się przez skórę i wnikały w ciało. Świadomość napływała, a złoto i piękno kwiatów otaczające ich samych, wypełniających fałszywie utopijny sen w swoim podwoju, stawały się złotą klatką. Dłoń, która badała jego skórę i każde drgnięcie mięśni mogła stać się imadłem. Uśmiech, który od parady nazwać można było wręcz filuternym, zaraz mógł się wykrzywić w złości i niezadowoleniu. Słowa mówiły: wstawaj, ale zaraz mogły się zamienić w "nie waż się ruszyć". I już dłoń nie będzie badała. Stanie się więzieniem.
Ptaszek w złotej klatce.
- Skrzydła? - Powtórzył otępiale, a choć mówił o swoich skrzydłach, to dłoń Laurenta jakoś i tak powędrowała automatycznie do własnych ramion. Musnął palcem skórę Crowa. Obrócił się w jego ramionach, żeby spojrzeć na ten piękny, czarny puch pochłonięty przez mleko. Jak czarna plama na ubraniu z tuszu, którą usuwasz białym ryżem. Te dwie barwy mogły wydawać się przeciwieństwami, ale jeśli je połączysz - tworzyły idealną harmonię. Jakby były od zawsze sobie przeznaczone.
Jakiś paraliż objął jego ciało, przetoczył się iskrami z nieopatrznie dotkniętego kabla, gdy rozległ się szept. Dobrze wiedział, gdzie spojrzeć. W którą stronę obrócić głowę, żeby spojrzeć we własne, jasne oczęta i te ciemne oczy Bella.
Niepokój rodził strach.
Strach, który rozkwitał jak róża.