Osoby z gorących krain źle znosiły tutejszą pogodę - tego zdążyła go nauczyć matka. Za dużo deszczu, za dużo chmur, za dużo wilgoci. Za dużo ponurości, kiedy twoje oczy przyzwyczajone były do złocistego blasku i jasnego nieba. Guinevere jednak nie wydawała się tym zaabsorbowana, kiedy spojrzał na nią w progu drzwi - nie jej własnych, tylko tych należących do jej rodziny. Nie pytał w sumie, czy gdzieś się zadomowiła bardziej na stałe, czy planowała o wiele dłuższy pobyt jak na razie, czy może jednak wolała wrócić tam, gdzie ciepło bardziej sprzyjało jej ciemniejszej skórze. Ważne, że został jej na twarzy pocałunek słońca - czyli ten uśmiech w oczach, który nie przygasł. Może to dlatego, że lato, szczególnie czerwiec, był dość łaskawy pod względem pogody i nie zdążyła jeszcze przesiąknąć pochmurną Anglią..?
- Podróżujesz? - Właściwie to było oczywiste biorąc pod uwagę jej zawód, jego siostra też latała jak oszalała po całym kraju,
a nawet poza ten kraj, żeby spełniać się zawodowo. Chyba to dopóki miała czas. Jakoś go to bolało. Jakoś... była starsza, a mimo to przecież on był jedynym synem w rodzie. Ach, malutkie rozerwanie pomiędzy tym, że przecież dzięki brakowi tej powinności był bardziej wolny i nikt się nie musiał przejmować tym, co sobie wymyślił robić. A może właśnie to było problemem. Patrząc teraz na rezerwat zastanawiał się, czy zrobił go tylko po to, żeby Prewett spojrzeli na niego inaczej. - Kawy. - Poprosił, skoro zaproponowała i udał się za nią do kuchni, lekko rozglądając po otoczeniu, które już zdążył minimalnie poznać poprzednim razem. Nic nie wskazywało na to, żeby dzisiaj pobliskie niuchacze miały tutaj robić raban i próbować psuć komuś pranie, żeby musiało być jeszcze raz zrobione. Dzisiaj królował tutaj spokój. Kiedy był tu po wróżbę to nawet go nie do końca zanotował, trochę zbyt zaabsorbowany Zoe - nieszczęśnicą, której nie pozwalano wydostać się z klątwy, w którą wpadła.
Fakt, umykały mu rzeczy w ostatnich dniach. Korespondencje szczególnie. Gubiły mu się w stosach listów, a nawet jak nie zgubiły to już nie wiedział, czy napisał, odpisał i czy ktoś mu wysłał list. A jak wysłał to co w nim było. Nawał listów, jaki się znalazł w jego domu przekroczył jego zdolność przerabiania tego do stopnia, że przekładał korespondencję. Otwierał niektóre listy, ale czasem miał wrażenie, że chyba w odruchu tej czynności niektóre mógł przegapić. Czasem więc przekładał je drugi raz, a czasem je po prostu zostawiał. Migotek robił z nimi porządek. Spojrzał na naczynia i odetchnął pięknym zapachem świeżo pieczonego chleba, zajmując miejsce, które zostało mu zaproponowane.
- Obiecałem ci ostatnim razem, że dam znać, jak wróżby wyszły. - To zapamiętał. Uśmiechnął się do kobiety, koncentrując na niej spojrzenie. - Jestem pod wrażeniem, przyznaję. Choć ciągle mam w kącie głowy, na ile sam sobie dopowiedziałem pewne rzeczy. - Nie uważał Guinevere za szarlatankę i oszustkę, szukał jednak pełni znaczenia i mocy tych wróżb. Jak sama mówiła - im bardziej precyzyjna opowieść i pytanie, tym bardziej precyzyjna może być sama wróżba. Teraz już w pełni rozumiał, dlaczego. - Nie... chyba nie, ale dziękuję. Postanowiłem odwiedzić cię - i co? W sumie i co? - głównie dla towarzystwa. - Fakt. Rozproszenie. To był całkiem dobry strzał. Starał się zbierać gładko myśli, ale robił i tak przerwy w swoich wypowiedziach. Mimowolnie. - Bardzo chętnie jednak skorzystałbym z wróżby jeszcze raz, jeśli będziesz miała czas i siłę.